Dość wcześnie nauczył się tego, jak ważne jest panowanie nad własnymi emocjami. Starał się nie pozwolić na to, żeby wpływały one na jego zachowania, na gesty, na słowa, które opuszczały usta. Oczywiście nie znaczy to, że był jak kamień. Robert w dalszym ciągu posiadał uczucia. W dalszym ciągu zdarzały się sytuacje i trafiały osoby potrafiące w sposób skuteczny wyprowadzić go z równowagi. Nie było to jednak zadaniem prostym do realizacji. Przez te wszystkie lata stał się człowiekiem w jakimś stopniu specyficznym.
I cóż tu więcej powiedzieć? Na pewno nie jest obecnie kimś łatwym we współżyciu.
Nie brał pod uwagi innej opcji, jak dostosowanie się przez Lenore do przedstawionych wytycznych. Weszła do jego świata dobrowolne. Świadomie. W następstwie tej decyzji, musiała dostosować się do panujących w tym domu zasad. Nie widział tutaj miejsca na żadne kompromisy. Na ustępstwa. Zmiany. Miało być na jego. Wszystko miało wyglądać w taki sam sposób jak to miało miejsce do tej pory. Przyzwyczaił się do tego stanu rzeczy.
Nie zamierzał się uczyć nowych sztuczek.
Obserwował swoją małżonkę, starając się odnotować jej reakcje, ruchy, zwrócić uwagę na każdy grymas, jaki choćby na krótką chwilę pojawił się na twarzy. Wbrew temu czego można było się spodziewać, w jakimś sensie starał się ją lepiej poznać. Zrozumieć. Wiedza na temat drugiej osoby potrafiła zmienić się w broń o dużej sile rażenia. Mulciber był tego świadomy. Potrafił z tego korzystać. Nie miał przed tym większych oporów.
Podobnie było z wieloma innymi kwestiami.
Podniósł się ze swojego dotychczasowego miejsca, kiedy Henrietta zaśmiała się. Nieśpiesznie, dając jej czas na wypowiedzenie kolejnych słów. Słów, które oczywiście starannie odnotował. Podszedł do niej. Spokojny. Opanowany. Nic nie wskazywało na to, żeby w jego wnętrzu działo się coś innego. Przeciwnego temu, co było widoczne na pierwszy rzut oka. Chociaż... chociaż może? Nieco sztywniejsza postawa. Spojrzenie przez moment jakby mniej puste. Bardziej żywe? Tu trzeba było jednak prawdziwie bystrego spojrzenia.
- Mam nadzieję, że z czasem nauczysz się okazywać mi odpowiedni szacunek i panować nad swoimi emocjami. - mówił, umieszczając dłoń na jej podbródku. Utrzymując kontakt wzrokowy, ograniczając przez chwilę możliwości poruszania. - Nie podoba mi się Twoje dzisiejsze zachowanie. Nie akceptuje tego. Następnym razem wyciągnę w stosunku do tego odpowiednie konsekwencje. Nie miej co do tego wątpliwości. - przy ostatnich słowach pozwolił sobie umieścić dłoń na jej policzku, niby czułym gestem, przesuwając ją w dół, ku szyi. Wreszcie zabierając. Cofnął się o krok, drugi. Zerwał wzrokowy kontakt. - Będę czekać na informację dotyczącą terminu. Możesz odejść. Nie ma potrzeby, żebyś dłużej tu przebywała.
Nie czekał. Nie interesowała go w tym momencie jej reakcja. Wrócił do wcześniejszego zajęcia, na swój fotel. Do śniadania, kawy, Proroka Codziennego. Do swojego stałego rytuału, który został na chwilę przerwany. Teraz jednak wszystko wracało na swoje właściwe tory, co Robertowi odpowiadało. Trzymanie się właściwego porządku dnia miało dla niego olbrzymie znaczenie. Zapewniało potrzebny komfort.
Miał nadzieje, że w przyszłości Henrietta już nie popełni podobnego błędu; że już w niczym mu nie przeszkodzi. Oczekiwał, że kobieta dostosuje się do zasad, które panowały w tym domu od wielu lat. Niezmiennie.
Innej możliwości Robert w zasadzie nie widział.