27.08.2025, 19:19 ✶
Czarodziej chciał trochę wśród tego nędznego syfu podnieść młodej morale, żeby miała myśl, która by napawała nadzieją, że mimo świata stojącego w płomieniach, jest wciąż jakieś jutro. Żeby wyobraziła sobie to mniej przerażające jutro, w którym będzie mogła z Rejwachu uczynić bazę wypadową, i żeby wiedziała, że ma na następne dni jakiś trop, którym podążając, być może zdoła odnaleźć zagubionego ojca. Również sam Woody próbował chwytać jutro majaczące na końcu czarnego tunelu duszących popiołów. Jutro będzie musiał siąść i posprzątać, jutro będzie musiał porachować straty, jutro może znajdą siłę, żeby się śmiać, choćby przez łzy.
Kalkulacje reakcji Keyleth okazały się jednakże skrajnie niedoszacowane. Zamiast zasiać w niej łagodną nadzieję, Tarpaulin rozpętał huragan dziewczęcych emocji.
Gdy powtórzyła za nim ufnie to szwagier, próbował jeszcze zdusić go w zarodku:
— Nie, nie. Nie ma takiej opcji, żeby to był akurat on. On tam nie podróżował, ale może ktoś z jego krewnych… — próbował zachrypłym od wdychania pożarów głosem przebić się przez wzbierającą falę podniecenia dziewczyny.
Na próżno. Uwolnił demona pędzącego przez kolejne wątki wokół osoby biednego Caspiana, który — przynajmniej na stan wiedzy Longbottoma — nigdy jego siostry nie zdradził. Woody poddał się, widząc, że musi pozwolić Keyleth wypalić się ze wszystkich słów. Czekał cierpliwie, a gdy ujrzał w monologu szczelinę, w którą mógł się wcisnąć, uniósł obie ręce do góry (krzywiąc się, gdy poczuł pulsowanie w spuchniętym palcu) i powoli je opuścił:
— Oddychaj — poprosił. — Oddychaj, Keyleth. Wdech-wydech. — Sam odetchnął ciężko, pochylając się nieco do przodu, jakby mimo całej tej muskulatury i krzepy, niczym byle dziada dogniótł go ciężar przebicia balonika dziewczęcej ekscytacji. — To nie on, zaufaj mi. Musimy dopiero ustalić, czy trop jest właściwy. I zrobimy to. Lecz ni czas to, ni miejsce. — Skinął głową na okno, w którym wciąż intensywnie błyszczała ognista poświata palonego Nokturnu. — Ojcowie to ciężka sprawa. — Czy Godryk trzymał się tej nocy? Wszystkim znane były jego poglądy; zapewne i jego Śmierciożercy mieli na celowniku. Clemens Longbottom bardzo chciał umieć uwierzyć, że ojciec, jakimkolwiek psimsynem by nie był, zaszył się gdzieś z Tessą w bezpiecznym miejscu, ale za dobrze znał oboje. — Twój staruszek byłby skończonym durniem, gdyby się na ciebie wypiął. — Odkaszlnął głucho dymem i nawilżył gardło resztkami alkoholu.
Wyglądał w tamtym momencie wyjątkowo żałośnie: stary, brudny pijak z dzielnicy najgorszych mętów rozwalony na swoim barłogu. Tryskający energią i entuzjazmem promyczek, jakim była mimo całej tej naiwności Keyleth, zasługiwał na miejsce w przytulnym domku jakiegoś miłego Pana Bonesa, zasłużonego funkcjonariusza, który da swojej zaginionej latorośli szansę na ładną przyszłość w równie przytulnym domku. Gdyby została na Nokturnie, mogłaby już nigdy z niego nie wyjść.
— Znajdziemy go, słowo daję. Po prostu nie dziś. Siądziemy jutro na spokojnie i o tym pogadamy, hę? Co ty na to?
Kalkulacje reakcji Keyleth okazały się jednakże skrajnie niedoszacowane. Zamiast zasiać w niej łagodną nadzieję, Tarpaulin rozpętał huragan dziewczęcych emocji.
Gdy powtórzyła za nim ufnie to szwagier, próbował jeszcze zdusić go w zarodku:
— Nie, nie. Nie ma takiej opcji, żeby to był akurat on. On tam nie podróżował, ale może ktoś z jego krewnych… — próbował zachrypłym od wdychania pożarów głosem przebić się przez wzbierającą falę podniecenia dziewczyny.
Na próżno. Uwolnił demona pędzącego przez kolejne wątki wokół osoby biednego Caspiana, który — przynajmniej na stan wiedzy Longbottoma — nigdy jego siostry nie zdradził. Woody poddał się, widząc, że musi pozwolić Keyleth wypalić się ze wszystkich słów. Czekał cierpliwie, a gdy ujrzał w monologu szczelinę, w którą mógł się wcisnąć, uniósł obie ręce do góry (krzywiąc się, gdy poczuł pulsowanie w spuchniętym palcu) i powoli je opuścił:
— Oddychaj — poprosił. — Oddychaj, Keyleth. Wdech-wydech. — Sam odetchnął ciężko, pochylając się nieco do przodu, jakby mimo całej tej muskulatury i krzepy, niczym byle dziada dogniótł go ciężar przebicia balonika dziewczęcej ekscytacji. — To nie on, zaufaj mi. Musimy dopiero ustalić, czy trop jest właściwy. I zrobimy to. Lecz ni czas to, ni miejsce. — Skinął głową na okno, w którym wciąż intensywnie błyszczała ognista poświata palonego Nokturnu. — Ojcowie to ciężka sprawa. — Czy Godryk trzymał się tej nocy? Wszystkim znane były jego poglądy; zapewne i jego Śmierciożercy mieli na celowniku. Clemens Longbottom bardzo chciał umieć uwierzyć, że ojciec, jakimkolwiek psimsynem by nie był, zaszył się gdzieś z Tessą w bezpiecznym miejscu, ale za dobrze znał oboje. — Twój staruszek byłby skończonym durniem, gdyby się na ciebie wypiął. — Odkaszlnął głucho dymem i nawilżył gardło resztkami alkoholu.
Wyglądał w tamtym momencie wyjątkowo żałośnie: stary, brudny pijak z dzielnicy najgorszych mętów rozwalony na swoim barłogu. Tryskający energią i entuzjazmem promyczek, jakim była mimo całej tej naiwności Keyleth, zasługiwał na miejsce w przytulnym domku jakiegoś miłego Pana Bonesa, zasłużonego funkcjonariusza, który da swojej zaginionej latorośli szansę na ładną przyszłość w równie przytulnym domku. Gdyby została na Nokturnie, mogłaby już nigdy z niego nie wyjść.
— Znajdziemy go, słowo daję. Po prostu nie dziś. Siądziemy jutro na spokojnie i o tym pogadamy, hę? Co ty na to?
piw0 to moje paliwo