08.08.2025, 16:32 ✶
Gabinet sędzi pogrążony był w tej przyjemnej ciszy, jaką cieszyły się obłożone zaklęciami pomieszczenia. Nie to co Biuro Aurorów, bardziej w swoim chaosie przypominające pszczeli ul.
Lorien siedziała w ciężkim fotelu, przeglądając leniwie kolejne strony akt Koroleva. Czekała, choć nie była pewna czy Harry podoła tej misji. Chłopaczyna wyglądał jakby miał zemdleć na jej progu, a co dopiero poprosić Moody'ego o przyjście.
Praktycznie niewidoczna zza sterty dokumentów i papierów, które po Spalonej Nocy piętrzyły się na jej biurku. Ale była. Wróciła. Cała i zdrowa. Pomimo oczywistych okoliczności, które trzymały ją dotychczas z dala od Ministerstwa.
- Panie Moody.- Podniosła grzecznie wzrok znad kolejnych, zapisanych drobnym pismem protokolantów transkrypcji z przesłuchania. Jednego z wielu. Postukała w zamyśleniu opuszkami palców o trzymany w dłoniach dokument.- Coś miłego do przeczytania.- Powtórzyła za nim powoli, ale w jej głosie brakowało tej protekcjonalnej nuty, którą traktowała pieprzących bzdury praktykantów.- Biblia ludzkich błędów i słabości.- Westchnęła, kręcąc głową. Czarna wstążka, nie wytrzymała tego ruchu, pozwalając, żeby parę loków wyślizgnęło się spod złapanego na szybko koka. Sfrustrowana założyła je za ucho, a w resztę - wetknęła swoją różdżkę.
-Dobrze wiedzieć panią w jednym kawałku.
Podniosła się ze swojego miejsca. Co prawda musiała przytrzymać się biurka, ale miała nadzieję, że nie zwróci na to uwagi. Każdy jej ruch był ostrożny, przemyślany. Jakby liczyła na ile starczy jej jeszcze sił.
- Powiedzmy, że miałam szczęście. Gdyby mnie zaatakował po wywołaniu klątwy - pewnie byśmy dziś nie rozmawiali.- Powiedziała spokojnie, zupełnie jakby była pogodzona nawet z tą wizją. Pozwoliła, aby przyjrzał jej się przez chwilę. Ale czas biegł nieubłaganie, a nikt nie lubił, kiedy sędziowie spóźniali się na poranne posiedzenia. Nawet jeśli mieli równie istotne spotkania przed nimi. Dlatego zerknęła jeszcze raz na drzwi, lekkim gestem głowy dając znać, żeby ich pilnował.
Stażyści poza faktem, że pałętali się pod nogami, mieli też tą paskudną przywarę, że często zapominali co się do nich mówi. Sama Lorien otworzyła z kolei jedną z ciężkich, dębowych szaf, znikając za jej drzwiami z pola widzenia.
Musiała się przebrać. Golf poleciał na oparcie fotela.
- Słyszał już panie Moody, co spotkało biednego Roberta Croucha?- Zapytała. Nie dostając od razu odpowiedzi (nie żeby dała Aaronowi choć trochę czasu na ową odpowiedź), wychyliła głowę, pozwalając lokom opaść na nagie ramię, którego na szczęście tylko niewielki fragment był widoczny. W Ministerstwie nie było miejsca na takie bezeceństwa!- Pewnie tak. Pół Departamentu już o tym plotkuje...- Postukała krwistoczerwonymi paznokciami o drewno.
- Z tego co mi wiadomo Robert nie zamierza wnosić skargi. Co osobiście uważam za karygodne, nawet w świetle wydarzeń sprzed kilku dni. Ustanawia dziwaczy precedes, wedle którego organ Wizengamotu może być atakowany, bo kogoś poniosły emocje, a brygadziści nie zdołali odpowiednio szybko zainterweniować.- Powiedziała co wiedziała. A potem znów zniknęła. Nie przeszkadzało jej to mówić dalej. Głos Mulciber był przytłumiony, gdy próbowała wciągnąć przez głowę swoją sędziowską szatę.- Zaatakowany przez niemagicznie urodzonego… hfpmf… w samym środku Ministerstwa… mphf… Na oczach… No praktycznie wszystkich. Całego, no żesz by to… Atrium!
W końcu przestała się szamotać z materiałem.
Wyszła ubrana w swój strój służbowy, drżącymi dłońmi zapinając ostatnie guziczki przy kołnierzyku. Wstążka u szyi wciąż była jeszcze rozwiązania, a i brakowało sędziowskiego nakrycia głowy - ale to zakładała tylko na rozprawy. Podobnie jak ciężką pelerynę spiętą srebrną, sygnowaną znakiem Wizengamotu, klamrą.
Zamiast jednak swojego gościa zaprosić do zajęcia miejsca przy biurku, to ona podeszła bliżej wejścia. Niekoniecznie chodziło tu jednak o stojącego przy drzwiach Aarona, a to co było obok - jej makieta.
- Ostatnio są niespokojne. Chyba udziela im się nastrój politycznego niepokoju.
Nachyliła się nad gablotką, a już sama jej obecność i ruch - delikatne machnięcie różdżki - wystarczył, aby zadrżało powietrze miniaturowego Azkabanu. Poruszyły się cienie w murach. Część siedząca wśród kwiatów (tych, które Lorien w większości dostała na urodziny, a część w ramach kondolencji po śmierci Roberta, a następnie potraktowała zaklęciem miniaturyzacji i zasadziła na więziennej wyspie), zainteresowała się bardziej znikającą szklaną zasłoną.
Nie trzeba było długo czekać, żeby zorientowały się, że są wolne. Wysypały się ze wszystkich zakamarków makiety. Gdyby ktoś zapytał panią Mulciber ile dementorzych zabawek potrzeba jej do szczęścia - uczciwie przyznałaby, że z dwadzieścia. Tymczasem do pogrążenia świata w chaosie wystarczyło z osiem. Aaron mógł pamiętać, że jeszcze niedawno było ich dziesięć - gdzie się podziała więc dwójka? Nie miał na to rozmyślanie jednak zbyt wiele czasu, bo jeden z dementorków uwiesił mu się na krawacie, machając niewidocznymi spod płaszczyka nóżkami, co by się porządnie rozbujać. Kolejny przysiadł na trzymanym przez czarodzieja notesie, bardzo zawzięcie próbując wyciągnąć jakąś luźną, wystającą karteczkę. Nie szło mu to najlepiej – kartka ślizgała się pod jego kościstymi paluszkami, a pelerynka zawadzała. W końcu szarpnął jeszcze mocniej… odrywając kawałek pergaminu. Uniósł go w triumfalnym geście niczym bohater wojenny, a potem… chyba go zjadł. Przynajmniej tak to wyglądało - papierek zniknął bezpowrotnie wśród cienia peleryny.
Zdecydowana większość obsiadła Lorien, wybitnie stęskniona jej weekendową nieobecnością. Jeden wdrapał się na jej ramię, drugi czepiał się pukla włosów, trzeci ostrożnie zsunął się po guziku szaty. Znudziły się jednak szybko - tyle było przecież rzeczy do zrobienia w gabinecie! Tyle książek do przewrócenia; kałamarz pełen świeżego atramentu do wylania; poza tym trzeba było jeszcze podenerwować bogom ducha winnego pana Ministra na portrecie.
Poza dwoma, które zostały sobie na brzegu zaczarowanego wybrzeża Morza Północnego, trzymając się za kościste łapki. Tamte siedziały cicho –podejrzanie wręcz cicho. Jeden kiwał łebkiem w rytm fal, które rozmywały się o skały przypominające łąkę, a drugi, mniejszy, rysował coś paluszkiem po wilgotnym piasku. A może po prostu udawał, że rysuje.
W końcu przy czarownicy został tylko jeden, największa przylepa z koszmarnej gromadki. Ten, który zawsze jakimś cudem unikał zesłania na banicję do więziennej gablotki. Gdy pierwszy chaos ucichł… wychylił się z rękawa czarownicy, przecierając ukryte pod kapturkiem oczka, jakby budził się ze snu. Nieważne, że nie spał. I że nie miał oczu. W końcu wygrzebał się z fałd sędziowskiej szaty i podleciał wyżej. Zbliżył się do Lorien; rozsiadł wygodnie na jej ramieniu, obejmując szyję opiekunki kościstymi łapkami, z niewymuszoną bezczelnością stworzenia, które wie, że i tak wszystko mu się wybaczy. Kiwał się lekko - w przód i w tył.
- Tak więc... Sprawa Koroleva, panie Moody. Nie jestem swoim kuzynem. Nie zamierzam być bierna.- Uniosła kącik ust, nareszcie gestem dłoni zapraszając go do biurka.
Lorien siedziała w ciężkim fotelu, przeglądając leniwie kolejne strony akt Koroleva. Czekała, choć nie była pewna czy Harry podoła tej misji. Chłopaczyna wyglądał jakby miał zemdleć na jej progu, a co dopiero poprosić Moody'ego o przyjście.
Praktycznie niewidoczna zza sterty dokumentów i papierów, które po Spalonej Nocy piętrzyły się na jej biurku. Ale była. Wróciła. Cała i zdrowa. Pomimo oczywistych okoliczności, które trzymały ją dotychczas z dala od Ministerstwa.
- Panie Moody.- Podniosła grzecznie wzrok znad kolejnych, zapisanych drobnym pismem protokolantów transkrypcji z przesłuchania. Jednego z wielu. Postukała w zamyśleniu opuszkami palców o trzymany w dłoniach dokument.- Coś miłego do przeczytania.- Powtórzyła za nim powoli, ale w jej głosie brakowało tej protekcjonalnej nuty, którą traktowała pieprzących bzdury praktykantów.- Biblia ludzkich błędów i słabości.- Westchnęła, kręcąc głową. Czarna wstążka, nie wytrzymała tego ruchu, pozwalając, żeby parę loków wyślizgnęło się spod złapanego na szybko koka. Sfrustrowana założyła je za ucho, a w resztę - wetknęła swoją różdżkę.
-Dobrze wiedzieć panią w jednym kawałku.
Podniosła się ze swojego miejsca. Co prawda musiała przytrzymać się biurka, ale miała nadzieję, że nie zwróci na to uwagi. Każdy jej ruch był ostrożny, przemyślany. Jakby liczyła na ile starczy jej jeszcze sił.
- Powiedzmy, że miałam szczęście. Gdyby mnie zaatakował po wywołaniu klątwy - pewnie byśmy dziś nie rozmawiali.- Powiedziała spokojnie, zupełnie jakby była pogodzona nawet z tą wizją. Pozwoliła, aby przyjrzał jej się przez chwilę. Ale czas biegł nieubłaganie, a nikt nie lubił, kiedy sędziowie spóźniali się na poranne posiedzenia. Nawet jeśli mieli równie istotne spotkania przed nimi. Dlatego zerknęła jeszcze raz na drzwi, lekkim gestem głowy dając znać, żeby ich pilnował.
Stażyści poza faktem, że pałętali się pod nogami, mieli też tą paskudną przywarę, że często zapominali co się do nich mówi. Sama Lorien otworzyła z kolei jedną z ciężkich, dębowych szaf, znikając za jej drzwiami z pola widzenia.
Musiała się przebrać. Golf poleciał na oparcie fotela.
- Słyszał już panie Moody, co spotkało biednego Roberta Croucha?- Zapytała. Nie dostając od razu odpowiedzi (nie żeby dała Aaronowi choć trochę czasu na ową odpowiedź), wychyliła głowę, pozwalając lokom opaść na nagie ramię, którego na szczęście tylko niewielki fragment był widoczny. W Ministerstwie nie było miejsca na takie bezeceństwa!- Pewnie tak. Pół Departamentu już o tym plotkuje...- Postukała krwistoczerwonymi paznokciami o drewno.
- Z tego co mi wiadomo Robert nie zamierza wnosić skargi. Co osobiście uważam za karygodne, nawet w świetle wydarzeń sprzed kilku dni. Ustanawia dziwaczy precedes, wedle którego organ Wizengamotu może być atakowany, bo kogoś poniosły emocje, a brygadziści nie zdołali odpowiednio szybko zainterweniować.- Powiedziała co wiedziała. A potem znów zniknęła. Nie przeszkadzało jej to mówić dalej. Głos Mulciber był przytłumiony, gdy próbowała wciągnąć przez głowę swoją sędziowską szatę.- Zaatakowany przez niemagicznie urodzonego… hfpmf… w samym środku Ministerstwa… mphf… Na oczach… No praktycznie wszystkich. Całego, no żesz by to… Atrium!
W końcu przestała się szamotać z materiałem.
Wyszła ubrana w swój strój służbowy, drżącymi dłońmi zapinając ostatnie guziczki przy kołnierzyku. Wstążka u szyi wciąż była jeszcze rozwiązania, a i brakowało sędziowskiego nakrycia głowy - ale to zakładała tylko na rozprawy. Podobnie jak ciężką pelerynę spiętą srebrną, sygnowaną znakiem Wizengamotu, klamrą.
Zamiast jednak swojego gościa zaprosić do zajęcia miejsca przy biurku, to ona podeszła bliżej wejścia. Niekoniecznie chodziło tu jednak o stojącego przy drzwiach Aarona, a to co było obok - jej makieta.
- Ostatnio są niespokojne. Chyba udziela im się nastrój politycznego niepokoju.
Nachyliła się nad gablotką, a już sama jej obecność i ruch - delikatne machnięcie różdżki - wystarczył, aby zadrżało powietrze miniaturowego Azkabanu. Poruszyły się cienie w murach. Część siedząca wśród kwiatów (tych, które Lorien w większości dostała na urodziny, a część w ramach kondolencji po śmierci Roberta, a następnie potraktowała zaklęciem miniaturyzacji i zasadziła na więziennej wyspie), zainteresowała się bardziej znikającą szklaną zasłoną.
Nie trzeba było długo czekać, żeby zorientowały się, że są wolne. Wysypały się ze wszystkich zakamarków makiety. Gdyby ktoś zapytał panią Mulciber ile dementorzych zabawek potrzeba jej do szczęścia - uczciwie przyznałaby, że z dwadzieścia. Tymczasem do pogrążenia świata w chaosie wystarczyło z osiem. Aaron mógł pamiętać, że jeszcze niedawno było ich dziesięć - gdzie się podziała więc dwójka? Nie miał na to rozmyślanie jednak zbyt wiele czasu, bo jeden z dementorków uwiesił mu się na krawacie, machając niewidocznymi spod płaszczyka nóżkami, co by się porządnie rozbujać. Kolejny przysiadł na trzymanym przez czarodzieja notesie, bardzo zawzięcie próbując wyciągnąć jakąś luźną, wystającą karteczkę. Nie szło mu to najlepiej – kartka ślizgała się pod jego kościstymi paluszkami, a pelerynka zawadzała. W końcu szarpnął jeszcze mocniej… odrywając kawałek pergaminu. Uniósł go w triumfalnym geście niczym bohater wojenny, a potem… chyba go zjadł. Przynajmniej tak to wyglądało - papierek zniknął bezpowrotnie wśród cienia peleryny.
Zdecydowana większość obsiadła Lorien, wybitnie stęskniona jej weekendową nieobecnością. Jeden wdrapał się na jej ramię, drugi czepiał się pukla włosów, trzeci ostrożnie zsunął się po guziku szaty. Znudziły się jednak szybko - tyle było przecież rzeczy do zrobienia w gabinecie! Tyle książek do przewrócenia; kałamarz pełen świeżego atramentu do wylania; poza tym trzeba było jeszcze podenerwować bogom ducha winnego pana Ministra na portrecie.
Poza dwoma, które zostały sobie na brzegu zaczarowanego wybrzeża Morza Północnego, trzymając się za kościste łapki. Tamte siedziały cicho –podejrzanie wręcz cicho. Jeden kiwał łebkiem w rytm fal, które rozmywały się o skały przypominające łąkę, a drugi, mniejszy, rysował coś paluszkiem po wilgotnym piasku. A może po prostu udawał, że rysuje.
W końcu przy czarownicy został tylko jeden, największa przylepa z koszmarnej gromadki. Ten, który zawsze jakimś cudem unikał zesłania na banicję do więziennej gablotki. Gdy pierwszy chaos ucichł… wychylił się z rękawa czarownicy, przecierając ukryte pod kapturkiem oczka, jakby budził się ze snu. Nieważne, że nie spał. I że nie miał oczu. W końcu wygrzebał się z fałd sędziowskiej szaty i podleciał wyżej. Zbliżył się do Lorien; rozsiadł wygodnie na jej ramieniu, obejmując szyję opiekunki kościstymi łapkami, z niewymuszoną bezczelnością stworzenia, które wie, że i tak wszystko mu się wybaczy. Kiwał się lekko - w przód i w tył.
- Tak więc... Sprawa Koroleva, panie Moody. Nie jestem swoim kuzynem. Nie zamierzam być bierna.- Uniosła kącik ust, nareszcie gestem dłoni zapraszając go do biurka.