14.09.2025, 12:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2025, 12:04 przez Robert Albert Crouch.)
Zaczęło się powoli, niemal łagodnie. Wspólny oddech, zimne powietrze, które czuł na wargach, zapraszające, choć poniekąd obce. Jak nowy smak, swego rodzaju rewolucja. Nie wiesz, że tego potrzebujesz, dopóki to wrażenie tobą nie zawładnie. Zakazany owoc, słodki i chłodny, jakby wyjęty z lodowatego strumienia. Pełen paradoksów, bo łagodniejszy niż się pierwotnie myślało, ale i w pewnym stopniu agresywny. Pragnący tak samo, a może nawet bardziej. Drapiący, kompletnie inny niż kobiecy, choć w swoim rdzeniu podobny.
Dłonie Roberta nie wiedziały, gdzie osiąść. Raz to wplatały się we włosy Montbela, przesiewały twarde kosmyki, chwytały się odrobinę kurczowo. Po chwili znajdowały się na plecach mężczyzny, na biodrach. Znów przytrzymywały się: materiału marynarki, kołnierza, w pewnym momencie jedna z nich zaczęła poszukiwać znajdującej się na pośladku kieszeni spodni (jakoś zawsze lubił ten ruch). Jego nogi drżały odrobinę, serce biło tak, że czuł je niemal w gardle. Nie była to miłość, lecz gra, pragnienie łączące się z odrobiną lęku, pokonywanego przez szarżę tej jego gryfońskiej brawury. Czy nazwałby to eksperymentem? Może... Jednak eksperymenty miały to do siebie, że nie dawały pełni potwierdzenia. Gdyby się mu nie podobało, mogłyby doznać falsyfikacji, lecz tu? Konfirmacja. Całkowita.
Nie czuł, żeby pocałunek ten był dominowany przez Gabriela. Dawniej przekonany był, że męsko-męskie relacje właśnie na tym polegają. Przepychanka, wieczna walka. Tu było inaczej. Robert był zapraszany do tej gry, raz napierając, dość bezczelnie nawet, a w drugiej chwili już topniał, odrywając się na moment, biorąc oddech, choć czuł się, jakby to bez ust Gabriela brakowało mu powietrza. Mężczyzna znakomicie całował, jakby miał za sobą całe wieki doświadczenia. Nie miał oporów ani wstydu. To pomagało Robertowi przezwyciężyć własne bariery.
Crouch poczuł, że jego własne dłonie, nad którymi powoli przestawał panować, znalazły się na klatce piersiowej Gabriela. Miał ochotę ściągnąć tę jego przeklętą marynarkę, pozbyć się własnej koszulki polo, a potem zedrzeć z siebie całą resztę. Była też inna opcja. Jego ręka znów chwyciła pasek Montbela, zimny metal zapięcia niemal poparzył go po palcach. Był ciekaw, jak to było: dotknąć mężczyzny, tak jak wcześniej zdarzało mu się dotykać jedynie kobiety. Już miał pytać, wyszeptać tą prośbę. Jego ton mógł być desperacki, jednak nie miał na pewno zamiaru wywierać na nikim presji.
Oczywiście, nie zdążył zadać tego pytania, bo nagle poczuł ukłucie. Zbyt ostre, by było ludzkie... nienaturalne.
Wtedy wątki połączyły się, a wątpliwości, które miał, wyklarowały się. Odsunął się o mały, acz znaczący krok. Pożądanie splotło się ze strachem (co za dziwna i paradoksalnie dopasowana mieszanka...).
– Ty... Jesteś wampirem, prawda? – wydusił z siebie po chwili. Instynktownie zasłonił dłonią rankę, którą stworzył Montbel. A Robert... musiał spytać. Lata spędzone w towarzystwie prawa wymagały od niego ograniczenia wszelkich domysłów na rzecz... klarownych informacji. – Wiesz, że jestem urzędnikiem państwowym. Jeśli mi coś zrobisz, czekają cię poważne konsekwencje. Nie chcesz mieć chyba aurorów na karku, prawda?
Dał się omamić. Oszukać. Był kompletnym idiotą, u którego widocznie to nie głowa decydowała o działaniach. Jak łatwo mógł zostać wywiedziony w pole? Wystarczyło tylko kilka słodkich słówek i już by się pieprzył na zimnej trawie z kim popadnie... Nawet z wampirem. Nie trzeba było żadnych uroków, by to zrobić. Wystarczyła jego własna głupota.
– Proszę... powiedz mi, że nie chciałeś zrobić ze mnie ofiary... – te słowa już nie brzmiały tak brawurowo. Łzy napłynęły do oczu, niechciane i niespodziewane. Tak się działo, gdy człowiek stał oko w oko ze śmiercią, którą sam na siebie ściągnął.
Dłonie Roberta nie wiedziały, gdzie osiąść. Raz to wplatały się we włosy Montbela, przesiewały twarde kosmyki, chwytały się odrobinę kurczowo. Po chwili znajdowały się na plecach mężczyzny, na biodrach. Znów przytrzymywały się: materiału marynarki, kołnierza, w pewnym momencie jedna z nich zaczęła poszukiwać znajdującej się na pośladku kieszeni spodni (jakoś zawsze lubił ten ruch). Jego nogi drżały odrobinę, serce biło tak, że czuł je niemal w gardle. Nie była to miłość, lecz gra, pragnienie łączące się z odrobiną lęku, pokonywanego przez szarżę tej jego gryfońskiej brawury. Czy nazwałby to eksperymentem? Może... Jednak eksperymenty miały to do siebie, że nie dawały pełni potwierdzenia. Gdyby się mu nie podobało, mogłyby doznać falsyfikacji, lecz tu? Konfirmacja. Całkowita.
Nie czuł, żeby pocałunek ten był dominowany przez Gabriela. Dawniej przekonany był, że męsko-męskie relacje właśnie na tym polegają. Przepychanka, wieczna walka. Tu było inaczej. Robert był zapraszany do tej gry, raz napierając, dość bezczelnie nawet, a w drugiej chwili już topniał, odrywając się na moment, biorąc oddech, choć czuł się, jakby to bez ust Gabriela brakowało mu powietrza. Mężczyzna znakomicie całował, jakby miał za sobą całe wieki doświadczenia. Nie miał oporów ani wstydu. To pomagało Robertowi przezwyciężyć własne bariery.
Crouch poczuł, że jego własne dłonie, nad którymi powoli przestawał panować, znalazły się na klatce piersiowej Gabriela. Miał ochotę ściągnąć tę jego przeklętą marynarkę, pozbyć się własnej koszulki polo, a potem zedrzeć z siebie całą resztę. Była też inna opcja. Jego ręka znów chwyciła pasek Montbela, zimny metal zapięcia niemal poparzył go po palcach. Był ciekaw, jak to było: dotknąć mężczyzny, tak jak wcześniej zdarzało mu się dotykać jedynie kobiety. Już miał pytać, wyszeptać tą prośbę. Jego ton mógł być desperacki, jednak nie miał na pewno zamiaru wywierać na nikim presji.
Oczywiście, nie zdążył zadać tego pytania, bo nagle poczuł ukłucie. Zbyt ostre, by było ludzkie... nienaturalne.
Wtedy wątki połączyły się, a wątpliwości, które miał, wyklarowały się. Odsunął się o mały, acz znaczący krok. Pożądanie splotło się ze strachem (co za dziwna i paradoksalnie dopasowana mieszanka...).
– Ty... Jesteś wampirem, prawda? – wydusił z siebie po chwili. Instynktownie zasłonił dłonią rankę, którą stworzył Montbel. A Robert... musiał spytać. Lata spędzone w towarzystwie prawa wymagały od niego ograniczenia wszelkich domysłów na rzecz... klarownych informacji. – Wiesz, że jestem urzędnikiem państwowym. Jeśli mi coś zrobisz, czekają cię poważne konsekwencje. Nie chcesz mieć chyba aurorów na karku, prawda?
Dał się omamić. Oszukać. Był kompletnym idiotą, u którego widocznie to nie głowa decydowała o działaniach. Jak łatwo mógł zostać wywiedziony w pole? Wystarczyło tylko kilka słodkich słówek i już by się pieprzył na zimnej trawie z kim popadnie... Nawet z wampirem. Nie trzeba było żadnych uroków, by to zrobić. Wystarczyła jego własna głupota.
– Proszę... powiedz mi, że nie chciałeś zrobić ze mnie ofiary... – te słowa już nie brzmiały tak brawurowo. Łzy napłynęły do oczu, niechciane i niespodziewane. Tak się działo, gdy człowiek stał oko w oko ze śmiercią, którą sam na siebie ściągnął.