W zwyczaju Caiusa nie leżało użalanie się nad sobą, nie zmieniało to faktu, że świergotanie pięknej panny Dolohov sprawiało mu niesamowitą przyjemność i mógłby jej słuchać godzinami; wypływające spomiędzy pełnych warg współczucie okazało się dużo słodsze od tego oferowanego przez podstarzałe matrony czy szanowanych czarodziejów czystej krwi.
– Oh, naprawdę? – mruknął szczerze zaciekawiony w odpowiedzi na plotkę, jaką mu sprzedała – Niezwykle ciekawe i niepokojące. Nie życzę nikomu źle to prawda, ale mam wrażenie, że to tylko wpłynie na opieszałość Ministerstwa, które już nie potrafi poradzić sobie z sytuacją rozgrywająca na terenach Anglii. W końcu gdy im nie dzieje się krzywda to znaczy, że w kraju nie jest źle. – westchnął ciężko, maskując swoje prawdziwe uczucia pod grubą warstwą udawanego zaniepokojenia. W tamtym momencie żałował nawet, że sam nie był częścią działań Czarnego Pana, może w taki sposób mógłby ochronić i ją od przykrości, jakie ich spotkały. Przecież na to wszystko nie zasługiwała; była panienką czystej krwi, jedną z tych, którym w jego oczach należała się gwarancja bezpieczeństwa i obrona przed całym złem tego świata.
– Widzisz, potrafiłbym sobie to wyobrazić – zatrzymał się na chwilę i bezwstydnie spojrzał w oczy Lyssy, w jego niebiesko-zielonych można było zauważyć zmartwienie i fałszywy strach – Wcześniej nie chciałem Ci się żalić, w końcu wszyscy mamy tak wiele na głowie, jednak, ja sam, chociaż całkowicie niewinny zostałem zaatakowany przez jednego z czarodziejów na Nokturnie i zdecydowanie nie był to żaden z Śmierciożerców albowiem nie skrywał swej twarzy za maską. Dobrze wiesz, że nie należę do osób agresywnych, zresztą spójrz na mnie, czy kaleka byłby w stanie wyrządzić komukolwiek krzywdę? Wystarczył fakt, że urodziłem się synem swego ojca.– rzekł trochę dramatycznie, uderzając swą laską w ziemię, tak dla podkreślenia swego oburzenia. Gest ten przyciągnął w ich stronę kilka niepożądanych spojrzeń, te jednak zawieruszyły się szybko, w Mungu byli tylko przypadkowymi ofiarami goniącymi za poradą jednego z uzdrowicieli. Nieustannie mówił przyciszonym głosem, próbując zachować pomiędzy ich dwójką odrobinę intymności.
– Nikogo nie zainteresuje jednak los ani mój, ani Twój i jest to wyjątkowo gorzka do przełknięcia prawda. Ja nawet nie zgłaszałem sprawy do aurorów ani BUM, bo wiem, że spotkałbym się z śmiechem i został odprawiony z kwitkiem. Reszcie wydaje się, ze skoro jesteśmy bogaci, skoro nasi przodkowie czy rodzice tak bardzo starali się by zapewnić nam odpowiednie wykształcenie i status materialny, skoro pochodzimy z dumnych rodów i znajdujemy się w odrobinę lepszej sytuacji, to wprost zasługujemy na wszelkie inne nieprzyjemności, które rzuca nam pod nogi życie. – zakończył swą tyradę spokojnie, w końcu podniósł spojrzenie znad brudnej podłogi.
Nabrał trochę odwagi, ale to przez to właśnie, że tak ładnie wcześniej mówiła o jego rodzinie, badał teren próbując wyczuć po której stronie znajduje się serce panny Dolohov. Nie wydawało mu się, że jest szlamolubna, ale czarodzieje posiadali wiele dziwacznych zwyczajów nawet Ci z najbardziej dobrych rodzin. Francuzi to ogólnie kojarzyli mu z dość liberalnym podejście do życia, ale mógł się mylić. Nie liczył co prawda na wywód o wyższości czystości krwi czy ogólnie rasy czarodziejów, bo nikt otwarcie o tym nie mówił, a już szczególnie on. Caius zazwyczaj skrywał swoje wszelkie obawy i przekonania pod płaszczykiem trafnych pytań i długich wypowiedzi wymuszających na innych intensywne myślenie.
– Słyszałaś o ataku w Ministerstwie? Podobno próbowali ochronić jednego z mugoli przed ogniem, wpuścili go do budynku, litując nad niemagicznym biedakiem, a ten w podzięce zaatakował jednego z nich zupełnie jakby to były czasy polowań na czarownice. – uważnie ważył każde kolejne słowa. Zmuszony walczyć ze samym sobą, z nienawiścią gotującą się pod membraną skóry, wszystko po to by ukryć swe obrzydzenie, ale i oburzenie tym co się tamtego dnia wydarzyło. Nie potrafił zrozumieć dlaczego czarodziejów tak bardzo obchodził los mugolaków, Ci za każdym, kolejnym razem co raz bardziej udowadniali mu, że współczucie czy sympatia im się nie należy. Byli zbyt głupi by zrozumieć piękno ich magicznego świata dlatego też w oczach Burke na bycie częścią jakiejkolwiek społeczności po prostu nie zasługiwali. On sam najchętniej by się ich wszystkich pozbył, swym jestestwem przysparzali im zdecydowanie zbyt wiele problemów.
– To całe zdarzenie mogło nieść wyjątkowo zgubne skutki. Rozumiem dobroć serca, potrzebę niesienia pomocy najsłabszym, ale przede wszystkim powinniśmy działać w własnym interesie, co gdyby informacja o istnieniu naszej społeczności wydostała się na zewnątrz? Gdyby jutro u bram ulicy Pokątnej pojawili się wrogowie z nieznaną nam bronią, marny byłby nasz los. Najprawdopodobniej skończylibyśmy zamknięci w klatkach, a Ci bardziej uzdolnieni zostaliby siłą zmuszeni do używania swych nieocenionych i wyjątkowych umiejętności dla korzyści innych. – zdanie w pewnych kręgach mogłoby wywołać oburzenie, wiedział jednak, że dla Lyssy ważniejsze było raczej jej własne bezpieczeństwo, grał więc na strachu, na niemocy krępującej ręce, na wszystkich uczuciach, które drzemały w głębi każdego szanującego się czarodzieja.
That motherfucker.
What a tool.