09.09.2025, 09:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.09.2025, 09:53 przez Hannibal Selwyn.)
- Grzyby? Uhh, nie… - odpowiedział w zamyśleniu. Zdecydowanie jego doświadczenie z grzybami było ograniczone do konsumpcji.
Szedł jako ostatni, sprawnością swego ciała nadrabiając brak doświadczenia w przedzieraniu się przez zarośla. Ścieżka, którą wybrały kobiety nie była co prawda prawdziwymi chaszczami, ale mieszczuchowi, jakim był Selwyn, jawiła się jako gąszcz.
Krok za krokiem. Mona i Mathilda umilkły, rozkoszując się zapewne kontaktem z naturą. Artemis jechał na ramieniu swojej pani, od czasu do czasu wysuwając rozdwojony język. Hannibal poddał się rytmowi wędrówki. Krok za krokiem. Musiał przyznać, że było coś niemal medytacyjnego w takim spacerze. Spomiędzy gałęzi dochodziły najróżniejsze odgłosy, mógł się tylko domyślać, że należące do dzikiego ptactwa - ćwierkanie, terkotanie, coś jakby… pohukiwania?..
Jeden ton przyciągnął jego uwagę. Przeciągły, rzewny trel, przywodzący na myśl irlandzkie pieśni ludowe. Selwyn zatrzymał się i odruchowo rozejrzał, poszukując źródła tego nietypowego dźwięku. Wydało mu się, że rozpoznał, z którego kierunku dochodzi, więc zszedł ze ścieżki, grzęznąc po kostki w poszyciu i przytrzymując się jakiegoś pnia dla równowagi. Kroki jego towarzyszek oddaliły się, ale nie zwrócił na to uwagi, zasłuchany w niesamowity ptasi zaśpiew.
Hannibal nie znał się na ptakach, nie czuł również potrzeby powrotu do natury, ale był wrażliwy na piękno, a tony, które słyszał były niewątpliwie piękne. Tęskne i słodkie, i smutne, jakby opiewające minione szczęśliwe chwile. Tak mógłby śpiewać ktoś, kto patrzy, jak jego ukochana układa sobie życie z kimś innym i wie, że bez niego będzie szczęśliwsza. Albo ktoś, kto w obliczu nieuchronnego odsuwa rozpacz na później, by nie kalać nią ostatnich chwil bliskiej osoby. Albo ktoś, kto opłakawszy wygasłą miłość, wykrzyczawszy swój ból, jest gotów na nowy rozdział.
Selwyn znalazł miejsce, w którym poruszająca pieśń zdawała się dobiegać z bliska, rozejrzał się i nagle zobaczył go! Malutki, niebieski ptaszek odróżniał się na tle listowia. Zerknął na niego czarnym oczkiem i zamiast spłoszyć się na widok człowieka i odlecieć, wydał z siebie serię cichych ćwierknięć, oderwał się od gałązki i przysiadł na wyciągniętej dłoni Hannibala, który zaniemówił z wrażenia i zastygł bez ruchu, nie chcąc wystraszyć ptaszka.
Trel zdał się wejść w kulminacyjną fazę, długa, rozpaczliwa nuta sprawiła, że czarodziej wydał z siebie cichy odgłos zaskoczenia, a potem gwałtownie wciągnął powietrze, kiedy urwała się, nagle i jakby zbyt wcześnie.
Ptaszek zwiotczał i spadł z jego ręki, a Hannibal odruchowo cofnął się o krok. W nagłym zrozumieniu ukląkł przy zwierzątku, ale zatrzymał się, nie dotykając go - skulone skrzydełka, podkurczone nóżki i zamknięte oczka wystarczyły, aby nawet tak nieobyty w kwestiach przyrodniczych człowiek, jak on zorientował się, że ptaszek jest martwy.
Rozejrzał się, spłoszony. Co to mogło znaczyć?
Z oddali dobiegły go głosy. Najwyraźniej Mona i Mathilda zorientowały się, że odłączył się od nich. Ostatni raz spojrzał z żalem na ptasie truchełko, a potem wstał, odwrócił się i ruszył tam, skąd przyszedł.
Był pewien, że wraca tą samą drogą, ale przynajmniej dwa razy wlazł w pajęczynę, a kiedy próbował zetrzeć ją z twarzy, potknął się o korzeń i dosłownie wypadł na ścieżkę, upadając na dłonie i kolana, które boleśnie sobie obtłukł. Niestety, obie kobiety były już blisko i miały doskonały widok na to, jak ląduje w tej upokarzającej pozycji.
Szedł jako ostatni, sprawnością swego ciała nadrabiając brak doświadczenia w przedzieraniu się przez zarośla. Ścieżka, którą wybrały kobiety nie była co prawda prawdziwymi chaszczami, ale mieszczuchowi, jakim był Selwyn, jawiła się jako gąszcz.
Krok za krokiem. Mona i Mathilda umilkły, rozkoszując się zapewne kontaktem z naturą. Artemis jechał na ramieniu swojej pani, od czasu do czasu wysuwając rozdwojony język. Hannibal poddał się rytmowi wędrówki. Krok za krokiem. Musiał przyznać, że było coś niemal medytacyjnego w takim spacerze. Spomiędzy gałęzi dochodziły najróżniejsze odgłosy, mógł się tylko domyślać, że należące do dzikiego ptactwa - ćwierkanie, terkotanie, coś jakby… pohukiwania?..
Jeden ton przyciągnął jego uwagę. Przeciągły, rzewny trel, przywodzący na myśl irlandzkie pieśni ludowe. Selwyn zatrzymał się i odruchowo rozejrzał, poszukując źródła tego nietypowego dźwięku. Wydało mu się, że rozpoznał, z którego kierunku dochodzi, więc zszedł ze ścieżki, grzęznąc po kostki w poszyciu i przytrzymując się jakiegoś pnia dla równowagi. Kroki jego towarzyszek oddaliły się, ale nie zwrócił na to uwagi, zasłuchany w niesamowity ptasi zaśpiew.
Hannibal nie znał się na ptakach, nie czuł również potrzeby powrotu do natury, ale był wrażliwy na piękno, a tony, które słyszał były niewątpliwie piękne. Tęskne i słodkie, i smutne, jakby opiewające minione szczęśliwe chwile. Tak mógłby śpiewać ktoś, kto patrzy, jak jego ukochana układa sobie życie z kimś innym i wie, że bez niego będzie szczęśliwsza. Albo ktoś, kto w obliczu nieuchronnego odsuwa rozpacz na później, by nie kalać nią ostatnich chwil bliskiej osoby. Albo ktoś, kto opłakawszy wygasłą miłość, wykrzyczawszy swój ból, jest gotów na nowy rozdział.
Percepcja - czy dostrzegę memortka zanim umrze?
Rzut N 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
Krytyczny sukces!
Selwyn znalazł miejsce, w którym poruszająca pieśń zdawała się dobiegać z bliska, rozejrzał się i nagle zobaczył go! Malutki, niebieski ptaszek odróżniał się na tle listowia. Zerknął na niego czarnym oczkiem i zamiast spłoszyć się na widok człowieka i odlecieć, wydał z siebie serię cichych ćwierknięć, oderwał się od gałązki i przysiadł na wyciągniętej dłoni Hannibala, który zaniemówił z wrażenia i zastygł bez ruchu, nie chcąc wystraszyć ptaszka.
Trel zdał się wejść w kulminacyjną fazę, długa, rozpaczliwa nuta sprawiła, że czarodziej wydał z siebie cichy odgłos zaskoczenia, a potem gwałtownie wciągnął powietrze, kiedy urwała się, nagle i jakby zbyt wcześnie.
Ptaszek zwiotczał i spadł z jego ręki, a Hannibal odruchowo cofnął się o krok. W nagłym zrozumieniu ukląkł przy zwierzątku, ale zatrzymał się, nie dotykając go - skulone skrzydełka, podkurczone nóżki i zamknięte oczka wystarczyły, aby nawet tak nieobyty w kwestiach przyrodniczych człowiek, jak on zorientował się, że ptaszek jest martwy.
Rozejrzał się, spłoszony. Co to mogło znaczyć?
Z oddali dobiegły go głosy. Najwyraźniej Mona i Mathilda zorientowały się, że odłączył się od nich. Ostatni raz spojrzał z żalem na ptasie truchełko, a potem wstał, odwrócił się i ruszył tam, skąd przyszedł.
Był pewien, że wraca tą samą drogą, ale przynajmniej dwa razy wlazł w pajęczynę, a kiedy próbował zetrzeć ją z twarzy, potknął się o korzeń i dosłownie wypadł na ścieżkę, upadając na dłonie i kolana, które boleśnie sobie obtłukł. Niestety, obie kobiety były już blisko i miały doskonały widok na to, jak ląduje w tej upokarzającej pozycji.