18.08.2025, 06:02 ✶
- Nie wypada mi chwalić agresorów, ale… Jeden z lepszych sierpowych jakie widziałam.- Stwierdziła, zniżając głos do scenicznego szeptu. Jakby ściany miały uszy. Z pewnością miały oczy, ale Minister Magii na portrecie w kącie był aktualnie zbyt zajęty ratowaniem swojej godności i unikaniem domalowania sobie wąsów czarnym tuszem (skąd one wzięły tak komicznie duże pióro?), żeby nawet próbować ich szpiegować.
Lorien Mulciber była niewątpliwie nieprzejednanymi i okrutnym sędzią. Co do tego nie było żadnej wątpliwości. Wychowana w poszanowaniu do prawa i obyczajów; nieprzekupna, konserwatywna; ostoja praworządności. Samozwańcza matka Azkabanu i więziennictwa brytyjskiego. Dementor w spódnicy... No przynajmniej dopóty, dopóki nie chodziło o zamykanie jej własnych dzieci. Wtedy wszystko to szło w przysłowiowe pizdu.
Zaśmiała się łagodnie słysząc oskarżenie o niszczenie materiałów dowodowych.
Śmiech Lorien zawsze brzmiał jak ptasia piosenka. Pewnie dlatego śmiała się tak rzadko.
- Myślę, że możemy pozwolić sobie na uwzględnienie pewnych okoliczności łagodzących, panie Moody.
Tymi, bardzo szybko okazał się najzwyczajniej w świecie paskudny nepotyzm, bo Lorien wsunęła ostrożnie mały palec przez okienko w celi nieszczęśliwego i obrażonego na niegodziwość dementorka. Pchnęła paznokciem ukrytą dźwignię, samodzielnie go uwalniając. Skrzypnął nieużywany za często mechanizm, parę cegieł wyskoczyło ze swoich miejsc, pozwalając więźniowi się wyczołgać i spaść wprost na wyciągniętą dłoń czarownicy. Mechanizm zgrzytnął ponownie, a ściana wróciła na miejsce.
- Sąd przychyla się do zastosowania obniżonej kary. Jak na przykład… - Uniosła dementorka na wysokość twarzy.-... sama nie wiem… Prace społeczne w postaci pomocy organom ścigania. Chciałbyś zostać aurorem? - Zniżyła głos do czegoś z pogranicza szeptu i szczebiotu, a dementorek ewidentnie nadstawił swojego nieistniejącego, skrytego pod kapturkiem ucha. I chyba nawet przestał się strasznie boczyć. Otrzepała lekko pelerynkę istotki (Jak rzadko musiała używać tej jednej konkretnej celi, że po spędzeniu w niej niecałej minuty dementor wyglądał jak kulka kurzu?).- Kiedy zaczną panu przeszkadzać, niech mi je Pan odeśle, Panie Moody.
Drugi z dementorków przestał wreszcie bujać się na krawacie i najzwyczajniej w świecie ulokował się ze swoim nowym partnerem z Dementorzego Biura Aurorów w kieszeni marynarki Aarona.
Słabość. Błędy. Człowieczeństwo.
Wszystkie te trzy, nierozerwalnie związane ze sobą pomniejsze filary ludzkości; ponoć gdyby ludzkość nie była słaba, nie popełniałaby błędów. Bez popełnionych błędów nie mogłaby pojąć swojej słabość. Zrozumienie to czyniło ich człowiekiem. A to z kolei - skłonnym do popełniania błędów.
Od pewnego czasu nie lubiła patrzeć w lustra, nie wiedząc co ujrzy we własnym odbiciu. Czy to dlatego, że to, jak nic innego, brutalnie przypominało, że jej ludzki czas się już kończy? Czy unikanie spojrzenia czyniło ją słabą, a może po prostu było błędem? A jeśli któreś z tego - gdzie leżała granica. Nie wiedziała. Nie chciała wiedzieć.
- Gdzie kończy się człowieczeństwo, panie Moody?- Zapytała nagle, mniej więcej w połowie drogi między makietą, a biurkiem. To nie była daleka droga, ale i sama Lorien nie miała zbyt wiele sił, więc kroki stawiała uważnie. Na tyle, żeby nie narobić sobie wstydu i nie wyrżnąć jak długa na prostej drodze. Słabość. Słabość była przerażająca.- W dekrecie o statusie prawnym Istot Magicznych z 1375 roku wspomniano, że za istotę ludzką uznaje się każdego, kto urodził się z rodziców obdarzonych mocą magiczną. Definicja przetrwała pomimo czterech nowelizacji samego dekretu, w swojej niezmienionej formie aż do lat 20 ubiegłego wieku. A może odniesiemy się do wyroku Wizengamotu z 1801 roku, który sklasyfikował istotę ludzką jako zdolną do posiadania i użytkowania różdżki, wpędzając nas wszystkich w niemal sto lat goblinich roszczeń? “Człowiekiem jest ten, kto nie zatracił na mocy klątw, tożsamości i zdolności do samostanowienia, rozumowania i tworzenia więzi społecznych.” Kodeks Postępowania z Magicznymi Stworzeniami i Istotami, rozdział czwarty. 1622 rok.- Zamilkła na moment i przez ułamek sekundy w jej spojrzeniu pojawiła się namiastka głęboko skrywanego bólu. Jak się jednak pojawiła, tak szybko zniknęła. Zajęła się metodycznym składaniem swojego swetra, po czym… bezceremonialnie cisnęła go do szaty, zamykając jej ciężkie drzwi.
Usiadła w fotelu. Założyła nogę na nogę. Szczupłe nadgarstki wsparła o ciężki, drewniany blat biurka.
Jedno trzeba było Lorien przyznać. W całym tym dementorzym chaosie, potrafiła zachować święty spokój. Jakiś podopieczny wpadł do kałamarza? Podsunęła mu czysty kawałek pergaminu, żeby mógł się w nim wyturlać. Kolejny, próbował złamać ołówek? Ołówek lądował natychmiast w szufladzie. Wszystko to, a Lorien nawet na moment nie oderwała wzroku od siedzącego naprzeciw Moody’ego. Jeśli jednak liczył, że narzuci mu tok dyskusji o Korolevie - pomylił się. W końcu miała złożyć zeznania, prawda? Może powinien zacząć zadawać odpowiednie pytania?
Lorien Mulciber była niewątpliwie nieprzejednanymi i okrutnym sędzią. Co do tego nie było żadnej wątpliwości. Wychowana w poszanowaniu do prawa i obyczajów; nieprzekupna, konserwatywna; ostoja praworządności. Samozwańcza matka Azkabanu i więziennictwa brytyjskiego. Dementor w spódnicy... No przynajmniej dopóty, dopóki nie chodziło o zamykanie jej własnych dzieci. Wtedy wszystko to szło w przysłowiowe pizdu.
Zaśmiała się łagodnie słysząc oskarżenie o niszczenie materiałów dowodowych.
Śmiech Lorien zawsze brzmiał jak ptasia piosenka. Pewnie dlatego śmiała się tak rzadko.
- Myślę, że możemy pozwolić sobie na uwzględnienie pewnych okoliczności łagodzących, panie Moody.
Tymi, bardzo szybko okazał się najzwyczajniej w świecie paskudny nepotyzm, bo Lorien wsunęła ostrożnie mały palec przez okienko w celi nieszczęśliwego i obrażonego na niegodziwość dementorka. Pchnęła paznokciem ukrytą dźwignię, samodzielnie go uwalniając. Skrzypnął nieużywany za często mechanizm, parę cegieł wyskoczyło ze swoich miejsc, pozwalając więźniowi się wyczołgać i spaść wprost na wyciągniętą dłoń czarownicy. Mechanizm zgrzytnął ponownie, a ściana wróciła na miejsce.
- Sąd przychyla się do zastosowania obniżonej kary. Jak na przykład… - Uniosła dementorka na wysokość twarzy.-... sama nie wiem… Prace społeczne w postaci pomocy organom ścigania. Chciałbyś zostać aurorem? - Zniżyła głos do czegoś z pogranicza szeptu i szczebiotu, a dementorek ewidentnie nadstawił swojego nieistniejącego, skrytego pod kapturkiem ucha. I chyba nawet przestał się strasznie boczyć. Otrzepała lekko pelerynkę istotki (Jak rzadko musiała używać tej jednej konkretnej celi, że po spędzeniu w niej niecałej minuty dementor wyglądał jak kulka kurzu?).- Kiedy zaczną panu przeszkadzać, niech mi je Pan odeśle, Panie Moody.
Drugi z dementorków przestał wreszcie bujać się na krawacie i najzwyczajniej w świecie ulokował się ze swoim nowym partnerem z Dementorzego Biura Aurorów w kieszeni marynarki Aarona.
Słabość. Błędy. Człowieczeństwo.
Wszystkie te trzy, nierozerwalnie związane ze sobą pomniejsze filary ludzkości; ponoć gdyby ludzkość nie była słaba, nie popełniałaby błędów. Bez popełnionych błędów nie mogłaby pojąć swojej słabość. Zrozumienie to czyniło ich człowiekiem. A to z kolei - skłonnym do popełniania błędów.
Od pewnego czasu nie lubiła patrzeć w lustra, nie wiedząc co ujrzy we własnym odbiciu. Czy to dlatego, że to, jak nic innego, brutalnie przypominało, że jej ludzki czas się już kończy? Czy unikanie spojrzenia czyniło ją słabą, a może po prostu było błędem? A jeśli któreś z tego - gdzie leżała granica. Nie wiedziała. Nie chciała wiedzieć.
- Gdzie kończy się człowieczeństwo, panie Moody?- Zapytała nagle, mniej więcej w połowie drogi między makietą, a biurkiem. To nie była daleka droga, ale i sama Lorien nie miała zbyt wiele sił, więc kroki stawiała uważnie. Na tyle, żeby nie narobić sobie wstydu i nie wyrżnąć jak długa na prostej drodze. Słabość. Słabość była przerażająca.- W dekrecie o statusie prawnym Istot Magicznych z 1375 roku wspomniano, że za istotę ludzką uznaje się każdego, kto urodził się z rodziców obdarzonych mocą magiczną. Definicja przetrwała pomimo czterech nowelizacji samego dekretu, w swojej niezmienionej formie aż do lat 20 ubiegłego wieku. A może odniesiemy się do wyroku Wizengamotu z 1801 roku, który sklasyfikował istotę ludzką jako zdolną do posiadania i użytkowania różdżki, wpędzając nas wszystkich w niemal sto lat goblinich roszczeń? “Człowiekiem jest ten, kto nie zatracił na mocy klątw, tożsamości i zdolności do samostanowienia, rozumowania i tworzenia więzi społecznych.” Kodeks Postępowania z Magicznymi Stworzeniami i Istotami, rozdział czwarty. 1622 rok.- Zamilkła na moment i przez ułamek sekundy w jej spojrzeniu pojawiła się namiastka głęboko skrywanego bólu. Jak się jednak pojawiła, tak szybko zniknęła. Zajęła się metodycznym składaniem swojego swetra, po czym… bezceremonialnie cisnęła go do szaty, zamykając jej ciężkie drzwi.
Usiadła w fotelu. Założyła nogę na nogę. Szczupłe nadgarstki wsparła o ciężki, drewniany blat biurka.
Jedno trzeba było Lorien przyznać. W całym tym dementorzym chaosie, potrafiła zachować święty spokój. Jakiś podopieczny wpadł do kałamarza? Podsunęła mu czysty kawałek pergaminu, żeby mógł się w nim wyturlać. Kolejny, próbował złamać ołówek? Ołówek lądował natychmiast w szufladzie. Wszystko to, a Lorien nawet na moment nie oderwała wzroku od siedzącego naprzeciw Moody’ego. Jeśli jednak liczył, że narzuci mu tok dyskusji o Korolevie - pomylił się. W końcu miała złożyć zeznania, prawda? Może powinien zacząć zadawać odpowiednie pytania?