Kiedy żyło się nie mając do stracenia wiele więcej niż własne życie i przyjaźń kilku gdaczących dziewcząt, zgadywał, że żyło się o wiele swobodniej. Niewiele z tego co materialne trzymało ją przy ziemi, na pewno nic z tych rzeczy, których wymyślił człowiek dla samego siebie. Mogłoby się wydawać, że istniała tylko teoretycznie. Z dala od ludzi, z dala od zobowiązań, poza formalnymi spisami ksiąg i formularzy. Nawet jego kruk by do niej nie dotarł, jeśli osobiście nie przyprowadziłby go za skrzydło pod drewniane okiennice leśnej chatki. Choć i tak wolałby tego nie robić w obawie, że nawet tak kapryśne ptaszysko jak Pyskówka wolałaby spędzić resztę swoich dni pasiona polnym trzmielem, niż selektywnie dobieraną paszą z importu. Bo przecież każdy miał swoją cenę.
On zbyt mocno przywiązany do tego co doczesne. Zbyt skostniały we własnej postawie przez nierozerwalnej więzi z blichtrem. Tak wiele miał, że coraz bardziej rosła obawa, że może to wszystkie kiedyś stracić. Nie on jeden. Na wielkich działkach, postawione wielkie domy, otoczone jeszcze większym murem zieleni. Szeregiem ustawiona formacja Żywotników, bohatersko stojąca na straży tajemnic tego co bogacze skrywali w porcelanowych nocnikach. Dlatego tak ciężko było opuścić gardę choć na moment. W podłych czasach, jeszcze podlejszych niż on sam, wielu czarodziejów miało wiele powodów by go nienawidzić. Zaufać od tak? Z miejsca? Ledwo napotkanej osobie? Akurat. Okazja czyni złodzieje, naiwny głupcze. Nie ufał jej, nie ufał jej drzewom, nie ufał kurom. Tylko stabilny grunt był tym czego mógł być w zupełności pewien. Ale dlaczego tak irytowało ją to, że nie był taki jak ona tego oczekiwała? Czy denerwowało ją, że dziubiące nie raczą się żołędzi, bo taka była ich natura? No właśnie. Może ciężko było to zrozumieć, jednak nie w naturze każdej istoty była natura. Analogicznie. Nie oczekiwał, że wymieni korę dębu na benzoinę w bazie ambroksanu do jej kąpieli. Nie sugerował, żeby zamieniła mokre skarpety na wysoki koturn, chociaż dzięki takiemu mogłaby mówić do niego, tak jak traktowała. Z góry. Bo przecież każdy miał własną naturę.
Nie zamierzał sprzeczać się o to czy Rowle był bardziej mójszy, czy twójszy. To nie miało żadnego znaczenia, a lokata perliczka zrobiła się bardzo małostkowa. Nie miało to znaczenia czy mówił prawdę, czy nie, to był slogan. Hasło od którego chciał subtelnie zasygnalizować dzięki komu tutaj dotarł. Bo być może łuskowaty nie ułatwił mu zadania odnalezienie jej, to przyprowadził ją do nich. Louvainowi to już wystarczyło, żeby wiedzieć kto kolejny wpadł do tej siatki powiązań. Nie protestował, kiedy pociągnęła go za sobą. Miała prawdo do nagrody. Miała prawo do złości. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że przyznając się do mrocznych konotacji, zostanie za mroczne sprawki obarczony winą. Zdziwiłby się, gdyby ten kłopotliwy aspekt został przez nią ominięty. Nie zamierzał się nawet bronić. W milczeniu, jednak z trwogą na twarzy, ściągając przy tym brwi ku sobie, pozwalał ze zrozumieniem być żywiołem. Niech będzie burzą, przed którą nie zamyka okien. Wzburzoną falą, przed którą nie zanurkuje. Bo przecież każdy nosił w sobie złość.
Wodził wzrokiem, nawet ochoczo. Z zainteresowaniem większym niż się jej zaoferował, próbował dostrzec co takiego męczyło jej ukochany zagajnik. Szczerze, bez grama ironii i cienia kłamstwa, chciałby spojrzeć prosto w środek tego co okupowało magiczny Matecznik. Czymkolwiek była ta siła, która nawiedzała jej dom, chciał skosztować jej siły i sprawdzić, czy była tak silna jak kazano się mu jej obawiać. Jednak przeświadczenie zbudowane na własnych wspomnieniach, było wyłącznie niedobitkiem tego, czego Czarny Pan nie zdołał wchłonąć do kamienia. Moc ta, jeśli miała jakąkolwiek sprawczość była już w posiadaniu Voldemorta, a to tam? Mogło zabić jego, mogło zabić ją, ale świata zmienić już nie mogło. Więc w oczach Louvain było co najwyżej zaciśniętą piąstką odgrażającego się dziecka. - Winni Tobie? Knieję? Oh przepraszam najmocniej pani Jenkins. Bo jesteś nią prawda? Skoro rościsz sobie prawa do Kniei... Odezwał się w końcu, w podobnie oburzonym tonie. Chyba trochę się zagalopowała w swoim smutku po stracie, myśląc, że ktokolwiek odda jej Knieję, jakby należała się jej jak psu buda. A ponoć miała tylko jej służyć. W zupełnej sprzeczności tego jak miejsce to traktowało Ministerstwo, sądząc, że mają coś do powiedzenia w sprawie tego komu wolno, a komu nie wolno do Kniei. W końca chwycił ją za nadgarstek i odstawił bliżej niej, ruchem głowy zaznaczając, żeby sobie więcej już nie pozwalała. - Chcesz się wadzić? Proszę bardzo. Wyrównuj rachunki, ile pragniesz! Zawołał pobudzony narastającym napięciem. Mówiąc donośnym głosem, zrzucił z siebie kurtkę odsłaniając tors, szczeniackie bazgroły i czaszkę z wężem w ustach. Wyciągnął nawet z kieszeni spodni swoją różdżkę, żeby pomachać jej przed twarzą, a potem jak niechciany ogryzek jabłka odrzucił w bok, nie patrząc za nim ani na moment. W końcu jednak sięgnął po jej dłoń, nerwowym szarpnięciem przystawiając do lewej piersi. Tam gdzie powinno bić ciepło ludzkiego serca, był wyłącznie chłód. Nie taki który można było złapać jesiennym wieczorem na grzbiecie. Trupi chłód, martwe Zimno. - Nie boję się śmierci i nie przestraszysz mnie lichem z lasu. Bo to licho nie odpuszcza mnie na krok... Bardziej rozczarowany niż rozgniewany. Każdy tylko myślał, że to on najwięcej stracił na tej wojnie. Tylko strach albo gniew. Nikt nawet nie starał się spojrzeć na to szerzej. Żadne zło nie bierze się z próżni, wszystko miało swój początek, swoje źródło. A kiedy miał pewność, że poczuła to nienaturalne zimno na jego skórze, odpuścił z tonu, puścił jej rękę.
- W porządku, jesteś bystrzejsza, niż przypuszczałem. Skoro chcesz usłyszeć prawdę, oto ona... Odrzekł na wszystkie zarzuty rzucone w jego stronę. Przewrócił oczami, bo przyznawanie racji kobietą było prawie tak nieprzyjemne jak spanie we fotelu. Oczywiście w jego mniemaniu. Być może odrobinę nie doszacował tego jak domyśla może być. Zrobił krótką pauzę rozglądając się raz jeszcze dookoła, wciąż w obawie, że zbędą para uszu mogła się im przysłuchiwać. Westchnął jednak jak to miał w zwyczaju, kiedy nagle musiał zmieniać plany i być szczerym. - Mogę spalić krzewy, mogę cię skrzywdzić i mogę cię porwać. Ale nie mogę zabrać ci wolności. Nikt nie może i dobrze o tym wiesz. Już spokojniej, bez złych, a nawet zblazowanych min. Sugestywnie zaznaczając, że pomimo żalu i różnic jakie mogą ich dzielić, to wciąż jest ktoś z kim nie zgadzają się i kogo nie poważają o wiele bardziej, niż siebie. - A ja wiem, że nikt oprócz Ciebie nie zdoła uzdrowić tego lasu. Więc jeśli faktycznie chcesz odpowiedzi, będziemy musieli sobie wzajemnie pomóc.