27.08.2025, 00:06 ✶
Niewykluczone, że istniała grupa kobiet, dla których Peregrinus stanowił jako partia łakomy kąsek, lecz on sam nie zastanawiał się nigdy nad tym. Górnolotnie można by rzec, że nie chciał być sędzią we własnej sprawie — ani mu nie był potrzebny powód do popadania w narcyzm, ani do zaniżania własnej samooceny. Przyziemnie: niezbyt go te kobiety obchodziły. Nie wykonywał pierwszego kroku w ich stronę; jeśli one próbowały podchodzić do niego, natrafiały na ścianę niezręcznych wykrętów. Starał się robić wszystko, aby nie lokowały w nim za dużego zainteresowania, wystrzegał się kokietowania choćby dla zabawy. Nie rajcowało go łamanie serc, w żadnym wypadku. Czasem wciąż nawiedzał go dyskomfort po sytuacji z Millie, gdy to przyjaciółka zbliżyła się do niego za bardzo. Czasem wciąż czuł się winny tego, że nie potrafił być dla niej tym, kogo potrzebowała.
Mógł być tym dla niego. Pierwszy raz nie czuł, że stoi na skraju złamania komuś serca. Wręcz przeciwnie: gotów był — jak to zdarza się w zakwitających miłościach — włożyć całego siebie w otoczenie serca Dolohova poczuciem bezpieczeństwa w relacji. Pokazać, że potrafi go kochać lepiej niż ktokolwiek przed nim: z większym oddaniem, większą delikatnością.
Zestarzej się ze mną tym głębiej poruszyło go, że wyjątkowo nie przestraszył się tych słów. Nie myślał o tym, czy na pewno mądrze jest oferować swoje życie komuś w takim wymiarze ani czy potrafiłby dotrzymać takiej obietnicy. I mimo że miał na co dzień dużo pokory wobec czasu, który potrafił przecież rozmontować wszystko i nie oszczędzał ludzkich uczuć w tym dziele niszczenia i stwarzania na nowo — to w tamtej chwili Peregrinus odrzucił tę pokorę. Chciał, aby to było na zawsze.
Po raz pierwszy w wyobrażeniu jego starości zamieszkał ktoś o sprecyzowanej twarzy. Nie rozproszona grupa przyjaciół przełamujących samotność epizodycznymi wizytami, nie jakiś sympatyczny uczeń, który będzie trwał przy nim z szacunku do tego, co podstarzały Trelawney chciał mu przekazać. Twarz Dolohova była obecna w tej wizji niezależnie od tego, czy Peregrinus dysponowałby jakąś cenną mądrością. Ta twarz była jego na wyłączność.
— Dobrze patrzy się w przyszłość, w której jesteś ze mną — przyznał, zapatrzony w tę wizję odległych lat oczami wyobraźni skrytej za różowymi okularami, nie oczyma proroka wydającego surowe wyroki na temat nie zawsze przyjemnych kolei losu. — Bardzo dobrze.
Niespodziewanie wiele komfortu odnajdywał w zaplątaniu się w sieci Dolohova i nie szukał wyjścia z Praw Czasu. Dokąd miałby iść? Nie potrafił już wyobrazić sobie życia, w którym nie słucha całymi dniami monologów i narzekań Vakela. Idealnie Dolohov rozpędzał mętną ciszę, która za często wisiała nad Peregrinusem, gdy jeszcze studiował i pracował w innych miejscach. Wróż wypełniał przestrzeń swoim byciem, dodając codzienności Trelawneya koloru i dynamiki, których ten nie potrafiłby sam osiągnąć, a jednocześnie potrzebował ich, aby nie popaść monotonię.
Może i Vasilij mówił dużo o sobie — ale to właśnie była część tego, co czyniło go tak komfortowym dla wróżbity, któremu czasem własnych słów brakowało. Może i był ślepy na ewentualność porażki — ale tym właśnie równoważył chorobliwą zachowawczość Peregrinusa.
— Myślisz, że to jest możliwe? — Czarodziej wypowiedział to jako pytanie, lecz w tonie jego głosu ukryta była pełna nadziei prośba: chciał usłyszeć za wszelką cenę potwierdzenie. U wrót tego pięknego snu pojawił się bowiem jego pragmatyzm, za który wróż sam przeklinał się teraz, widząc, że zanieczyszcza taki ładny moment. Świat codziennej, spokojnej miłości i wspólnego życia kusił go jak diabli. Rozsmakował się już w tych wyimaginowanych wieczorach, w których jego dom był u boku Dolohova. Wyobrażał je sobie od tygodni, a teraz Vakel nadał im słowami kształt i niejaką osiągalność, ale… — Jest wokół ciebie tyle osób. Nie posądzam nikogo o złe intencje, ale Lyssa czy Annaleigh na pewno zauważą, jeśli będziemy tak żyć, a im więcej osób wie, tym mniej szczelne granice sekretu. Chciałbym, żeby to, o czym mówisz, to było nasze życie, i to… piekielnie niesprawiedliwe, że musimy martwić się tym, co wokół tego.
I po raz pierwszy dotarło do niego w pełni, co to oznacza. Nie przeszkadzało mu może i życie w cieniu, sam w cień lgnął i odnajdywał w nim komfort. Było jednak coś nieodparcie ponurego w tym, że do końca życia będą musieli pilnować, czy zasłona jest zaciągnięta i czy na pewno nie ma nikogo w pobliżu. Poruszył się w Peregrinusie pierwszy raz od dawna gniew na to, w jakim układzie społecznym żyli.
Nie ostudziło to bynajmniej jego zapału do miłości i wciąż potrafił odnaleźć w tamtej chwili tyle zadowolenia, aby uśmiechnąć się na ostatnie słowa Vasilija i odpowiedzieć na nie z delikatną nutą zaczepności:
— Może inni nie umieją nadążyć. Ja podążam za tobą od lat i jestem bliżej niż kiedykolwiek.
Mógł być tym dla niego. Pierwszy raz nie czuł, że stoi na skraju złamania komuś serca. Wręcz przeciwnie: gotów był — jak to zdarza się w zakwitających miłościach — włożyć całego siebie w otoczenie serca Dolohova poczuciem bezpieczeństwa w relacji. Pokazać, że potrafi go kochać lepiej niż ktokolwiek przed nim: z większym oddaniem, większą delikatnością.
Zestarzej się ze mną tym głębiej poruszyło go, że wyjątkowo nie przestraszył się tych słów. Nie myślał o tym, czy na pewno mądrze jest oferować swoje życie komuś w takim wymiarze ani czy potrafiłby dotrzymać takiej obietnicy. I mimo że miał na co dzień dużo pokory wobec czasu, który potrafił przecież rozmontować wszystko i nie oszczędzał ludzkich uczuć w tym dziele niszczenia i stwarzania na nowo — to w tamtej chwili Peregrinus odrzucił tę pokorę. Chciał, aby to było na zawsze.
Po raz pierwszy w wyobrażeniu jego starości zamieszkał ktoś o sprecyzowanej twarzy. Nie rozproszona grupa przyjaciół przełamujących samotność epizodycznymi wizytami, nie jakiś sympatyczny uczeń, który będzie trwał przy nim z szacunku do tego, co podstarzały Trelawney chciał mu przekazać. Twarz Dolohova była obecna w tej wizji niezależnie od tego, czy Peregrinus dysponowałby jakąś cenną mądrością. Ta twarz była jego na wyłączność.
— Dobrze patrzy się w przyszłość, w której jesteś ze mną — przyznał, zapatrzony w tę wizję odległych lat oczami wyobraźni skrytej za różowymi okularami, nie oczyma proroka wydającego surowe wyroki na temat nie zawsze przyjemnych kolei losu. — Bardzo dobrze.
Niespodziewanie wiele komfortu odnajdywał w zaplątaniu się w sieci Dolohova i nie szukał wyjścia z Praw Czasu. Dokąd miałby iść? Nie potrafił już wyobrazić sobie życia, w którym nie słucha całymi dniami monologów i narzekań Vakela. Idealnie Dolohov rozpędzał mętną ciszę, która za często wisiała nad Peregrinusem, gdy jeszcze studiował i pracował w innych miejscach. Wróż wypełniał przestrzeń swoim byciem, dodając codzienności Trelawneya koloru i dynamiki, których ten nie potrafiłby sam osiągnąć, a jednocześnie potrzebował ich, aby nie popaść monotonię.
Może i Vasilij mówił dużo o sobie — ale to właśnie była część tego, co czyniło go tak komfortowym dla wróżbity, któremu czasem własnych słów brakowało. Może i był ślepy na ewentualność porażki — ale tym właśnie równoważył chorobliwą zachowawczość Peregrinusa.
— Myślisz, że to jest możliwe? — Czarodziej wypowiedział to jako pytanie, lecz w tonie jego głosu ukryta była pełna nadziei prośba: chciał usłyszeć za wszelką cenę potwierdzenie. U wrót tego pięknego snu pojawił się bowiem jego pragmatyzm, za który wróż sam przeklinał się teraz, widząc, że zanieczyszcza taki ładny moment. Świat codziennej, spokojnej miłości i wspólnego życia kusił go jak diabli. Rozsmakował się już w tych wyimaginowanych wieczorach, w których jego dom był u boku Dolohova. Wyobrażał je sobie od tygodni, a teraz Vakel nadał im słowami kształt i niejaką osiągalność, ale… — Jest wokół ciebie tyle osób. Nie posądzam nikogo o złe intencje, ale Lyssa czy Annaleigh na pewno zauważą, jeśli będziemy tak żyć, a im więcej osób wie, tym mniej szczelne granice sekretu. Chciałbym, żeby to, o czym mówisz, to było nasze życie, i to… piekielnie niesprawiedliwe, że musimy martwić się tym, co wokół tego.
I po raz pierwszy dotarło do niego w pełni, co to oznacza. Nie przeszkadzało mu może i życie w cieniu, sam w cień lgnął i odnajdywał w nim komfort. Było jednak coś nieodparcie ponurego w tym, że do końca życia będą musieli pilnować, czy zasłona jest zaciągnięta i czy na pewno nie ma nikogo w pobliżu. Poruszył się w Peregrinusie pierwszy raz od dawna gniew na to, w jakim układzie społecznym żyli.
Nie ostudziło to bynajmniej jego zapału do miłości i wciąż potrafił odnaleźć w tamtej chwili tyle zadowolenia, aby uśmiechnąć się na ostatnie słowa Vasilija i odpowiedzieć na nie z delikatną nutą zaczepności:
— Może inni nie umieją nadążyć. Ja podążam za tobą od lat i jestem bliżej niż kiedykolwiek.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie