• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic Ministerstwo Magii v
1 2 3 Dalej »
[11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach

[11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#5
08.08.2025, 22:06  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2025, 22:31 przez Aaron Andrew Moody.)  
"Biblia ludzkich błędów i słabości", westchnęła leciutko, a on przeniósł ciężar z nogi na nogę, jak gdyby sprawdzał wagę słów, które spłynęły z jej ust prosto w jego dłonie. Obracał je delikatnie między palcami, bezgłośnie stukającymi w okładkę notesu: powoli, jak gdyby badał ich kształt; fakturę tonu, jakim zostały wypowiedziane. Jak gdyby zastanawiał się, co z nimi zrobić. Na jak wiele słów sam może sobie pozwolić w obecności Lorien Mulciber. Na jak wiele szczerości.

Wiele dało się wyczytać spomiędzy wersetów listu, który mu posłała. Czuł bijący z niego gniew, słuszną potrzebę retrybucji wobec zignorowania powagi stanowiska, jakie piastowała. Czuł też jej strach. Na łamach korespondencji zwykła używać autorytarnie nacechowanego języka, zawsze jednak w sposób wyważony, pozbawiony przesadnej agitacji, żywo obecnej w jej ostatnim liście. Na ile był to efekt zamierzony – jedna z technik perswazji, znanych dobrze w prawniczym środowisku, z jakiego się wywodziła – na ile zaś tchnące szczerym wzburzeniem paragrafy dyktowała pod wpływem emocji... Dla Aarona Moody'ego nie miało to żadnego znaczenia. Sam był w swych słowach oszczędniejszy, bardziej zdystansowany. Nie dlatego, że się z nią nie zgadzał, wręcz przeciwnie. Lorien Mulciber nie musiała go przekonywać, że pomiotowi Koroleva, którego udało im się przymknąć lata temu, należy się odsiadka. "Być może powinna pani uświadomić sędziom, że jest czego się bać", odpisał jej, zbyt zmęczony, aby silić się na bardziej dyplomatyczny ton. Na bardziej wygładzoną wersję siebie.

Nie, kiedy widział, że rozumie.

A niewielu wydawało się rozumieć, na jak kruchych były filarach opierał się ich świat, co napełniało Aarona frustracją. Wszystko było tylko iluzją sprawczości, iluzją kontroli, którą musieli podtrzymywać, aby zapewnić porządek i integralność świata jako całości. Aby zapewnić poprawne funkcjonowanie aparatu państwa. Regulacje prawne, utrzymywujące społeczeństwo w ryzach były równie kruche, co niewysoka kobieta, która wstając, musiała wesprzeć się o sędziowskie biurko. Byli bowiem tacy, którzy prawo mieli za nic. Żyli na peryferiach produktywnego społeczeństwa, a próbując przekraść się w jego szeregi, siać potrafili jedynie ferment i zgorszenie. Urzędas na wysokim stołku zapominał, że dla pospolitego bandziora z ulicy nie był "szanownym panem dyrektorem", na widok którego wpadał w panikę cały departament. Na Nokturnie, dokąd czasem udawał się, aby zażyć towarzystwa dziwek Dantego, albo innych, bardziej degenerackich uciech, urzędas był tylko wynędzniałym knypkiem w drogim garniaku, któremu zabrać można było wszystko. W najlepszym przypadku, złoty, pamiątkowy zegarek po równie nabzdyczonym tatusiu. Sakiewkę. Spinki do mankietów. Wszystko, co dało się opchnąć w lokalnych lombardach, puścić w obieg, nie zwracając na siebie uwagi. W najgorszym... W najgorszym przypadku znajdowali urzędasa po latach, pokrojonego na plasterki w puszkach karmy dla szczuroszczetów, w której ktoś znalazł ludzkie ucho. Znajdowali urzędasów w bocznych zaułkach, brutalnie zamordowanych, wyławiali ciała z kanałów, pocięte tak, że żony mdlały na widok mężów, a matki na widok synów. O ile to byli oni, bo czasem twarze mieli pokaleczone tak, że jedynie antropolodzy sądowi potrafili ich zidentyfikować. Czasem nie znajdowali ciał. Zwłaszcza, jeżeli to były kobiety.
Według Moody'ego, to było jeszcze gorsze. Nie chciał jednak w tym momencie myśleć o takich rzeczach, zwłaszcza, że oboje wydawali się świadomi tego, co pozostało niewypowiedziane. "Gdyby mnie zaatakował po wywołaniu klątwy, pewnie byśmy dziś nie rozmawiali."
Tak by było. Albo i gorzej.
Aaron często przeglądał zdjęcia w bazie osób zaginionych. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że widywał ich twarze częściej, niż twarze własnej rodziny. Znał je na pamięć niemal. Niektóre z nich towarzyszyły mu od początku jego kariery.
"Gdyby mnie zaatakował po wywołaniu klątwy, pewnie byśmy dziś nie rozmawiali."
Śmierciożercy też zaczynali od zwykłych ludzi – od tych najbardziej bezbronnych – od najsłabszych – a gdy zobaczyli, że nie spotyka się to ze zdecydowanym sprzeciwem ze strony społeczeństwa, poczynali sobie coraz to śmielej. Stworzyli sobie precedens. A gdyby to jego córka zaginęła, kto zapłakałby nad jej losem? Kto wymierzyłby sprawiedliwość temu, który ją skrzywdził? Millie nie była sędzią. Była zwykłą, durną dziewczyną, która miała przedziwną zdolność do pakowania się w najgorsze tarapaty. Kto miał zapewnić jej bezpieczeństwo? Kto by o tym pamiętał, w świecie opanowanym przez bezprawie?
Nikt. Tak jak i nikt nie pamiętał o Anyi Blythe, młodej brygadzistce pochowanej na cmentarzu w Dolinie Godryka, która przez Gregora Koroleva straciła życie.

Skoro nawet sędzia Wizengamotu nie mogła liczyć na ochronę, co więcej powstrzymało ich przed pogrążeniem się w całkowitej anarchii? Jedynym powodem, dla którego poplecznicy Vold... Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać jeszcze nie zaatakowali Ministerstwa, nie był strach przed potencjalnymi konsekwencjami. Nie był to strach przed aresztowaniem czy zsyłką do Azkabanu... Bo jak wielu Śmierciożerców udało im się niby złapać i z sukcesem skazać? Biorąc pod uwagę skalę zniszczeń, jakie pozostawiły po sobie wydarzenia Spalonej Nocy, nie był to także brak odpowiednich zasobów do przeprowadzenia ataku. A już na pewno powodem nie był nim respekt wobec instytucji Ministerstwa jako takiej.
Nie, Śmierciożercy nie zaatakowali Ministerstwa Magii, bo wierzyli, że mogą przejąć je od środka.

Nie na jego warcie.

– Nie zwykłem nazywać niegodziwości słabością, pani Mulciber. Słabych ludzi należy bronić, nawet – a może zwłaszcza – przed nimi samymi. – Nie było w nim choćby krzty arogancji, bo chociaż operował słowami, które padły z ust sędzi, nie było jego celem obracać tych słów przeciwko niej. Z pewnością nie przypominało to retorycznego pojedynku z sędziowskiej ławy, w których Lorien celowała. Z twarzy Aarona biła powaga, a choć mówił cicho, mówił zdecydowanie: nie było w nim zawahania, jedynie niewzruszony spokój, jak gdyby odczytywał dawno już wydany wyrok. Jego wyrok był bezwzględny, podobnie jak jego oczy. – Koroleva i jemu podobnych nie uważam za ludzi – powiedział, wciąż z tym samym, niczym niezmąconym spokojem tak w głosie, jak i w spojrzeniu. – Nie nazywam ich nawet ludźmi. A oni nie nazywają swoich czynów błędami dlatego, że ich żałują. Dla nich błędem jest dać się złapać na czynie. Chciałbym, żebyśmy mieli co do tego jasność.

Nie, Lorien Mulciber nie musiała do niczego przekonywać Aarona Moody'ego.

Przyjmując odznakę, przysięgał przecież, że będzie bronił słabych, ale wciąż czuł się tak, jak gdyby ponosił porażkę za porażką: nawet wsadziwszy za kratki wszystkich czarnoksiężników, nie poczułby się spełnionym. Zbyt wielu było tych, których nie zdołał ocalić. Zbyt wiele zbrodni, o których pamięć ciążyła niczym wyrzut na sumieniu. Zapełnił więcej grobów na cmentarzu niż więziennych cel. Zdążył przywyknąć. Znajomy uzdrowiciel powiedział mu kiedyś nad piwem, że każdy, kto praktykuje magimedycynę, posiada w pamięci taki cmentarzyk. Pochowali byli na nim ludzie, którym nie zdołał pomóc, ofiary jego błędów, a czasem – bezradności. Praca aurora wymagała podobnej pokory. Praca sędzi również, pomyślał Moody, przerywając kontakt wzrokowy z Lorien Mulciber, dopiero wtedy, gdy ta... Zniknęła za otwartymi drzwiami dębowej szafy.

Ledwie zauważalnie zmarszczył brwi.

To było coś nowego.

Oparł się barkiem o drzwi, tak, żeby nikt nie mógł wejść do środka. Nawet gdyby próbował, nie zdołałby otworzyć drzwi na tyle szeroko, aby dojrzeć cokolwiek poza plecami Moody'ego, blokującymi przystępu do gabinetu sędzi. Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś zobaczył ich w tak dwuznacznej sytuacji. Miękkim, ledwo dostrzegalnym ruchem przesunął się tak, aby wesprzeć na drzwiach cały swój ciężar, pilnując obranego posterunku. Nie spuszczał przy tym oczu z czarnych pantofelków Lorien, poza tym momentem, gdy wychyliła głowę zza ciężkich drzwi szafy, odrzuciwszy na plecy zatrzęsienie ciemnych loków. Wtedy mimowolnie na nią spojrzał, podążając za głosem swojej rozmówczyni – na nagie ramię, wzburzoną kaskadę włosów, rozchylone usta – dopiero gdy zniknęła z powrotem za drzwiami szafy, odwrócił wzrok, przez dłuższą chwilę po prostu przypatrując się własnym butom. Zanim jednak Lorien zamknęła szafę, Aaron zdążył podnieść głowę, przybrawszy na twarz jak zawsze nieprzeniknioną minę aurora.

Nie zdradził się nawet drgnieniem powieki.

– Słyszałem – odpowiedział lakonicznie na wieści o bójce, w jaką wplątał się Robert Crouch. Bez słowa zabrał rękę z klamki, którą dotychczas blokował, żeby nikt z zewnątrz nie mógł dostać się do gabinetu, gotów zaoferować ramię sędzi, gdyby ta potrzebował się na nim wesprzeć. W końcu laskę zostawiła przy biurku. – Czy ten prawy sierpowy naprawdę był taki dobry, czy tylko tak gadają? – spytał, razem z Lorien stając naprzeciwko makiety Azkabanu... Nie spodziewając się na pewno chaosu, który miał się za chwilę rozpętać.

Dementorki były absolutnie wszędzie.

Wysypały się ze wszystkich zakamarków makiety, jeden przysiadł na jego notesie, drugi uwiesił się na ciemnoszarym krawacie, trzeci chyba wpadł do kałamarza, a czwarty... W tym momencie Aaron zgubił się w liczeniu. Przyglądał się baraszkującym po gabinecie dementorkom, którym bynajmniej nie udzielił się nastrój politycznego niepokoju. To one były politycznym niepokojem, pomyślał, rozbawiony, patrząc jak stęsknione stworzonka obsiadają sędzię. Podobnie jak i Lorien, ignorował ich psoty, wiedząc, że szybko się nim znudzą... Przynajmniej dopóki jeden z dementorków nie oderwał kawałka kartki, wystającej z wnętrza jego notesu, i go zjadł.

– Artykuł 235, manipulowanie materiałem dowodowym. A może nawet matactwo i utrudnianie prowadzenia postępowania dowodowego, gdyby sędzia był oskarżonemu wyjątkowo nieprzychylny. Jak pani myśli, pani Mulciber? Pani jest tutaj jurystą. – Zachował pełną powagi minę, jak gdyby dyskutowali o wielkiej wagi rozprawie sądowej, a nie o wyrwanym z notesu kawałku pergaminu. Zaskakująco zręcznie pochwycił dementorka między palce, tak, aby nie wyrządzić mu przypadkiem krzywdy. Uśmiechnął się niemal, gdy poczuł, jak stworzonko delikatnie kąsa go w kciuk, a potem boksuje drobnymi nóżkami jak psotny kot, który pokazuje, że chce się bawić. Aaron musiał wyjątkowo lubić upiorne dementorki, bo do skleconej naprędce listy zarzutów nie dorzucił niczego o napaści na urzędnika państwowego na służbie. A może dlatego, że właśnie o tym mieli za chwilę dyskutować, i nie chciał umniejszać bez wątpienia traumatycznym przeżyciom, jakie stały się udziałem sędzi Mulciber. Nie był równie wiekoduszny w stosunku do dementorzego nicponia. Bezceremonialnie schwycił go za pelerynkę, tak, jak gdyby chwytał za kark niesfornego kota.
– O twoim losie zdecyduje sąd – zwrócił się do dementorka. – Ja mam prawo tylko zatrzymać cię na 48 godzin, gagatku. Czekaj no. – Przytrzymawszy swój krawat (ku wielkiemu niezadowoleniu bujającego się na nim dementorka!) nachylił się nad makietą Azkabanu, którą pomagał przed laty budować Philipowi, mrużąc oczy, jak gdyby czegoś szukał. Pamięć go nie zawiodła. Wystarczyło wcisnąć zamaskowany cegłą przycisk na jednej z bocznych wieżyczek, aby uruchomić tajną zapadnię ze zjeżdżalnią, po której z cichym piskiem (łiiiii!) zjechał niegrzeczny dementorek, znikając im z oczu tylko po to, aby za chwilę pojawić się w zakratowanej celi w głównym korytarzu Azkabanu. Jak gdyby w niedowierzaniu zaczął szarpać za solidnie wykonane pręty swojego więzienia, burcząc cienkim głosikiem. Gdyby charakterny dementorek przynajmniej na chwilę przestał się pieklić, i rozejrzał wokoło, mógłby jednak wyczuć swoimi dementorzymi łapkami malutką dźwignię wbudowaną w kamienny mur. Wystarczyło pociągnąć ją w dół, aby uwolnić się z pułapki... Ale zamiast tego przysiadł na podłodze swej celi, troche dlatego, że był bardzo obrażony, a trochę dlatego, że wciąż jeszcze kręciło mu się w głowie przez zjazd na spiralnej zjeżdżalni.
Niektóre dementorki miały bardzo małe rozumki.

Kącik ust Aarona drgnął, gdy odwzajemnił uśmiech Lorien.

Zaproszony, zajął miejsce naprzeciwko biurka.

– Panie przodem. – Przygotował się do spotkania, miał jej więc co nieco do opowiedzenia, ale uprzejmie pozwolił sędzi narzucić rytm dyskusji.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (7179), Lorien Mulciber (5427), Pan Losu (29)




Wiadomości w tym wątku
[11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - przez Lorien Mulciber - 22.07.2025, 22:43
RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - przez Aaron Andrew Moody - 08.08.2025, 16:31
RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - przez Pan Losu - 08.08.2025, 16:31
RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - przez Lorien Mulciber - 08.08.2025, 16:32
RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - przez Aaron Andrew Moody - 08.08.2025, 22:06
RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - przez Lorien Mulciber - 18.08.2025, 06:02
RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - przez Aaron Andrew Moody - 11.11.2025, 16:01
RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - przez Lorien Mulciber - 26.11.2025, 19:55
RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - przez Aaron Andrew Moody - 24.01.2026, 16:21
RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - przez Lorien Mulciber - 09.03.2026, 14:41

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa