Czarodzieje w Wielkiej Brytanii nie posiadali własnej podmiotowości. Dla Louvaina, czy Caiusa to była rzecz oczywista. Dla ich rodzin, krewnych bliższych i dalszych. Pewnie nawet ten pomyleniec Atreus miał tego świadomość, ale nie mógł podpisać się pod tymi samymi brutalnymi słowami, które rzucali jego kumple-radykałowie. Był aurorem i widział od środka, że ten system jest dziurawy jak ser i jedyne co robi to śmierdzi i dojrzewa już od kilkunastu sezonów za długo. Tyle, że musiał się krygować na wzgląd przez ojca i wuja, którzy jako prominentni urzędnicy państwowi nie pozwalali ani sobie, ani nikomu w otoczeniu psioczyć na ten dziejowy filar magicznej społeczności w postaci Ministerstwa. Przynajmniej w ich oczach. Bo pracować w Ministerstwie z powodów czysto pragmatycznych, a powielać linię “partii”, tę propagandę o fałszywej dumie i staniu na straży porządku publicznego. Bo co to za duma, być tylko przystawką do mugolskiego światka. Może i mieli kawałek własnej autonomii, ale i tak Ministerstwo Magii istniało tylko po to, żeby istniał jakiś mechanizm kontroli nad czarodziejami i czarownicami na wyspach. Zepchnięci do roli kawałka puzzli, który musiał się dopasować za wszelką cenę i przybrać jakiś koszmarny i potworny kształt, wypełniając te resztki przestrzeni, które pozostawili im mugole. I teraz padało pytanie. Jeśli Jenkins była tak mierną minister, to jak tragiczny musiał być mugolski premier?
- Amen. Przytaknął króciutko nad jego wyznaniem bólu. Caius dobrze znał podejście i nastawienie Louvaina do tego wszystkiego. W jego przypadku uprzedzenie do szlam, a zwłaszcza zdrajców krwi było jego własnym wariantem studiowania prawa. Nawet nie pytany podnosił ten temat, a obarczanie winą za wszystko co mu się nie podobało i wszystko na co mógł ponarzekać, właśnie mugolakami było dla niego jak nieformalny small-talk. - Oczywiście, że byś mógł. Po prostu za bardzo boisz się konsekwencji. Dorzucił lekko uszczypliwie, jednak wciąż przytakując na swój sposób tym jego bolączką. Już prawię dekadę mówił i opowiadał wśród przyjaciół i rówieśników, że szlamy idą po nich, po czystych i przyjdzie dzień, kiedy przestaną udawać nieprzystosowane, systemowo wykluczone ofiary nad losem których trzeba się wiecznie pochylać. Odrzucą tę wygodną rolę i przejdą do ataku, twierdząc że tylko się bronią. Wtedy większość się z Louvaina śmiała, bo jak niby prostackie, niedouczone i bez galeona przy duszy mugolaki mogły zaszkodzić pałacom? No to teraz patrzcie i niech wam będzie głupio.
Nagle Caius rzucił krótkie zdanie które bardzo zaciekawiło Louvaina. W moment odwrócił się całym sobą w jego kierunku. Podszedł nawet o krok czy dwa bliżej. W oczach zapaliły się iskierki ekscytacji. - I? Jak sobie poradziłeś? Co mu zrobiłeś? Co czułeś? Dopytywał gorąco zainteresowany. Przemoc to taki piękny język, ostatnio zrobił się bardzo modny, co właściwie bardzo wpadało w gusta Lestranga. - No daj mi coś więcej. Przeciągnął mocniejszy akcent, jakby zgłodniał na pikantne ploteczki. Nawet wyjął ręce z kieszeni spodni i zachęcającym gestem obu dłoni, niewerbalnie nakłaniał, żeby rzucił kilka szczegółów dalej. Był ciekaw czy kolega kulawy jeszcze miał w sobie te werwę z boiska, czy potrafił potraktować czyjąś facjatę tak jak kiedyś traktował pałką tłuczki na boisku.
- Oh no proszę, od kiedy tak wybrzydzasz? W szkole, po wygranych meczach, całowaliśmy te same laski, a potem zbijaliśmy piątki. Odgryzł się nie szczędząc ani grama sarkazmu. Mogło tak być, ale nie musiało. Wcale też jakoś bardzo nie niemożliwe, tym bardziej że mieli dość ścisłe kryteria co do dziewcząt z którymi przystawało się bawić. Niewykluczone, że mogło kiedyś dojść do wymiany bakterii jamy ustnej tego samego wieczoru. A na samą myśl o Hogwarcie i wężowej drużynie wkradł mu się na twarz jakiś nostalgiczny uśmiech. Nawet jeszcze nie miał trzydziestki, a już zdarzało mu się tęsknić za szkolnymi latami. Do momentów, kiedy liczył się tylko sport i żeby nie ujebać zbyt wielu przedmiotów. A teraz tylko praca na zmianę z knuciem i partyzantką spod mrocznego znaku.
Sam już nie chadzał po zamtuzach. Nie odkąd stał się Zimnym i musiał uważać na wszelkiego rodzaju kontakty. Nikomu nie mógł już w całości ufać, tym bardziej że przez większość lata ten temat był na ustach wszystkich w Londynie, a nawet poza nim. Nowy rodzaj gatunku, ni to wampir, ani ghoul, coś czego jeszcze nikt nie zaklasyfikował, a on musiał się z tym ukrywać, bo cała garstka bohaterów która zmieniła się w Zimnych po bitwie z Voldemortem w Limbo była znana opinii publicznej i im samym. Każdy kolejny zimny musiał więc być tym po drugiej stronie. Spróbuj nie dostać paranoi prześladowczej po czym takim bliźniak. Zresztą po spalonej nocy, mało pewnie który się ostał nietknięty ogniem. Ludzie nie mieli, gdzie mieszkać i za co żyć, mało kto teraz myślał, czy było gdzie poruchać.
[a]A potem zaskoczył się. Drobna ekscytacja musiała ustąpić zainteresowaniu. Usłyszeć coś takiego od kolegi, którego uważał za dość statycznego i nie była to żadna złośliwość o brak jego kończyny, tylko fakt za jakiego uchodził nie tylko w jego oczach. Powściągliwy kawaler, na którym ciężko powiedzieć co błyszczało bardziej. Drogocenne świecidełka, czy brylantyna na włosach. Dobre maniery oraz etykieta, a do tego zajęcie wymagające skupienia, spokoju i precyzji. A teraz marzyła mu się bojówka? - Myślisz, że dałbyś radę? Znów dopytywał tym razem nie był już ani dowcipny, ani pobudzony. Był spokojny, zmarszczył brwi w nagłym przypływie powagi tematem. - Wiesz, że to może być niebezpieczne.