13.08.2025, 13:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.08.2025, 12:17 przez Anthony Shafiq.)
Pytania - czy tego Jasper chciał, czy nie - zawisły między nimi, unosiły się zgęstniałą atmosferą podsycaną jedynie przez na wpół zobojętniałą, zdrętwiałą zmęczeniem twarz Anthony'ego. Bo tylko oczy zdradzały, jak "nic" zdaje się być tym spopielonym "wszystkim".
– Nie wiem Jasper. Nie... nie mam planów. Nie wiem co będzie – dłoń trzymająca szklankę zatrzęsła się niebezpiecznie w dłoniach tej upadłej wieży, więc odstawił ją na blat stolika. Trzymający wszystkie sznurki, troskliwie tkający i doglądający sieci. Mający plan na każdą ewentualność. Jak do tego właściwie doszło? Było zbyt głośno, w cichym, spowitym żałobą po minionej tragedii mieszkaniu, było zbyt głośno w jego głowie, w jego sercu, aby mógł wtedy, siedząc razem z Jasperem powiedzieć cokolwiek innego, niż zauważyć ten oczywisty fakt.
Nie miał absolutnie kontroli nad niczym.
On, pan przyszły rektor. Jak to niby miałoby wyglądać teraz, kiedy Matka wie ile budynków spowiła czerń? Jak wiele krzeseł stało w miejscu dumnie niegdyś wznoszących się magicznych kamienic. Dolina. Kto wie, może inne miejsca na mapie Anglii? Jak miała wyglądać jego piecza nad całymi pokoleniami, kiedy nie potrafił zaopiekować się nikim ze swoich bliskich?
Bezużyteczny
Słowa oskarżenia odbijały się w jego głowie nawracającym refrenem minionych sytuacji, w których magią nie był w stanie unieść choćby torby jednej z poszkodowanych. Znów potarł dłonie.
– Chociaż może... – odetchnął, zmuszając się do rozwarcia rąk. Piekło coraz mocniej. Może farba przestawała być farbą, a zaczynała być nadszarpniętą kompulsywnym ścieraniem skórą? – Może powinienem zaplanować kąpiel? – spróbował się uśmiechnąć, choć przypominało to teraz bardziej krzywy grymas, aniżeli realny żart z własnego stanu. – Dostałem buteleczkę eliksiru, który ma mi pomóc z tym... z tym jak obecnie wyglądam. Mógłbym prosić Cię o pomoc? – Zadanie. Małe. Niewinne. Jakiekolwiek, najlepsze ku odwróceniu uwagi. – Zmyłbym z siebie główną część i zostawił 1/3 eliksiru według instrukcji do... do tak zwanych niedobitków, bo mogłoby mi coś umknąć. A wtedy opowiesz mi, co u Twojego rodzeństwa? Zostaniecie w Brighton? – spróbował dźwignąć się z krzesła. Działanie. W tym może był jego ratunek, aby uratować resztę swojej motywacji do egzystencji.
– Nie wiem Jasper. Nie... nie mam planów. Nie wiem co będzie – dłoń trzymająca szklankę zatrzęsła się niebezpiecznie w dłoniach tej upadłej wieży, więc odstawił ją na blat stolika. Trzymający wszystkie sznurki, troskliwie tkający i doglądający sieci. Mający plan na każdą ewentualność. Jak do tego właściwie doszło? Było zbyt głośno, w cichym, spowitym żałobą po minionej tragedii mieszkaniu, było zbyt głośno w jego głowie, w jego sercu, aby mógł wtedy, siedząc razem z Jasperem powiedzieć cokolwiek innego, niż zauważyć ten oczywisty fakt.
Nie miał absolutnie kontroli nad niczym.
On, pan przyszły rektor. Jak to niby miałoby wyglądać teraz, kiedy Matka wie ile budynków spowiła czerń? Jak wiele krzeseł stało w miejscu dumnie niegdyś wznoszących się magicznych kamienic. Dolina. Kto wie, może inne miejsca na mapie Anglii? Jak miała wyglądać jego piecza nad całymi pokoleniami, kiedy nie potrafił zaopiekować się nikim ze swoich bliskich?
Bezużyteczny
Słowa oskarżenia odbijały się w jego głowie nawracającym refrenem minionych sytuacji, w których magią nie był w stanie unieść choćby torby jednej z poszkodowanych. Znów potarł dłonie.
– Chociaż może... – odetchnął, zmuszając się do rozwarcia rąk. Piekło coraz mocniej. Może farba przestawała być farbą, a zaczynała być nadszarpniętą kompulsywnym ścieraniem skórą? – Może powinienem zaplanować kąpiel? – spróbował się uśmiechnąć, choć przypominało to teraz bardziej krzywy grymas, aniżeli realny żart z własnego stanu. – Dostałem buteleczkę eliksiru, który ma mi pomóc z tym... z tym jak obecnie wyglądam. Mógłbym prosić Cię o pomoc? – Zadanie. Małe. Niewinne. Jakiekolwiek, najlepsze ku odwróceniu uwagi. – Zmyłbym z siebie główną część i zostawił 1/3 eliksiru według instrukcji do... do tak zwanych niedobitków, bo mogłoby mi coś umknąć. A wtedy opowiesz mi, co u Twojego rodzeństwa? Zostaniecie w Brighton? – spróbował dźwignąć się z krzesła. Działanie. W tym może był jego ratunek, aby uratować resztę swojej motywacji do egzystencji.