14.09.2025, 00:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2025, 10:38 przez Hannibal Selwyn.)
Poniedziałek był wolnym dniem Hannibala, co oznaczało, że wpadł tylko do teatru na przymiarkę kostiumu, a potem do swojego - wciąż czarnego, jak dusza Grindelwalda i niepokojącego, jak spojrzenie dementora - mieszkania, by zapłacić potrójną stawkę szklarzowi, który za tę horrendalną kwotę (plus autograf dla córki) zgodził się przesunąć Selwyna na początek kolejki. Fachowiec zapytał, kto mu tak spierdolił wykończeniówkę, w niewybrednych słowach poskarżył się na ciągłe uczucie bycia obserwowanym i zasugerował, że nieusuwalna sadza to z pewnością zemsta Skrzaciej Mafii Miotełkowej (Czy ten wasz teatr na pewno dobrze traktuje skrzaty?), ale szybę zrobił.
Teraz Hannibal szedł ulicą w stronę wyjścia na mugolski Londyn, zastanawiając się, czy nie powinien po drodze uzupełnić zawartości lodówki Henry'ego, bo, choć był gościem, nie zamierzał go przecież objadać.
Przez rozmyślania przedarły się odgłosy zamieszania gdzieś przed nim i znajomy głos, wzywający pomocy. Hannibal gwałtownie rozejrzał się po ulicy i kilkanaście metrów przed sobą zobaczył jakiegoś - ewidentnie uciekającego - typka i goniącego go Leopolda. Ścigający (w tej chwili nawet podwójnie) wzywał do zatrzymania nieznajomego. Selwyn co prawda nie wiedział, o co chodzi, ale kumpel raczej nie urządzałby takiego zamieszania bez powodu. Nie na trzeźwo i w środku dnia, w każdym razie.
Niewiele myśląc, przesunął się nieznacznie i, gdy uciekinier już-już miał go minąć, niby przypadkowo wystawił stopę w tanecznej paradzie.
To brzmiało doskonale w teorii. Gdyby to był taniec, Hannibal znałby położenie obu nóg partnerki, a partnerka wiedziałaby, co ma robić. Ale złodziejaszek najwyraźniej nigdy nawet nie brał odpowiednich lekcji. Potrącił korpulentną kobietę, która obrzuciła go przekleństwami, w całkiem nieoczekiwany, choć nawet zgrabny sposób uskoczył z drogi jakiemuś czarodziejowi z laską i całkiem nie zauważył Hannibala, z którym znalazł się dokładnie na kursie kolizyjnym. Wpadł w niego z impetem i w plątaninie kończyn, przy wtórze złorzeczeń, bolesnych stęknięć i wystraszonych okrzyków przechodniów, wylądowali razem na chodniku.
Selwyn znalazł się na dole, z boleśnie obitym grzbietem. Uderzenie wycisnęło mu powietrze z płuc, ale zdołał złapać drugiego mężczyznę i udaremnić mu podniesienie się.
- No i jak łazisz?! - sapnął.
- Sam jak łazisz, idioto! - zawołał nieznajomy, próbując wstać, ale Hannibal złapał go za nadgarstek. Szamotanina niebezpiecznie zbliżała się do cienkiej granicy dzielącej ją od walki. Hannibal, silny, ale nienawykły do bijatyk i wcale nie reflektujący na obicie twarzy, odrobinę rozpaczliwie poszukał wzrokiem nadbiegającego Leopolda.
Teraz Hannibal szedł ulicą w stronę wyjścia na mugolski Londyn, zastanawiając się, czy nie powinien po drodze uzupełnić zawartości lodówki Henry'ego, bo, choć był gościem, nie zamierzał go przecież objadać.
Przez rozmyślania przedarły się odgłosy zamieszania gdzieś przed nim i znajomy głos, wzywający pomocy. Hannibal gwałtownie rozejrzał się po ulicy i kilkanaście metrów przed sobą zobaczył jakiegoś - ewidentnie uciekającego - typka i goniącego go Leopolda. Ścigający (w tej chwili nawet podwójnie) wzywał do zatrzymania nieznajomego. Selwyn co prawda nie wiedział, o co chodzi, ale kumpel raczej nie urządzałby takiego zamieszania bez powodu. Nie na trzeźwo i w środku dnia, w każdym razie.
Niewiele myśląc, przesunął się nieznacznie i, gdy uciekinier już-już miał go minąć, niby przypadkowo wystawił stopę w tanecznej paradzie.
Aktywność fizyczna - próbuję podstawić nogę
Rzut PO 1d100 - 19
Akcja nieudana
Akcja nieudana
To brzmiało doskonale w teorii. Gdyby to był taniec, Hannibal znałby położenie obu nóg partnerki, a partnerka wiedziałaby, co ma robić. Ale złodziejaszek najwyraźniej nigdy nawet nie brał odpowiednich lekcji. Potrącił korpulentną kobietę, która obrzuciła go przekleństwami, w całkiem nieoczekiwany, choć nawet zgrabny sposób uskoczył z drogi jakiemuś czarodziejowi z laską i całkiem nie zauważył Hannibala, z którym znalazł się dokładnie na kursie kolizyjnym. Wpadł w niego z impetem i w plątaninie kończyn, przy wtórze złorzeczeń, bolesnych stęknięć i wystraszonych okrzyków przechodniów, wylądowali razem na chodniku.
Selwyn znalazł się na dole, z boleśnie obitym grzbietem. Uderzenie wycisnęło mu powietrze z płuc, ale zdołał złapać drugiego mężczyznę i udaremnić mu podniesienie się.
- No i jak łazisz?! - sapnął.
- Sam jak łazisz, idioto! - zawołał nieznajomy, próbując wstać, ale Hannibal złapał go za nadgarstek. Szamotanina niebezpiecznie zbliżała się do cienkiej granicy dzielącej ją od walki. Hannibal, silny, ale nienawykły do bijatyk i wcale nie reflektujący na obicie twarzy, odrobinę rozpaczliwie poszukał wzrokiem nadbiegającego Leopolda.