12.08.2025, 14:52 ✶
- Bardzo wąsko definiujesz bogactwo duchowe, moja droga - odgryzł się z połowicznym, wymownym uśmieszkiem, nie machając przy tym dłonią ani nie dodając. - Ale co ja tam wiem - bo wiedział, zdecydowanie wiedział i nie uważał, aby twierdzenie, jakie opuściło usta dziewczyny było całkowicie słusznen.
Nie zamierzał jednak w tym momencie dyskutować z nią na ten temat, bowiem nazbyt dobrze było mu z tym ich tymczasowym spokojem, nawet jeśli Prudence nad wyraz ochoczo rzucała swoimi założeniami. Oczywiście, teoretycznie mając do tego prawo, bo przecież nie zamierzał odmawiać jej możliwości wyrażania własnego zdania. A jednak, gdy robiła to w stosunku do niego, gdzieś głęboko pod powierzchnią zarzucając mu brak otwartości na dalszy rozwój mentalny, nie mógł się z nią zgodzić. Najwyraźniej tu zaczynało słabnąć ich chwilowe dogadywanie się prawie bez słów.
Cóż, żadne z nich nie zakładało, że będzie trwać wiecznie, nieprawdaż? W istocie, byli do siebie całkiem podobni, przynajmniej w pewnych aspektach i sytuacjach, ale nie mieli też całkowicie jednorodnego spojrzenia na świat. A że wychowali się w zupełnie innych kręgach, raczej prędzej aniżeli później mieli natrafić na coś, w czym zdecydowanie byli zgodni.
Nie dało się też ukryć, że nawet jeśli obecnie dogadywali się znacznie lepiej niż w przeszłości, w pewnym stopniu dalej byli tamtymi ludźmi. Momentami odnosił wrażenie, że jego sojuszniczka w dalszym ciągu kierowała się niektórymi schematami i wyrobionym zdaniem na jego temat, ale cóż. Jak do tej pory, nie dążył do tego, aby intensywnie wpływać na zdanie Bletchleyówny odnośnie niego, jako osoby. Nie wydawało mu się to konieczne.
Ona również niespecjalnie zdawała się przykładać do tego jakąkolwiek uwagę. W stosunku do siebie nawzajem byli po prostu sobą i tyle. Najwidoczniej byli w stanie odłożyć na bok wszystkie inne doświadczenia i sprawy, podejmując współpracę, więc skoro to nadal działało, nie było żadnej potrzeby zmieniać poprawnie funkcjonującej relacji.
Tak, nawet jeśli Ambroise nie mógł zapominać o tym, że Prudence nie przy wszystkich z ich otoczenia była tak stała i niezmienna. Niektórych rzeczy nie dało się pominąć. Szczególnie, że zdecydowanie wpływały i miały wpływać na całokształt w, o ironio, przyszłości. Takiej, której zdecydowanie nie przewidział. Ba, zakładał raczej, że mało kto był w stanie to zrobić.
Przy ich zabawach z kartami czy fusami, to było już coś znacznie mniej błahego i rozmytego. W końcu znacząco wpływało na dalsze życie. Chciało się tego czy nie chciało. W zaledwie jeden tydzień z kawałkiem nawiązała coś większego niż sojusz, zyskując na pewnej płaszczyźnie i jednocześnie tracąc część stabilności na drugiej. Całe szczęście, prowodyr tego drugiego zajścia nie próbował wracać do rezydencji. Nie było z nim praktycznie żadnego kontaktu, po prawdzie mówiąc. Na szczęście dla nich wszystkich.
Co zaś tyczyło się własnego szczęśliwego obrotu spraw u Greengrassa...
...tak, mierzył wysoko. Ktokolwiek był z nim bliżej niż dyrekcja i znajomi ze szpitala, wiedział przy tym, że od lat był rozerwany pomiędzy rzekomym mitycznym awansem a otwarciem prywatnej praktyki. Nie kłapał dziobem na prawo i na lewo, ale z pewnością nie robił z tego również wyjątkowo tajemniczej sprawy. Nie dla najbliższego grona, do którego mimowolnie zaliczał Prue z racji ich sojuszu.
Nie potrzebował biżuterii, obrazów, drogich prezentów czy podarunków. Jeśli chciał, mógł kupić sobie naprawdę wiele rzeczy. Nie interesował się dobrami tego typu, przynajmniej nie w pierwszej kolejności. Najważniejsze było dla niego zadowolenie z własnej pracy, a w ostatnich miesiącach był coraz bardziej sfrustrowany działaniem Munga, jako instytucji. Jeśli miał zyskać bogactwo, chciał, aby było związane z przestrzenią do rozwoju.
Szach-mat, Prudence. Kto tu nie zamierzał rozwijać się mentalnie? Mimo wszystko, przestrzeń zawodowa stanowiła dla niego jedną z najważniejszych podstaw.
Wzruszył ramionami.
- Prędzej czy później - stwierdził, bo przecież nie zamierzał osiadać na laurach, czekając aż tajemnicze przeznaczenie zrobi wszystko za niego.
Być może kupno domu i organizacja wesela miały nadszarpnąć jego fundusze, może nawet naruszyć żelazne rezerwy na własną działalność, ale jeśli nie w tym roku, to w kolejnym. Miał coraz bardziej dosyć sytuacji, w jakiej znalazł się na oddziale zatruć.
Jednakże to nie był moment, by wracać tam myślami. Tym bardziej na widok karty, którą wyciągnęła dziewczyna. Może nijak nie znał się na tarocie, ale jeśli cokolwiek wiedział, to właśnie to, że...
...dostali swój zły omen. Jak na życzenie: wraz z grzmotem i nie jednym, a dwoma piorunami, które rozdzieliły się z jednego na ciemnym nieboskłonie za oknem. Ponurość aż biła z wybranej karty, nawet jeśli z pewnością dało się tam znaleźć więcej niż jedno ponure znaczenie. To nie było aż tak zero-jedynkowe, nieprawdaż?
- Coś dużo goryczy w tej czarce - mruknął pod nosem, zwracając uwagę na to, aby się nie skrzywić. - Biorąc pod uwagę to, co wyszło ci wcześniej... ...przekujesz ją w coś twórczego. Raczej - stwierdził, o dziwo nie zamierzając karmić jej negatywami, bo przecież tego nie potrzebowali.
Nie zamierzał jednak w tym momencie dyskutować z nią na ten temat, bowiem nazbyt dobrze było mu z tym ich tymczasowym spokojem, nawet jeśli Prudence nad wyraz ochoczo rzucała swoimi założeniami. Oczywiście, teoretycznie mając do tego prawo, bo przecież nie zamierzał odmawiać jej możliwości wyrażania własnego zdania. A jednak, gdy robiła to w stosunku do niego, gdzieś głęboko pod powierzchnią zarzucając mu brak otwartości na dalszy rozwój mentalny, nie mógł się z nią zgodzić. Najwyraźniej tu zaczynało słabnąć ich chwilowe dogadywanie się prawie bez słów.
Cóż, żadne z nich nie zakładało, że będzie trwać wiecznie, nieprawdaż? W istocie, byli do siebie całkiem podobni, przynajmniej w pewnych aspektach i sytuacjach, ale nie mieli też całkowicie jednorodnego spojrzenia na świat. A że wychowali się w zupełnie innych kręgach, raczej prędzej aniżeli później mieli natrafić na coś, w czym zdecydowanie byli zgodni.
Nie dało się też ukryć, że nawet jeśli obecnie dogadywali się znacznie lepiej niż w przeszłości, w pewnym stopniu dalej byli tamtymi ludźmi. Momentami odnosił wrażenie, że jego sojuszniczka w dalszym ciągu kierowała się niektórymi schematami i wyrobionym zdaniem na jego temat, ale cóż. Jak do tej pory, nie dążył do tego, aby intensywnie wpływać na zdanie Bletchleyówny odnośnie niego, jako osoby. Nie wydawało mu się to konieczne.
Ona również niespecjalnie zdawała się przykładać do tego jakąkolwiek uwagę. W stosunku do siebie nawzajem byli po prostu sobą i tyle. Najwidoczniej byli w stanie odłożyć na bok wszystkie inne doświadczenia i sprawy, podejmując współpracę, więc skoro to nadal działało, nie było żadnej potrzeby zmieniać poprawnie funkcjonującej relacji.
Tak, nawet jeśli Ambroise nie mógł zapominać o tym, że Prudence nie przy wszystkich z ich otoczenia była tak stała i niezmienna. Niektórych rzeczy nie dało się pominąć. Szczególnie, że zdecydowanie wpływały i miały wpływać na całokształt w, o ironio, przyszłości. Takiej, której zdecydowanie nie przewidział. Ba, zakładał raczej, że mało kto był w stanie to zrobić.
Przy ich zabawach z kartami czy fusami, to było już coś znacznie mniej błahego i rozmytego. W końcu znacząco wpływało na dalsze życie. Chciało się tego czy nie chciało. W zaledwie jeden tydzień z kawałkiem nawiązała coś większego niż sojusz, zyskując na pewnej płaszczyźnie i jednocześnie tracąc część stabilności na drugiej. Całe szczęście, prowodyr tego drugiego zajścia nie próbował wracać do rezydencji. Nie było z nim praktycznie żadnego kontaktu, po prawdzie mówiąc. Na szczęście dla nich wszystkich.
Co zaś tyczyło się własnego szczęśliwego obrotu spraw u Greengrassa...
...tak, mierzył wysoko. Ktokolwiek był z nim bliżej niż dyrekcja i znajomi ze szpitala, wiedział przy tym, że od lat był rozerwany pomiędzy rzekomym mitycznym awansem a otwarciem prywatnej praktyki. Nie kłapał dziobem na prawo i na lewo, ale z pewnością nie robił z tego również wyjątkowo tajemniczej sprawy. Nie dla najbliższego grona, do którego mimowolnie zaliczał Prue z racji ich sojuszu.
Nie potrzebował biżuterii, obrazów, drogich prezentów czy podarunków. Jeśli chciał, mógł kupić sobie naprawdę wiele rzeczy. Nie interesował się dobrami tego typu, przynajmniej nie w pierwszej kolejności. Najważniejsze było dla niego zadowolenie z własnej pracy, a w ostatnich miesiącach był coraz bardziej sfrustrowany działaniem Munga, jako instytucji. Jeśli miał zyskać bogactwo, chciał, aby było związane z przestrzenią do rozwoju.
Szach-mat, Prudence. Kto tu nie zamierzał rozwijać się mentalnie? Mimo wszystko, przestrzeń zawodowa stanowiła dla niego jedną z najważniejszych podstaw.
Wzruszył ramionami.
- Prędzej czy później - stwierdził, bo przecież nie zamierzał osiadać na laurach, czekając aż tajemnicze przeznaczenie zrobi wszystko za niego.
Być może kupno domu i organizacja wesela miały nadszarpnąć jego fundusze, może nawet naruszyć żelazne rezerwy na własną działalność, ale jeśli nie w tym roku, to w kolejnym. Miał coraz bardziej dosyć sytuacji, w jakiej znalazł się na oddziale zatruć.
Jednakże to nie był moment, by wracać tam myślami. Tym bardziej na widok karty, którą wyciągnęła dziewczyna. Może nijak nie znał się na tarocie, ale jeśli cokolwiek wiedział, to właśnie to, że...
...dostali swój zły omen. Jak na życzenie: wraz z grzmotem i nie jednym, a dwoma piorunami, które rozdzieliły się z jednego na ciemnym nieboskłonie za oknem. Ponurość aż biła z wybranej karty, nawet jeśli z pewnością dało się tam znaleźć więcej niż jedno ponure znaczenie. To nie było aż tak zero-jedynkowe, nieprawdaż?
- Coś dużo goryczy w tej czarce - mruknął pod nosem, zwracając uwagę na to, aby się nie skrzywić. - Biorąc pod uwagę to, co wyszło ci wcześniej... ...przekujesz ją w coś twórczego. Raczej - stwierdził, o dziwo nie zamierzając karmić jej negatywami, bo przecież tego nie potrzebowali.