13.08.2025, 12:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2025, 14:17 przez Robert Albert Crouch.)
W tym momencie rzeczy zaczęły dziać się bardzo szybko. Duch zaczął wariować, a Robert sam wyciągnął różdżkę, choć zupełnie nie miał pojęcia, jakiego zaklęcia użyć. Na czwartym roku uczyli się podstaw wyganiania duchów, ale czy coś pamiętał? W jego pamięci ziała pustka. Najgorzej, że nie wyglądało na to, żeby urok i cięty język mogły wyciągnąć go z tych kłopotów. Może rzeczywiście wkurzanie duchów nie było tego warte? Może powinien był poprzestać na wrednych Ślizgonach?
Woda była wszędzie, nalewała się mu do butów, opryskała białą koszulę szkolnego mundurka, a najgorzej, że nasiąknęły nią nogawki spodni Roberta. Stanowiło to wprost paskudne uczucie, szczególnie zimą, kiedy mimo wszystko w zamku było chłodniej niż zazwyczaj. Chłopak ochronił własną głowę, obawiając się, że zaraz poleci w jego stronę kawał łazienkowej armatury. Śmierć od uderzenia kawałkiem kibla naprawdę nie była bohaterskim końcem, jaki sobie wymarzył.
Wtedy właśnie, kiedy wydawało się, że chaos rozgorzał na dobre i nie pozostało nic poza ucieczką, Lazarus zaczął czarować. Robert wiedział, że jego przyjaciel miał potężną wiedzę teoretyczną, ale fakt, że potrafił przełożyć ją na praktykę... od tego trochę opadła mu szczęka. Fala magii, niczym podmuch wiatru, zdmuchnęła ducha gdzieś w odmęty szkolnej kanalizacji, a potem zrobiło się... pusto. Jakby coś z powietrza zostało wypędzone wraz ze zjawą. Chłopcy natomiast, ściśnięci jakby zależało od tego ich życie, odsunęli się po chwili od siebie. To był chyba koniec.
— O kurwa... — przeklął nastoletni Crouch, idealnie podsumowując to, co się stało. A potem zaczął się śmiać. Wesołość zastąpiła strach w tym stopniu, że musiał oprzeć się o umywalkę. Był przemoczony do suchej nitki, stał w zrujnowanej łazience z przyjacielem, który właśnie uratował mu życie. A jednak się śmiał. Bo powiedzmy sobie szczerze, ta sytuacja była przezabawna. A może to on miał nierówno pod sufitem? — Lazarus, człowieku, brachu mój kochany... To było epickie. Doskonałe. Legendarne.
Wizja sprzątania tego wszystkiego też go rozbawiła. Zaczął chichotać jeszcze bardziej. Wyobraził sobie siebie i Lazarusa z miotłami i ścierami, w strojach podobnych do tego, który nosił szkolny woźny. Była to też kwestia tego, że Robert wychował się w domu, w którym zazwyczaj sprzątano za niego. Dlatego taką czynność traktował jako odmianę od codzienności.
Wtedy właśnie, gdy śmiał się do rozpuku, przyszedł mu do głowy genialny pomysł.
— Ej ty, ale słuchaj: jeśli dziewczyny dowiedzą się o tym, co tu zrobiłeś, będą się ustawiać w kolejce, żebyś je zaprosił na bal. Laski kochają bohaterów, a wiedz, że dla twojego własnego dobra, twój wyczyn nie będzie trzymany w tajemnicy — położył rękę na ramieniu Lazarusa. — To właśnie jesteś prawdziwy ty. Absolutny i niepowtarzalny kozak. A teraz proponuję, żebyśmy się stąd zmyli i pokornie przyznali się do winy, bo wtedy będziemy łagodniej potraktowani. Tak działa prawo, przyjacielu.
Woda była wszędzie, nalewała się mu do butów, opryskała białą koszulę szkolnego mundurka, a najgorzej, że nasiąknęły nią nogawki spodni Roberta. Stanowiło to wprost paskudne uczucie, szczególnie zimą, kiedy mimo wszystko w zamku było chłodniej niż zazwyczaj. Chłopak ochronił własną głowę, obawiając się, że zaraz poleci w jego stronę kawał łazienkowej armatury. Śmierć od uderzenia kawałkiem kibla naprawdę nie była bohaterskim końcem, jaki sobie wymarzył.
Wtedy właśnie, kiedy wydawało się, że chaos rozgorzał na dobre i nie pozostało nic poza ucieczką, Lazarus zaczął czarować. Robert wiedział, że jego przyjaciel miał potężną wiedzę teoretyczną, ale fakt, że potrafił przełożyć ją na praktykę... od tego trochę opadła mu szczęka. Fala magii, niczym podmuch wiatru, zdmuchnęła ducha gdzieś w odmęty szkolnej kanalizacji, a potem zrobiło się... pusto. Jakby coś z powietrza zostało wypędzone wraz ze zjawą. Chłopcy natomiast, ściśnięci jakby zależało od tego ich życie, odsunęli się po chwili od siebie. To był chyba koniec.
— O kurwa... — przeklął nastoletni Crouch, idealnie podsumowując to, co się stało. A potem zaczął się śmiać. Wesołość zastąpiła strach w tym stopniu, że musiał oprzeć się o umywalkę. Był przemoczony do suchej nitki, stał w zrujnowanej łazience z przyjacielem, który właśnie uratował mu życie. A jednak się śmiał. Bo powiedzmy sobie szczerze, ta sytuacja była przezabawna. A może to on miał nierówno pod sufitem? — Lazarus, człowieku, brachu mój kochany... To było epickie. Doskonałe. Legendarne.
Wizja sprzątania tego wszystkiego też go rozbawiła. Zaczął chichotać jeszcze bardziej. Wyobraził sobie siebie i Lazarusa z miotłami i ścierami, w strojach podobnych do tego, który nosił szkolny woźny. Była to też kwestia tego, że Robert wychował się w domu, w którym zazwyczaj sprzątano za niego. Dlatego taką czynność traktował jako odmianę od codzienności.
Wtedy właśnie, gdy śmiał się do rozpuku, przyszedł mu do głowy genialny pomysł.
— Ej ty, ale słuchaj: jeśli dziewczyny dowiedzą się o tym, co tu zrobiłeś, będą się ustawiać w kolejce, żebyś je zaprosił na bal. Laski kochają bohaterów, a wiedz, że dla twojego własnego dobra, twój wyczyn nie będzie trzymany w tajemnicy — położył rękę na ramieniu Lazarusa. — To właśnie jesteś prawdziwy ty. Absolutny i niepowtarzalny kozak. A teraz proponuję, żebyśmy się stąd zmyli i pokornie przyznali się do winy, bo wtedy będziemy łagodniej potraktowani. Tak działa prawo, przyjacielu.
Koniec sesji