12.08.2025, 21:59 ✶
No cóż, zdecydowanie każde z nich miało w tym wypadku zupełnie inne zdanie i chyba najprościej było im zgodzić się, co do tego, że nie zgadzają się ze sobą nawzajem. Bez wątpienia było to lepsze niż burzenie ich tymczasowej atmosfery, która zdecydowanie przypominała teraz namiastkę koleżeństwa, już nie tylko sojuszu. Pokręcił więc głową, kolejny raz kląskając językiem o podniebienie i kwitując słowa Prue wyłącznie prostym:
- Mhm - nie czuł się bowiem w obowiązku mówić dziewczynie, że co jak co, ale wątpliwości miała niemal zawsze, bo nadmiernie wszystko analizowała.
Nawet on pozwalał sobie czasem płynąć z prądem, popełniać głupstwa, oddychać i żyć pełnią piersią. Nie musiał mieć planu b na plan a i planu c na plan b, bo czasami takie planowanie było po prostu do d. Zresztą, z jego przelotnych dotychczasowych obserwacji, wydawało mu się, że chyba poniekąd sama to załapała, pozwalając sobie na trochę więcej podczas tego wyjazdu. To była interesująca odmiana.
- Korzystną zmianą - odruchowo poprawił Prudence, nawet nie zwracając na to zbytnio uwagi, jednak w gruncie rzeczy instynktownie wolał, aby te słowa nie zabrzmiały tak...
...bananowo? W końcu, co jak co, ale nie zamierzał otwierać prywatnej praktyki wyłącznie po to, aby zdobyć nowe, ciekawe doświadczenie. Nie, nie był kolekcjonerem przeżyć tego typu. Jeśli chodziło o jego ścieżkę zawodową, czuł do niej prawdziwe powołanie, nie zamierzał sprowadzać tego do spróbowania się w czymś, co mogło, ale nie musiało wypalić.
Poza tym, poniekąd już od wielu lat prowadził coś na kształt własnej działalności, tyle tylko, że bez części stacjonarnej. Udawał się na wizyty domowe do pacjentów, poza Mungiem, nie mając jednak własnego gabinetu. To mogło ulec zmianie. Tyle tylko, że w takim wypadku raczej potrzebowałby zrezygnować z pracy w szpitalu, co przekładało się na potrzebę stabilności finansowej, aby w ogóle móc myśleć o tej decyzji.
Cóż, zdecydowanie przydałoby się, aby był jeszcze większym ulubieńcem fortuny, nawet jeśli już teraz naprawdę nic mu teoretycznie nie brakowało. Niby mógł korzystać ze wsparcia rodziny, nie było najmniejszego powodu, dla którego nie miał tego robić. No, poza tym, który miał on sam. Nie chciał osiągnąć czegoś tylko dlatego, że miał galeony taty. Nie, to zdecydowanie nie było w jego stylu. Pod tym względem, nie był typem człowieka, który musiał wszystko sam odziedziczyć. Cenił sobie porządną pracę.
Nawet wbrew trudnościom i przeciwnościom losu, których nie miał mało, wbrew wszelkim pozorom. A jednak najwyraźniej nie miał ich też najwięcej, bo oto nie on siedział teraz na podłodze z jedną z najbardziej parszywych kart z talii tarota wyłożoną tuż przed jego zgiętą nogą. Prue zdecydowanie miała tu niefarta. Nie mógł nie zauważyć, że doskonale o tym wiedziała.
I nawet próbował ją pocieszyć, tak? Starał się, choć przecież nie musiał tego robić. Chciał. Usiłował być miły.
- Wróżby to tylko cień przyszłości - skwitował, wpatrując się w Prudence tuż po tym, gdy dziewczyna niezbyt pewnym swego głosem stwierdziła coś, co powinno wybrzmieć znacznie głośniej i bardziej zdecydowanie. - Chuja mają do tego, jak powinnaś się bawić - być może nie korzystał teraz ze zbyt kulturalnych ani nawet wyważonych słów, ale musiała mu to wybaczyć, nieprawdaż?
Oboje znajdowali się w stanie nietrzeźwości umysłu, więc nie zamierzał wysilać się, aby mówić ładnie, podczas gdy przekaz według niego przede wszystkim powinien być jasny i bardzo dosadny. Nie, nie odpowiadało mu to, że pomimo pozornej lekkości tonu, Bletchleyówna wyraźnie nie była zadowolona z tego, co stanowiło główną interpretację karty.
Czy dziwił się jej? No, niekoniecznie. Doskonale wiedział, że i tak nie miała łatwo w życiu. Abstrahując od tego, kto w ogóle miał lekko, o z pewnością potrafił wymienić kilka takich osób. A z jedną z nich pożegnali się całkiem niedawno. Prue zdecydowanie nie musiała czuć się tak, jakby potrzebowała przez cały czas czekać na kolejne ciosy od losu. Nie życzył jej tego. Nawet nie dlatego, że byli sojusznikami, choć to bez wątpienia stanowiło podstawę ich relacji. Po prostu z czystej ludzkiej przyzwoitości.
Tak. Potrafił w ten sposób.
- Mhm - nie czuł się bowiem w obowiązku mówić dziewczynie, że co jak co, ale wątpliwości miała niemal zawsze, bo nadmiernie wszystko analizowała.
Nawet on pozwalał sobie czasem płynąć z prądem, popełniać głupstwa, oddychać i żyć pełnią piersią. Nie musiał mieć planu b na plan a i planu c na plan b, bo czasami takie planowanie było po prostu do d. Zresztą, z jego przelotnych dotychczasowych obserwacji, wydawało mu się, że chyba poniekąd sama to załapała, pozwalając sobie na trochę więcej podczas tego wyjazdu. To była interesująca odmiana.
- Korzystną zmianą - odruchowo poprawił Prudence, nawet nie zwracając na to zbytnio uwagi, jednak w gruncie rzeczy instynktownie wolał, aby te słowa nie zabrzmiały tak...
...bananowo? W końcu, co jak co, ale nie zamierzał otwierać prywatnej praktyki wyłącznie po to, aby zdobyć nowe, ciekawe doświadczenie. Nie, nie był kolekcjonerem przeżyć tego typu. Jeśli chodziło o jego ścieżkę zawodową, czuł do niej prawdziwe powołanie, nie zamierzał sprowadzać tego do spróbowania się w czymś, co mogło, ale nie musiało wypalić.
Poza tym, poniekąd już od wielu lat prowadził coś na kształt własnej działalności, tyle tylko, że bez części stacjonarnej. Udawał się na wizyty domowe do pacjentów, poza Mungiem, nie mając jednak własnego gabinetu. To mogło ulec zmianie. Tyle tylko, że w takim wypadku raczej potrzebowałby zrezygnować z pracy w szpitalu, co przekładało się na potrzebę stabilności finansowej, aby w ogóle móc myśleć o tej decyzji.
Cóż, zdecydowanie przydałoby się, aby był jeszcze większym ulubieńcem fortuny, nawet jeśli już teraz naprawdę nic mu teoretycznie nie brakowało. Niby mógł korzystać ze wsparcia rodziny, nie było najmniejszego powodu, dla którego nie miał tego robić. No, poza tym, który miał on sam. Nie chciał osiągnąć czegoś tylko dlatego, że miał galeony taty. Nie, to zdecydowanie nie było w jego stylu. Pod tym względem, nie był typem człowieka, który musiał wszystko sam odziedziczyć. Cenił sobie porządną pracę.
Nawet wbrew trudnościom i przeciwnościom losu, których nie miał mało, wbrew wszelkim pozorom. A jednak najwyraźniej nie miał ich też najwięcej, bo oto nie on siedział teraz na podłodze z jedną z najbardziej parszywych kart z talii tarota wyłożoną tuż przed jego zgiętą nogą. Prue zdecydowanie miała tu niefarta. Nie mógł nie zauważyć, że doskonale o tym wiedziała.
I nawet próbował ją pocieszyć, tak? Starał się, choć przecież nie musiał tego robić. Chciał. Usiłował być miły.
- Wróżby to tylko cień przyszłości - skwitował, wpatrując się w Prudence tuż po tym, gdy dziewczyna niezbyt pewnym swego głosem stwierdziła coś, co powinno wybrzmieć znacznie głośniej i bardziej zdecydowanie. - Chuja mają do tego, jak powinnaś się bawić - być może nie korzystał teraz ze zbyt kulturalnych ani nawet wyważonych słów, ale musiała mu to wybaczyć, nieprawdaż?
Oboje znajdowali się w stanie nietrzeźwości umysłu, więc nie zamierzał wysilać się, aby mówić ładnie, podczas gdy przekaz według niego przede wszystkim powinien być jasny i bardzo dosadny. Nie, nie odpowiadało mu to, że pomimo pozornej lekkości tonu, Bletchleyówna wyraźnie nie była zadowolona z tego, co stanowiło główną interpretację karty.
Czy dziwił się jej? No, niekoniecznie. Doskonale wiedział, że i tak nie miała łatwo w życiu. Abstrahując od tego, kto w ogóle miał lekko, o z pewnością potrafił wymienić kilka takich osób. A z jedną z nich pożegnali się całkiem niedawno. Prue zdecydowanie nie musiała czuć się tak, jakby potrzebowała przez cały czas czekać na kolejne ciosy od losu. Nie życzył jej tego. Nawet nie dlatego, że byli sojusznikami, choć to bez wątpienia stanowiło podstawę ich relacji. Po prostu z czystej ludzkiej przyzwoitości.
Tak. Potrafił w ten sposób.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down