12.09.2025, 21:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.09.2025, 23:30 przez Hannibal Selwyn.
Powód edycji: poprawiłam babol w końcówce :D
)
Zachichotał. “Panie Selwyn” brzmiało w ustach Mathildy prawie tak słodko, jak “Hanni”, jego ulubione zdrobnienie. Tańczyli taniec, którego kroki oboje znali. Prowokacja i niewinność. Napięcie i bliskość.
Selwyn, uwodziciel, flirciarz, gwiazdor, złote dziecko The Globe.
Quirrell, cicha, pokorna, wdzięczna za szansę, jaką jej dano. Ta dziwna dziewczyna z sennym uśmiechem i wężem pod bluzką.
Mała kusicielka.
- Na scenie… musimy współpracować... niezależnie od naszych... sympatii. Taniec to… sport drużynowy - odpowiedział nieco rozkojarzony, zajęty ugniataniem jej karku. Widział dreszcze na jej skórze. Słyszał, jak jej oddech zadrżał pod jego dotykiem. Uśmiechnął się lekko - nie oszukiwał się, że była to jego zasługa. Nie w ten sposób, w każdym razie. Rozluźnienie spiętych mięśni po prostu robiło człowiekowi takie rzeczy, zwłaszcza gdy chodziło o plecy. Znał to doskonale, choć nie miał pojęcia, jak to działa.
Mathilda jednak wydawała się poruszona. Och, to było do pewnego stopnia oczekiwane, zwłaszcza w takiej sytuacji i takim towarzystwie, choć przecież nie zrobił nic niewłaściwego.
Ale… zdawała się nieprzyzwyczajona do tego, że ktoś robił coś miłego dla niej. Prawie jakby nie wiedziała, co z tym fantem zrobić.
- Oczywiście, że warto, ma petite. Lubię sprawiać ci przyjemność - powiedział tak po prostu, ciepło i o dziwo, tym razem niemalże niewinnie.
Budziła uczucia opiekuńcze.
A z drugiej strony…
Usadowił się na krześle. Sapnął w trochę przesadzony sposób, kiedy zimna woda pociekła po jego plecach.
To zemsta za igranie ze mną, Hanni…
...z drugiej strony doskonale wiedziała, co robi. Doskonale grała. Któż mógł zgadnąć, co czaiło się w tej ślicznej główce?
Na szczęście Hannibal również znał zasady gry. I był w nią dobry.
- Ohhh, piękna i okrutna - rzekł, odchylając głowę do tyłu - Czy biedny, pokorny Merlin nie wycierpiał już dość tego wieczoru? - uśmiechnął się, leniwie zwracając na nią oczy, w których nie było cierpienia… ale nie było też złośliwości. Na jego twarzy wciąż widniały ślady krwi.
Poddał się zabiegom tancerki z cierpliwością kogoś nawykłego do usług makijażystów i charakteryzatorów. Przymknął oczy - zimna woda spływała po jego szyi, ramionach, na klatkę piersiową, gdzie mieszała się z zaschniętą czerwoną substancją. Trochę łaskotało, ale kiedy skóra przyzwyczaiła się do różnicy temperatur, albo może ściereczka ogrzała się od jego ciepła - było nawet przyjemnie. Mathilda obmywała go starannie, delikatnie, mimo wcześniejszych przekomarzanek, i podobnie, jak wcześniej w jego masażu, próżno było w tej sytuacji szukać służalczości czy podległości, jaką mogłaby trącić, gdyby chodziło o kogo innego. Można było niemal uwierzyć, że robi to, bo chce sprawić mu przyjemność. Tak po prostu.
Hannibal doskonale wiedział, że to wcale nie musi być prawda, ale postanowił tymczasowo założyć, że tak jest. Dobrze było być zaopiekowanym.
Westchnął, pozwalając sobie na moment rozluźnienia i zwykłego zmęczenia. Złożył ręce bezwładnie na swoich nagich udach. Za chwilę ubiorą się i wyjdą stąd - w błysk fleszy i blask żyrandoli, w oceniające spojrzenia, w ukłony i gratulacje, w służebny, ostrożny taniec z mecenasami, kontaktami, publicznością… za chwilę. Tę chwilę mieli dla siebie. Nie musieli być Merlinem i Ambicją. Nie musieli być nawet Selwynem i Quirrell. Mogli być Hannim i Tylką.
- Lubię cię, Tylka - mruknął, nie otwierając oczu - Wolałbym tańczyć ten układ z tobą, niż z Laurettą.