10.08.2025, 19:35 ✶
Nie spodziewałem się, że nóż poleci źle - rzucałem setki razy w życiu, na ogół potrafiłem trafić w punkt w deszczu, w ciemnościach, z drugiego końca podwórza. Miałem ochotę skrzywić się z irytacją, tylko siłą woli powstrzymując ten odruch. Zamiast tego nabrałem powietrza, gotów ruszyć po noże, by powtórzyć rzut i zmazać to potknięcie. Zamierzałem spróbować jeszcze raz, podnieść nóż i posłać go z większą precyzją, ale zanim zdążyłem, Geraldine ruszyła do drzewa, by zebrać swoją własność. Stałem przez moment, obserwując ją, gdy podchodziła do pnia. Szła spokojnie, ale z wyraźnym zamiarem, by nie tracić czasu. Doceniałem to, że nie posunęła się przy tym do żadnego komentarza, nawet jeśli jej rzut był wyraźnie skuteczniejszy. Ostrze, które sama posłała, wbiło się głęboko - musiała pociągnąć kilka razy, żeby je uwolnić. Potem schyliła się po drugi nóż, ale zrobiła to chyba zbyt szybko, bo wyraźnie się zachwiała, kładąc dłoń na drzewie, aby utrzymać się w pionie - jednocześnie zrobiła się bardziej bladozielona, co najmniej drugi raz tego dnia, przynajmniej w moim towarzystwie.
Nie podszedłem gwałtownie, nie rzuciłem żadnego „Wszystko w porządku?”, bo wiedziałem, że takich pytań z pewnością nie cierpiała - byliśmy w tym podobni, to było pewne. Nie chciałem robić z tego wielkiej sensacji, więc odezwałem się spokojnie, niemal mimochodem, z lekkim, krzywym uśmiechem.
- Ktokolwiek wciska ludziom kit, sze polanne mdłości są tylko lano, powinien dostać w splot słoneczny. - Skwitowałem krótko, nie świdrując jej spojrzeniem, tylko patrząc w bok. Pokręciłem głową - trochę do siebie, trochę do niej - dopiero wtedy przeniosłem wzrok na Yaxley, wzruszywszy ramionami. Nie robiłem z tego sprawy, bo wiedziałem, że ona też by tego nie chciała - nie było to coś, co mogła sobie wybrać, a poza tym nie chciałem, żeby czuła się jeszcze gorzej.
Przesunąłem spojrzenie znowu w bok i uniosłem rękę w jej kierunku, dając znak, żeby jeszcze nie podawała mi noży - coś w krzakach przykuło moją uwagę.
- Moment. - Mruknąłem, po czym zostawiłem ją przy drzewie i ruszyłem wprost w gąszcz pokrzyw, które na pewno nie były przyjemnym przejściem, ale miałem w nosie podrapane ręce. Pochyliłem się, odgarniając łodygi, aż dotarłem do tego, czego szukałem. Zerwałem po kilka listków naraz, gniotąc je lekko w dłoniach, by upewnić się, że to to. Ich zapach - chłodny, wyraźnie mentolowy - był jednoznacznym potwierdzeniem. Zebrałem mniej więcej pół garści, po czym wróciłem do niej, wyciągając zdobycz w jej stronę.
- Wymiana? - Zapytałem, skinieniem wskazując na noże, które trzymała. Nie czekałem, aż zgadnie, po co jej to. - Połowę pszeszuj, powoli, nie połykaj, asz stlasi smak... Połowę zgnieś i sztachnij szię nią kilka lasy, poczujesz szię lepiej. To nie eliksily, ale daje ladę. - Zarekomendowałem. Stanąłem obok, wciąż z lekko zmrużonymi oczami, patrząc na nią i zezując na dłoń, ale bez pośpiechu - wbrew temu, co mogłoby się wydawać, wcale nie chciałem, żeby dzisiejszy dzień sprowadzał się do tego, że ja dobrze się bawię, a ona zdycha w milczeniu.
Nie podszedłem gwałtownie, nie rzuciłem żadnego „Wszystko w porządku?”, bo wiedziałem, że takich pytań z pewnością nie cierpiała - byliśmy w tym podobni, to było pewne. Nie chciałem robić z tego wielkiej sensacji, więc odezwałem się spokojnie, niemal mimochodem, z lekkim, krzywym uśmiechem.
- Ktokolwiek wciska ludziom kit, sze polanne mdłości są tylko lano, powinien dostać w splot słoneczny. - Skwitowałem krótko, nie świdrując jej spojrzeniem, tylko patrząc w bok. Pokręciłem głową - trochę do siebie, trochę do niej - dopiero wtedy przeniosłem wzrok na Yaxley, wzruszywszy ramionami. Nie robiłem z tego sprawy, bo wiedziałem, że ona też by tego nie chciała - nie było to coś, co mogła sobie wybrać, a poza tym nie chciałem, żeby czuła się jeszcze gorzej.
Przesunąłem spojrzenie znowu w bok i uniosłem rękę w jej kierunku, dając znak, żeby jeszcze nie podawała mi noży - coś w krzakach przykuło moją uwagę.
- Moment. - Mruknąłem, po czym zostawiłem ją przy drzewie i ruszyłem wprost w gąszcz pokrzyw, które na pewno nie były przyjemnym przejściem, ale miałem w nosie podrapane ręce. Pochyliłem się, odgarniając łodygi, aż dotarłem do tego, czego szukałem. Zerwałem po kilka listków naraz, gniotąc je lekko w dłoniach, by upewnić się, że to to. Ich zapach - chłodny, wyraźnie mentolowy - był jednoznacznym potwierdzeniem. Zebrałem mniej więcej pół garści, po czym wróciłem do niej, wyciągając zdobycz w jej stronę.
- Wymiana? - Zapytałem, skinieniem wskazując na noże, które trzymała. Nie czekałem, aż zgadnie, po co jej to. - Połowę pszeszuj, powoli, nie połykaj, asz stlasi smak... Połowę zgnieś i sztachnij szię nią kilka lasy, poczujesz szię lepiej. To nie eliksily, ale daje ladę. - Zarekomendowałem. Stanąłem obok, wciąż z lekko zmrużonymi oczami, patrząc na nią i zezując na dłoń, ale bez pośpiechu - wbrew temu, co mogłoby się wydawać, wcale nie chciałem, żeby dzisiejszy dzień sprowadzał się do tego, że ja dobrze się bawię, a ona zdycha w milczeniu.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)