16.02.2023, 19:48 ✶
Czasy były coraz gorsze, burzowe chmury kłębiły się na horyzoncie i im bardziej Cynthia Flint nie chciała brać w tym udziału, tym bardziej złośliwość losu pchała ją ku wydarzeniom, przez które prędzej czy później będzie zobowiązana podjąć konkretne akcje. A ona po prostu chciała pracować, znaleźć bratu żonę i upewniać się, że Fergus nie wyleciał w powietrze lub coś gorszego go nie spotkało. Słyszała plotki o marszu, a potem przez Ministerstwo rozeszła się plotka o zamieszkach i w normalnych okolicznościach jasnowłosa byłaby tym absolutnie niezainteresowana, a raz, że wzywali do pomocy cały personel aurorski oraz ten po przeszkoleniu medycznym, tym samym odciągając ją od zwłok Pana McGregora, który potrzebował przebadania pod kątem zatrucia, ponieważ dom nosił ślady włamania. Zawinęła więc jegomościa w worek, zabezpieczając odpowiednio, aby pozostał świeży jak najdłużej i zdjęła fartuch, odwieszając go na haczyk. Zaraz potem z odrobiną obaw, że spotka gdzieś tam swojego brata bez ręki lub przyjaciela bez nogi, ruszyła na miejsce zgrupowania, a później na miejsce, gdzie doszło do problemów.
Istotnie, panował chaos i bałagan, których również nie znosiła i w gruncie rzeczy przeklęła siarczyście, że się tu znalazła. Umiejętność dopasowania się jednak sprawiła, że cień zmartwienia przemknął przez jej bladą buzię, a pełne troski westchnięcie zostało skierowane w stronę Czarodzieja z biura bezpieczeństwa, który skierował ją na północ, aby pomóc tam osobom, których jeszcze nie zabrano do Munga. Miała więc okazję rzucić na kogoś Freulę, aby ustabilizować kończynę lub Episkey, które poradziło się z małym rozcięciem głowy. Widok przerażonych, brudnych i często też zbulwersowanych oczu sprawiał, że utwierdzała się w przekonaniu o słuszności wyboru swojej kariery. Z martwymi łatwiej pracować, oni nie dyskutują. Przy każdej okazji przesuwała wzrokiem po kolejnych twarz, pozornie tylko szukając osób z największymi obrażeniami, które wymagały pomocy. Czasem musiała się przepchnąć przez wąską alejkę boczną, czasem ktoś leżał skulony pod sklepową witryną i gdy tak pomagała wstać jakieś Pani w skrzywionym kapeluszu, która łkała o mężu i bólu głowy, dostrzegła gdzieś na lewo zarys znajomej postaci. Zmarszczyła brwi, przyglądając się mu badawczo, pomiędzy przytakiwaniami i tłumaczeniem, dokąd powinna się udać. Cóż, nie była jej priorytetem. Gdy tylko kapelusz zniknął gdzieś wśród aurorów, skierowała się do mężczyzny, stając przed nim z uniesioną brwią i kręcąc głową z dezaprobatą. Czemu nie pomyślała, że zastanie tu akurat jego? Znali się ze szkoły, czasem widywali, chociaż srebrnowłosą ciężko było wyciągnąć z kostnicy, bo większość swojej uwagi poświęcała pracy i nauce, a nie niuansom towarzyskim. Czasem jednak każdy potrzebował drinka. Kolejny krzyk dobiegł jej uszu, a ona kolejny raz pomyślała o braku sensu zamieszek przy takim marszu. - Naprawdę Yaxley? - zapytała tylko charakterystycznym dla siebie głosem, kucając i wyciągając dłoń, aby unieść jego podbródek i przyjrzeć się jego twarzy. W dłoni ściskała różdżkę. - Gdzieś konkretnie Cię boli? Poza dumą ewentualnie, bo tego nie naprawię. - zapytała, odszukując na chwilę jego spojrzenie i pozwalając sobie na lekki, zadziorny uśmiech, zanim uniosła swój magiczny patyk i skierowała jego koniec do rozcięcia na policzku, rzucając kolejny już raz Episkey.
Istotnie, panował chaos i bałagan, których również nie znosiła i w gruncie rzeczy przeklęła siarczyście, że się tu znalazła. Umiejętność dopasowania się jednak sprawiła, że cień zmartwienia przemknął przez jej bladą buzię, a pełne troski westchnięcie zostało skierowane w stronę Czarodzieja z biura bezpieczeństwa, który skierował ją na północ, aby pomóc tam osobom, których jeszcze nie zabrano do Munga. Miała więc okazję rzucić na kogoś Freulę, aby ustabilizować kończynę lub Episkey, które poradziło się z małym rozcięciem głowy. Widok przerażonych, brudnych i często też zbulwersowanych oczu sprawiał, że utwierdzała się w przekonaniu o słuszności wyboru swojej kariery. Z martwymi łatwiej pracować, oni nie dyskutują. Przy każdej okazji przesuwała wzrokiem po kolejnych twarz, pozornie tylko szukając osób z największymi obrażeniami, które wymagały pomocy. Czasem musiała się przepchnąć przez wąską alejkę boczną, czasem ktoś leżał skulony pod sklepową witryną i gdy tak pomagała wstać jakieś Pani w skrzywionym kapeluszu, która łkała o mężu i bólu głowy, dostrzegła gdzieś na lewo zarys znajomej postaci. Zmarszczyła brwi, przyglądając się mu badawczo, pomiędzy przytakiwaniami i tłumaczeniem, dokąd powinna się udać. Cóż, nie była jej priorytetem. Gdy tylko kapelusz zniknął gdzieś wśród aurorów, skierowała się do mężczyzny, stając przed nim z uniesioną brwią i kręcąc głową z dezaprobatą. Czemu nie pomyślała, że zastanie tu akurat jego? Znali się ze szkoły, czasem widywali, chociaż srebrnowłosą ciężko było wyciągnąć z kostnicy, bo większość swojej uwagi poświęcała pracy i nauce, a nie niuansom towarzyskim. Czasem jednak każdy potrzebował drinka. Kolejny krzyk dobiegł jej uszu, a ona kolejny raz pomyślała o braku sensu zamieszek przy takim marszu. - Naprawdę Yaxley? - zapytała tylko charakterystycznym dla siebie głosem, kucając i wyciągając dłoń, aby unieść jego podbródek i przyjrzeć się jego twarzy. W dłoni ściskała różdżkę. - Gdzieś konkretnie Cię boli? Poza dumą ewentualnie, bo tego nie naprawię. - zapytała, odszukując na chwilę jego spojrzenie i pozwalając sobie na lekki, zadziorny uśmiech, zanim uniosła swój magiczny patyk i skierowała jego koniec do rozcięcia na policzku, rzucając kolejny już raz Episkey.