Nie chodziło o bycie skąpym, raczej o roztropne obchodzenie się ze swoimi pieniędzmi. Bo jeśli miały być wydawana na cele charytatywne to wyłącznie na takie wobec których nie miał żadnych wątpliwości. Wobec tej niejednorodnej mieszaniny jaką widział dookoła, miał całkiem sporo wątpliwości. A skoro cegiełki układały się w ten architektoniczny żart za pieniądze Longbottomów, nie potrzebował więcej dowodów na to, że zbiórka ta zasługuje na milczącą pogardę. Jego galeony, z jego woli, zdecydowanie nie powinny leżeć obok tych pochodzenia szlamolubnego, czy innych niegodziwości. A jeśli wobec tego zasłuży na miano skąpca, to znaczyło dla niego, że doskonale wypełnił swoje powinności. Czasem żałował, że nie potrafił Falować, tak jak Atreus, na przykład w tym momencie barzo żałował. Bo gdyby tylko taką zdolność posiadał, wysyłałby przyjacielowi zapętloną w nieskończoność wiadomość na najwyższych, drażniących częstotliwościach ”gówno, gówno, gówno”. Z drżącą na czubku głowy zawiścią patrzył, jak dokłada pieniądze aurora, czyli wypłatę złożoną z podatników takich jak Lestrange. W tym momencie szukał porozumienia w twarzy Caiusa, żeby chociaż w nim jednym odnaleźć pojednawcze spojrzenie, że oboje odczuwają tę samą niechęć, wobec tego samego. Skwitował to jedynie zduszonym kaszlem, tak jakby właśnie w jego nozdrza uderzył odór gównoczynności, bo charytatywność to była już żadna, jedynie smród autodefekacji przy pełnym przekonaniu, że każdy kto dorzuci coś od siebie nagle stał się lepszym, dobrotliwym czarodziejem.
Nie spodobał mu się pomysł z tym, by Cynthia od niego oddalała. Z Brenną nie miał problemu, mogła chodzić, gdzie tylko chciała, nawet w cholerę, ale niech zostawi jego gościa w spokoju. Na znak niezadowolenia z takiej racji wbił mocniej palce w talię Flint, ukrywając to pod rękawem marynarki, tak żeby tylko ona poczuła ukłucie. Nie zamierzał jednak głośno protestować, bo chyba jednak nie wypadało. Zanim jednak zdążył się jakkolwiek odezwać, to urokliwy, przyjacielski wieczorek zakłóciła najjaśniejsza gwiazda tego wieczoru. Tak jasna, że od jej blasku zmrużył oczy, wcale nie od uporczywych, aroganckich myśli. W jednej chwili Bulstrode, na jej widok i jakby od jej słów, zrobił się nieprzyjemnie czuły i zaskakująco elegancki. Aż Louvainowi przeszło przez myśl, czy aby nie pani Ekstaza to jednocześnie Eks-Ekstaza. Mimo wszystko ukłonił się w jej kierunku, kiedy przyjaciel przedstawił go i resztę załogi. - Oczekiwania są czymś potwornie przyziemnym, wobec tego czym nas uraczyłaś, droga pani. Dorzucił od siebie, pozwalając by domysły same dopowiedziały za niego, co tak naprawdę myśli o jej występie. Pieszczotliwość raczej nie byłą w jego tonie, za to cyniczny uśmieszek zgrabnie schował za kieliszkiem drinku.