08.08.2025, 16:31 ✶
Aaron Moody nie mógł powstrzymać "a nie mówiłem", które samo cisnęło się na usta, gdy patrzył na panujący wokół chaos.
A nie mówiłem, że trzeba sprawić, żeby się nas bali. Poczuli się bezkarni, a po Beltane, winę za tę bezkarność ponosimy my, i nasza bezczynność.
A nie mówiłem, że trzeba ich wszystkich wyłapać i zesłać bez procesu do Azkabanu. A jak nie da rady, żeby ich złapać, trzeba strzelać, żeby zabić.
A nie mówiłem, że tak będzie. A nie mówiłem, że będzie jeszcze gorzej.
A jednak nie znajdował w swoim "a nie mówiłem" żadnej satysfakcji, woląc pogrążyć się w pracy, zamiast ględzić po próżnicy. "A nie mówiłem" wybrzmiewało jednak w sposobie, w jaki trzaskał drzwiami Biura Aurorów. W tym, jak rzucał dokumenty na biurko. W zgrzytliwym warknięciu rzuconym w stronę praktykanta, który przerwał mu rozmowę z Crickerlym, gdy ten na prędką rękę zdawał mu relację z odwiedzonego wcześniej tego ranka miejsca zbrodni. Dzień, jak kurwa, co dzień, tylko że jedną z ofiar był młody auror, który dopiero co skończył kursy, więc ktoś będzie musiał powiedzieć jego matce, że zamiast syna, do domu wróci medal za odwagę. Moody przejechał ręką po twarzy. Nie patrzył w stronę biurka własnego syna – w stronę biurka Alastora – ale był boleśnie świadomy, że stoi blisko. "A nie mówiłem."
– Ja... Przysyła mnie... Jaśnie szanowana pani sędzia... Lorien Mulciber.
Wystarczyło, by Moody obrzucił go morderczym spojrzeniem, aby zaciął się znowu. Wbrew oczekiwaniom Harry'ego, auror podniósł się jednak zza biurka, poprawiając odznakę noszoną na pasku przy spodniach. Wcisnął mu w dłoń listę kolejnych akt, po które praktykant musiał udać się do archiwum.
– Pogadam potem z Harper – rzucił na odchodne Crickerly'emu, nakładając marynarkę. Wziął pod pachę notes ze swoimi notatkami, po czym bez słowa wyminął praktykanta, zdążając w stronę biura Lorien Mulciber.
Harry'emu nie pozostało nic innego, jak podążyć za nim.
Moody przysiadł wczoraj nad sprawą. Sytuacja była rozwojowa, ale potrzebowali sprawdzić jeszcze parę rzeczy. Już wcześniej prosił, aby dotarczono kilka teczek do biura sędzi, ale to było wczoraj rano, kiedy nikogo nie było w siedzibie Wizengamotu, a sama zainteresowana wciąż przebywała w szpitalu. Pieprzony Korolev. Aaron wiedział, że ścigali nie tylko Śmierciożerców, bezpośrednio odpowiedzialnych za pożary. Ścigali naśladowców. Ścigali wszystkich tych, którzy chcieli wykorzystać zamęt dla własnych korzyści, podpalając, grabiąc i mordując. Ścigali tak wielu, ale ślady pozostawione w popiele rozwiewał wiatr. Zadeptywały je rodziny, poszukujące ciał poległych bliskich – nie sądził, aby jednego dnia zgłoszono kiedykolwiek tak wiele zaginięć, a wciąż napływały kolejne – poszukujące niespalonych pozostałości życia, ratujących resztki potraconych w ogniu majątków. Brygadziści, zgrupowani w ekipy ratunkowe. Magomedycy. Grabarze. Bezdomni, szukający schronienia. Błakające się po ulicach zwierzęta. Złodzieje. Złoczyńcy.
Dzieciak wyglądał tak, jakby wahał się, czy zostać kilka kroków za nim, czy wysunąć się naprzód, i zaimponować sędzi, że mimo zamieszania, zdołał jej sprowadzić, kogo trzeba. Wyraźnie chciał pochwalić się wykonanym zadaniem, i zaanonsować Moody'ego, jak gdyby ten był co najmniej Ministrą Magii. Jak gdyby był jednym z tych zadufanych w sobie bufonów na wysokich stołkach. Jednym z tych, którzy oczekiwali, że od razu rozpoznasz ich twarz, śmiejącą się z okładek gazet, trwając w przekonaniu, że samym tylko istnieniem zasłużyli na to, aby kłaniano się im w pas. Aaron rozpoznawał ich po konkretnych odcieniach beżu, jaki nosił satynowany papier, z którego wykonane były ich wizytówki opatrzone herbowym znakiem wodnym. Nadrukowane na nich czystokrwiste nazwiska zapisane były czcionką tak wymyślną, że nie dało się nic przeczytać. Aaron poznawał ich po pretensjonalnej gadce, wiecznym politykowaniu i wkurwiającym sposobie, w jaki się śmiali. Poznawał ich po modnym ostatnio kroju marynarek od Rosierów. Szyto je tak, aby ukryć rosnący brzuszek, kabzę nabijaną nieróbstwem i uczciwą pracą podatników, którzy dzieciom odejmowali od ust, karmiąc ze swych pensji skorumpowane struktury rządu. Kolejnego rządu obiecującego zmiany, które nie miały nigdy nadejść.
Aaron nie był jednym z nich.
Przypominał wywołane w sepii zdjęcie, ze swymi włosami w brudnym odcieniu pyłu, pokrywającego londyńskie ulice, z wysoko sklepionymi kośćmi policzkowymi, których kanciastość przywodziła na myśl wykładającą je kostkę brukową. Wyglądał na człowieka, który wie, kim jest, wie, skąd pochodzi. Nosił na barkach zmęczenie metropolii, która wydała go na świat, a jednak zawsze trzymał głowę prosto, śmiało patrząc przed siebie. Cera jego swym szaroburym kolorytem przypominała rozkopane podwórza przy szpalerze szeregowych domów na szaroburych przedmieściach, po których biegały szarobure psy. Niebo nad miastem, zasnute chmurami i smogiem, niczym nie różniło się od jego chmurnego oblicza. Urodził się pod tym niebem, wiedział, że przyjdzie mu umrzeć pod tym niebem, a jednak twardo stąpał po ziemi. Do bólu przyziemny, tak najpełniej można by go było opisać. Budził skojarzenia z portretami bohaterów wojennych, z zaciętą twarzą, poznaczoną zmarszczkami zmartwień, które zdawały się przydawać mu szlachetności, jak gdyby wiek lepiej niż cokolwiek innego zaświadczyć mógł o jego kompetencjach. Nawet nijaki mundur aurora leżał na Aaronie Moodym jak ulał, nudny niemalże w swej nieskazitelności. Nie sposób było określić, gdzie zaczyna się mężczyzna, gdzie kończy auror.
– Pukać nie musisz mnie uczyć – rzucił w stronę dzieciaka. No naprawdę, brakowało jeszcze, żeby chodził za nim do kibla, i dupę mu podcierał. – Przygotuj lepiej tamte akta, o które prosiłem, i pilnuj, żeby nikt nie przeszkadzał. – Na końcu języka czaiła mu się ojcowska niemal w swej trosce sugestia, żeby zaprotokołował zawartość nocnika swojego szefa, skoro tak mu zależy na awansie, ale stwierdził, że szkoda strzępić gęby nadaremnie. Jeszcze młody wziąłby porady Moody'ego na poważnie, i wyszlifowałby przełożonemu jego sędziowski młoteczek. Nic się to młode, kurwa, na żartach nie znało. A ludzie gadali, że to z Moody'ego niby gbur, że nie poznałby się, że ktoś ma poczucie humoru, nawet wtedy, gdyby miał go sprofilować na podstawie zebranego materiału dowodowego.
– Pani Mulciber – odezwał się Moody, wkraczając do środka, gdy tylko zza drzwi dobiegło stosowne zaproszenie. Czujne oczy Aarona przesunęły się po znajomym wnętrzu: przez spoczywający na stole stos akt, zawieszony na ścianie portret, aż po makietę twierdzy Azkaban, na której murach baraszkowały miniaturowe dementorki. Nie krył się z tym. Nie było jednak w jego ruchach nerwowości, raczej pewna wyuczoność – potrzeba kontrolowania otoczenia – widoczna także w sposobie, w jaki wymówił nazwisko Mulciber, zamiast mimowolnie cisnącego się na usta Crouch. Wreszcie zatrzymał wzrok na zasiadłej za biurkiem sędzi. Przywitał ją skinieniem głowy.
– Pomyślałem, że przyślę coś miłego do przeczytania. Widzę, że nie przynieśli jeszcze wszystkiego, ale kazałem nam nie przeszkadzać – skomentował, zatrzymawszy się na wejściu z ręką na klamce. Brodą pokazał w stronę cicho zamkniętych drzwi, sugerując, że mówi o bandzie młodocianych praktykantów, którzy nic tylko pałętali się wszystkim pod nogami. A tak konkretnie o Harrym, bo takie albo podobne imię nosił na plakietce dzieciak, który jąkając się, przekazał mu wiadomość od sędzi. Błazen w roli nadwornego szambelana, a strażników w Pałacu dalej brak, pomyślał, podsumowując braki w zabezpieczeniach siedziby zarządu Wizengamotu. Pałac... Mówili tak czasem potocznie na gabineta sędziów, położone w tym samym poziomie, co Biuro Aurorów i Brygady, w odróżnieniu od sal rozpraw, znajdujące się głęboko w podziemiach. Tamte nazywali po prostu Lochem. Sale Wizengamotu, gdzie w powietrzu wisiały wyroki, przypominały bowiem połączenie pałacowej sali tronowej z mrocznym lochem – monumentalnym, zimnym i wyniosłym. Aaron lubił to miejsce. Lubił, jak głosy odbijały się od grubych ścian obłożonych ciemnym kamieniem, lubił tajemną geometrię tego miejsca: wiele myśli włożono w projektowanie sali sądowych, aby architektonicznie zapewnić pomieszczeniom jak najlepszą akustykę. Jeżeli wiedziało się, w którym miejscu stanąć, można było podsłuchać powierzony komuś na ucho szept. Trudno powiedzieć, jak wiele z tego było magią, a jak wiele – matematyką.
– Dobrze wiedzieć panią w jednym kawałku. – Kącik ust drgnął Aaronowi lekko, a chociaż w głosie dało się słyszeć zmęczenie, widoczne także w cieniach pod oczami, brzmiał szczerze. Patrzył przy tym wprost w twarz Lorien, studiując ją uważnie, jak gdyby porównywał ją z portretem pamięciowym, który przechowywał we wnętrzu swojego umysłu. Z różnic, które rzuciły mu się od razu w oczy, odnotował obecność drewnianej laseczki, nie zatrzymał na niej jednak spojrzenia dłużej, niż na reszcie gabinetu. Obserwacja otoczenia była ważna, ale nie tak, jak obserwacja kreujących to otoczenie ludzi. A jemu wyjątkowo miło patrzyło się na młodą sędzinę.
Chyba zapomniał o tym, że wciąż stoi, a może miał po prostu taki nawyk, żeby załatwiać sprawy w biegu.
!Strach przed imieniem
A nie mówiłem, że trzeba sprawić, żeby się nas bali. Poczuli się bezkarni, a po Beltane, winę za tę bezkarność ponosimy my, i nasza bezczynność.
A nie mówiłem, że trzeba ich wszystkich wyłapać i zesłać bez procesu do Azkabanu. A jak nie da rady, żeby ich złapać, trzeba strzelać, żeby zabić.
A nie mówiłem, że tak będzie. A nie mówiłem, że będzie jeszcze gorzej.
A jednak nie znajdował w swoim "a nie mówiłem" żadnej satysfakcji, woląc pogrążyć się w pracy, zamiast ględzić po próżnicy. "A nie mówiłem" wybrzmiewało jednak w sposobie, w jaki trzaskał drzwiami Biura Aurorów. W tym, jak rzucał dokumenty na biurko. W zgrzytliwym warknięciu rzuconym w stronę praktykanta, który przerwał mu rozmowę z Crickerlym, gdy ten na prędką rękę zdawał mu relację z odwiedzonego wcześniej tego ranka miejsca zbrodni. Dzień, jak kurwa, co dzień, tylko że jedną z ofiar był młody auror, który dopiero co skończył kursy, więc ktoś będzie musiał powiedzieć jego matce, że zamiast syna, do domu wróci medal za odwagę. Moody przejechał ręką po twarzy. Nie patrzył w stronę biurka własnego syna – w stronę biurka Alastora – ale był boleśnie świadomy, że stoi blisko. "A nie mówiłem."
– Ja... Przysyła mnie... Jaśnie szanowana pani sędzia... Lorien Mulciber.
Wystarczyło, by Moody obrzucił go morderczym spojrzeniem, aby zaciął się znowu. Wbrew oczekiwaniom Harry'ego, auror podniósł się jednak zza biurka, poprawiając odznakę noszoną na pasku przy spodniach. Wcisnął mu w dłoń listę kolejnych akt, po które praktykant musiał udać się do archiwum.
– Pogadam potem z Harper – rzucił na odchodne Crickerly'emu, nakładając marynarkę. Wziął pod pachę notes ze swoimi notatkami, po czym bez słowa wyminął praktykanta, zdążając w stronę biura Lorien Mulciber.
Harry'emu nie pozostało nic innego, jak podążyć za nim.
Moody przysiadł wczoraj nad sprawą. Sytuacja była rozwojowa, ale potrzebowali sprawdzić jeszcze parę rzeczy. Już wcześniej prosił, aby dotarczono kilka teczek do biura sędzi, ale to było wczoraj rano, kiedy nikogo nie było w siedzibie Wizengamotu, a sama zainteresowana wciąż przebywała w szpitalu. Pieprzony Korolev. Aaron wiedział, że ścigali nie tylko Śmierciożerców, bezpośrednio odpowiedzialnych za pożary. Ścigali naśladowców. Ścigali wszystkich tych, którzy chcieli wykorzystać zamęt dla własnych korzyści, podpalając, grabiąc i mordując. Ścigali tak wielu, ale ślady pozostawione w popiele rozwiewał wiatr. Zadeptywały je rodziny, poszukujące ciał poległych bliskich – nie sądził, aby jednego dnia zgłoszono kiedykolwiek tak wiele zaginięć, a wciąż napływały kolejne – poszukujące niespalonych pozostałości życia, ratujących resztki potraconych w ogniu majątków. Brygadziści, zgrupowani w ekipy ratunkowe. Magomedycy. Grabarze. Bezdomni, szukający schronienia. Błakające się po ulicach zwierzęta. Złodzieje. Złoczyńcy.
Dzieciak wyglądał tak, jakby wahał się, czy zostać kilka kroków za nim, czy wysunąć się naprzód, i zaimponować sędzi, że mimo zamieszania, zdołał jej sprowadzić, kogo trzeba. Wyraźnie chciał pochwalić się wykonanym zadaniem, i zaanonsować Moody'ego, jak gdyby ten był co najmniej Ministrą Magii. Jak gdyby był jednym z tych zadufanych w sobie bufonów na wysokich stołkach. Jednym z tych, którzy oczekiwali, że od razu rozpoznasz ich twarz, śmiejącą się z okładek gazet, trwając w przekonaniu, że samym tylko istnieniem zasłużyli na to, aby kłaniano się im w pas. Aaron rozpoznawał ich po konkretnych odcieniach beżu, jaki nosił satynowany papier, z którego wykonane były ich wizytówki opatrzone herbowym znakiem wodnym. Nadrukowane na nich czystokrwiste nazwiska zapisane były czcionką tak wymyślną, że nie dało się nic przeczytać. Aaron poznawał ich po pretensjonalnej gadce, wiecznym politykowaniu i wkurwiającym sposobie, w jaki się śmiali. Poznawał ich po modnym ostatnio kroju marynarek od Rosierów. Szyto je tak, aby ukryć rosnący brzuszek, kabzę nabijaną nieróbstwem i uczciwą pracą podatników, którzy dzieciom odejmowali od ust, karmiąc ze swych pensji skorumpowane struktury rządu. Kolejnego rządu obiecującego zmiany, które nie miały nigdy nadejść.
Aaron nie był jednym z nich.
Przypominał wywołane w sepii zdjęcie, ze swymi włosami w brudnym odcieniu pyłu, pokrywającego londyńskie ulice, z wysoko sklepionymi kośćmi policzkowymi, których kanciastość przywodziła na myśl wykładającą je kostkę brukową. Wyglądał na człowieka, który wie, kim jest, wie, skąd pochodzi. Nosił na barkach zmęczenie metropolii, która wydała go na świat, a jednak zawsze trzymał głowę prosto, śmiało patrząc przed siebie. Cera jego swym szaroburym kolorytem przypominała rozkopane podwórza przy szpalerze szeregowych domów na szaroburych przedmieściach, po których biegały szarobure psy. Niebo nad miastem, zasnute chmurami i smogiem, niczym nie różniło się od jego chmurnego oblicza. Urodził się pod tym niebem, wiedział, że przyjdzie mu umrzeć pod tym niebem, a jednak twardo stąpał po ziemi. Do bólu przyziemny, tak najpełniej można by go było opisać. Budził skojarzenia z portretami bohaterów wojennych, z zaciętą twarzą, poznaczoną zmarszczkami zmartwień, które zdawały się przydawać mu szlachetności, jak gdyby wiek lepiej niż cokolwiek innego zaświadczyć mógł o jego kompetencjach. Nawet nijaki mundur aurora leżał na Aaronie Moodym jak ulał, nudny niemalże w swej nieskazitelności. Nie sposób było określić, gdzie zaczyna się mężczyzna, gdzie kończy auror.
– Pukać nie musisz mnie uczyć – rzucił w stronę dzieciaka. No naprawdę, brakowało jeszcze, żeby chodził za nim do kibla, i dupę mu podcierał. – Przygotuj lepiej tamte akta, o które prosiłem, i pilnuj, żeby nikt nie przeszkadzał. – Na końcu języka czaiła mu się ojcowska niemal w swej trosce sugestia, żeby zaprotokołował zawartość nocnika swojego szefa, skoro tak mu zależy na awansie, ale stwierdził, że szkoda strzępić gęby nadaremnie. Jeszcze młody wziąłby porady Moody'ego na poważnie, i wyszlifowałby przełożonemu jego sędziowski młoteczek. Nic się to młode, kurwa, na żartach nie znało. A ludzie gadali, że to z Moody'ego niby gbur, że nie poznałby się, że ktoś ma poczucie humoru, nawet wtedy, gdyby miał go sprofilować na podstawie zebranego materiału dowodowego.
– Pani Mulciber – odezwał się Moody, wkraczając do środka, gdy tylko zza drzwi dobiegło stosowne zaproszenie. Czujne oczy Aarona przesunęły się po znajomym wnętrzu: przez spoczywający na stole stos akt, zawieszony na ścianie portret, aż po makietę twierdzy Azkaban, na której murach baraszkowały miniaturowe dementorki. Nie krył się z tym. Nie było jednak w jego ruchach nerwowości, raczej pewna wyuczoność – potrzeba kontrolowania otoczenia – widoczna także w sposobie, w jaki wymówił nazwisko Mulciber, zamiast mimowolnie cisnącego się na usta Crouch. Wreszcie zatrzymał wzrok na zasiadłej za biurkiem sędzi. Przywitał ją skinieniem głowy.
– Pomyślałem, że przyślę coś miłego do przeczytania. Widzę, że nie przynieśli jeszcze wszystkiego, ale kazałem nam nie przeszkadzać – skomentował, zatrzymawszy się na wejściu z ręką na klamce. Brodą pokazał w stronę cicho zamkniętych drzwi, sugerując, że mówi o bandzie młodocianych praktykantów, którzy nic tylko pałętali się wszystkim pod nogami. A tak konkretnie o Harrym, bo takie albo podobne imię nosił na plakietce dzieciak, który jąkając się, przekazał mu wiadomość od sędzi. Błazen w roli nadwornego szambelana, a strażników w Pałacu dalej brak, pomyślał, podsumowując braki w zabezpieczeniach siedziby zarządu Wizengamotu. Pałac... Mówili tak czasem potocznie na gabineta sędziów, położone w tym samym poziomie, co Biuro Aurorów i Brygady, w odróżnieniu od sal rozpraw, znajdujące się głęboko w podziemiach. Tamte nazywali po prostu Lochem. Sale Wizengamotu, gdzie w powietrzu wisiały wyroki, przypominały bowiem połączenie pałacowej sali tronowej z mrocznym lochem – monumentalnym, zimnym i wyniosłym. Aaron lubił to miejsce. Lubił, jak głosy odbijały się od grubych ścian obłożonych ciemnym kamieniem, lubił tajemną geometrię tego miejsca: wiele myśli włożono w projektowanie sali sądowych, aby architektonicznie zapewnić pomieszczeniom jak najlepszą akustykę. Jeżeli wiedziało się, w którym miejscu stanąć, można było podsłuchać powierzony komuś na ucho szept. Trudno powiedzieć, jak wiele z tego było magią, a jak wiele – matematyką.
– Dobrze wiedzieć panią w jednym kawałku. – Kącik ust drgnął Aaronowi lekko, a chociaż w głosie dało się słyszeć zmęczenie, widoczne także w cieniach pod oczami, brzmiał szczerze. Patrzył przy tym wprost w twarz Lorien, studiując ją uważnie, jak gdyby porównywał ją z portretem pamięciowym, który przechowywał we wnętrzu swojego umysłu. Z różnic, które rzuciły mu się od razu w oczy, odnotował obecność drewnianej laseczki, nie zatrzymał na niej jednak spojrzenia dłużej, niż na reszcie gabinetu. Obserwacja otoczenia była ważna, ale nie tak, jak obserwacja kreujących to otoczenie ludzi. A jemu wyjątkowo miło patrzyło się na młodą sędzinę.
Chyba zapomniał o tym, że wciąż stoi, a może miał po prostu taki nawyk, żeby załatwiać sprawy w biegu.
!Strach przed imieniem
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.