16.08.2025, 22:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.08.2025, 22:16 przez Hannibal Selwyn.)
Nie obracali się w tych samych kręgach w Hogwarcie, ale Hannibal nieraz widział w przelocie, jak Quirrel ćwiczy. Podziwu godna determinacja, szkoda, że na marne… - wzdychał wtedy, bo był przekonany, że bez znajomości młoda tancerka nie ma szans dostać się do pracy w teatrze. Jakże się zdziwił, kiedy istruktorka baletowa The Globe zatrzymała go po jednym z treningów w wakacje po piątym roku, by zapytać o ich wspólne lata w szkole.
Potem okazało się, że Mathilda nie tylko znalazła zatrudnienie, ale przebojem zdobyła serca widzów. A teraz stali razem na scenie, oklaskiwani, zachwyceni ruchem, pewni, że stworzyli hit. Kochał takie niespodzianki.
Impet tancerki zaskoczył go nieco i zmusił do cofnięcia się o krok, jej ciało docisnęło mokry materiał kostiumu do skóry.
Kątem oka złapał spojrzenie któregoś z aktorów. Oceniające, a może zazdrosne. Miał to gdzieś. Mathilda była cudowna, świetna tancerka, a przy tym bezpretensjonalna i urocza. Gdyby cały zespół baletowy składał się z takich ludzi, atmosfera na sali treningowej i w garderobach byłaby o niebo lepsza. Hannibal prawdopodobnie umarłby wtedy od nadmiaru słodyczy, ale chyba byłby gotów złożyć się w takiej ofierze.
To doprawdy tragiczne, że nie grali wcześniej w niczym tak dużych ról razem.
Wspaniale było dzielić z kimś ekscytację, przecież po to tu byli, by razem tańczyć i grać, i poruszać tłumy. Rozdzielać śmiech. Smutek. Zadumę. Spełnienie. Desperacje i ekstazę. Oczyszczające emocje. Strawa dla ducha.
Kochał tę robotę.
- Najpiękniejsza łabędzico - powiedział cicho, tak, żeby nikt postronny nie mógł tego usłyszeć - Byłaś niesamowita, ta sztuczka z piórami nie przestaje mnie zachwycać.
Niemal stykali się nosami i ta bliskość uderzała do głowy. Palce Quirrell pozostawiły mokre ślady na jego twarzy. Westchnął cicho. Czuł się cudownie sponiewierany, zachwycająco brudny. Szkoda, że nie włączyli tego do choreografii, takim powinni go oglądać widzowie.
- Ile ty tam wykręcasz tych piruetów, przyznaj się, pomagasz sobie magią? - uśmiechnął się łobuzersko, wygładzając dłonią pióra na jej ramieniu - całkiem niepotrzebnie, tylko po to, by jej dotknąć.
Rozwiązał troczki zbierające staromodną koszulę na klatce piersiowej, sięgnął za dekolt, zebrał trochę krwi na palec i zostawił nią ślad na nosie tancerki.
- Teraz oboje musimy się doprowadzić do porządku! - wymruczał, przymykając oczy pod pieszczotą - Słuchaj, moja “plus one” i Mona siedzą w jednej loży. Możemy iść razem. Mam garnitur u siebie w garderobie - jako syn dyrektora, Hannibal mógł cieszyć się całym pomieszczeniem jedynie na swoje potrzeby - niedużym, ale wciąż stanowiącym obiekt zazdrości większości kolegów z pracy.
- Chodź. Pomożesz mi się doczyścić i przebierzesz się w spokoju. Brzmi dobrze? - zaproponował, podając jej ramię, bo ani unurzanie we krwi, ani biczowanie nie było powodem, by zapominać o dobrych manierach.