15.09.2025, 13:16 ✶
Zimno było, śnieg padał, ściemniało się coraz bardziej, wieczór nadchodził. Zima. Przez las zasypany śniegiem, w zmroku idzie dziewczynka bosa, z gołą głową i coś niesie w fartuszku. Dlaczego bosa? To cała historia. Rano miała pantofle, stare i zniszczone, za duże na nią, stare pantofle matki…
Choć — chwila — nie, to nie ta historia. Helloise niosła w ręce porządną parę skórzanych kozaczków — więc dlaczego bosa? Otóż w Żonglerze napisali, że termoterapie dziewiczo czystym śniegiem hartują organizm, wpływają pozytywnie na odporność, krążenie, cały szereg wartości zdrowotnych. Kaptur płaszcza czarownica odrzuciła zaś, aby oglądać w świetle migoczącego płomyczka śniegowe gwiazdki osiadające na swoich lokach. Pachnący siarką dym z główki zapałki wbijał się ostrym żądłem w zamarzłe powietrze. Helloise czekała zawsze, aż ogień poliże jej palce tak, jak mróz kłuł ją ostrymi igiełkami w zaczerwienione stopy, i wtedy dopiero gasiła drewienka, jedno po drugim kruszyła je w palcach, aby uwolnić więcej zapachu. Lubiła bawić się ogniem, ogień i siarka przypominały jej dzieciństwo.
Lubiła również patrzeć w okna — na cudze dzieciństwo, dorosłość i starość. Lubiła szukać za szybami urywków barwnych, intymnych historii, lecz gdy wyszła z lasu naprzeciw szeregowi okien Lecznicy Dusz, wiedziała, że nie czekają jej bajki o ludziach. Mało było w szpitalu z ludzi.
Segregowali ich — każdego wtłaczali do strasznego mieszkania zgodnie z formą, jaką miał przyjąć. Każde okno tych strasznych mieszkań było takie samo. Szpitalna biel miała pacjenta resetować, aby mogli go od zera wytworzyć, wyprać z człowieczeństwa i wszczepić mu nową, syntetyczną głowę niezgodną z jego naturą. W każdym oknie był ten sam pacjent. Tak samo bełkotali, o tym samym bredzili. Zdrowieli. Trochę chodzili, trochę siedzieli ze zwieszonymi głuchymi łbami, ale zdrowieć najlepiej na leżąco. Zdrowieć najlepiej we śnie, we śnie, gdy nie możesz się bronić. Wtedy ich dociskali. Wiedziała to, dlatego nocą przychodziła od czasu do czasu i patrzyła w okna, aby przyłapać doktorów w chwili występku, gdy będą rozkrawać głowy i wyciągać z nich człowieka.
Trudno się dziwić, że wszyscy byli tu szaleni. Więcej godności i swobód Helloise dawała swoim kurom niż sanitariusze oferowali kuracjuszom owego przybytku.
Czarownica dreptała pod murami Lecznicy, palce u stóp siniały, nos i policzki czerwieniły się, ale była wytrwała. Wtem w jednym z okien ktoś się poruszył. Odpaliła zapałkę: ciepły pomarańczowy ognik wśród biało-burej tajemnicy zimowej nocy. Upuściła trzymane w drugiej ręce buty na śnieg, a z rękawa jej płaszcza wysunęła się różdżka, którą wiedźma wykonała krótki ruch. Coś zaskrobało w okno Lazarusa niby ostry pazur, a na szybie od zewnątrz pojawił się kreślony czarną sadzą napis:
Choć — chwila — nie, to nie ta historia. Helloise niosła w ręce porządną parę skórzanych kozaczków — więc dlaczego bosa? Otóż w Żonglerze napisali, że termoterapie dziewiczo czystym śniegiem hartują organizm, wpływają pozytywnie na odporność, krążenie, cały szereg wartości zdrowotnych. Kaptur płaszcza czarownica odrzuciła zaś, aby oglądać w świetle migoczącego płomyczka śniegowe gwiazdki osiadające na swoich lokach. Pachnący siarką dym z główki zapałki wbijał się ostrym żądłem w zamarzłe powietrze. Helloise czekała zawsze, aż ogień poliże jej palce tak, jak mróz kłuł ją ostrymi igiełkami w zaczerwienione stopy, i wtedy dopiero gasiła drewienka, jedno po drugim kruszyła je w palcach, aby uwolnić więcej zapachu. Lubiła bawić się ogniem, ogień i siarka przypominały jej dzieciństwo.
Lubiła również patrzeć w okna — na cudze dzieciństwo, dorosłość i starość. Lubiła szukać za szybami urywków barwnych, intymnych historii, lecz gdy wyszła z lasu naprzeciw szeregowi okien Lecznicy Dusz, wiedziała, że nie czekają jej bajki o ludziach. Mało było w szpitalu z ludzi.
Segregowali ich — każdego wtłaczali do strasznego mieszkania zgodnie z formą, jaką miał przyjąć. Każde okno tych strasznych mieszkań było takie samo. Szpitalna biel miała pacjenta resetować, aby mogli go od zera wytworzyć, wyprać z człowieczeństwa i wszczepić mu nową, syntetyczną głowę niezgodną z jego naturą. W każdym oknie był ten sam pacjent. Tak samo bełkotali, o tym samym bredzili. Zdrowieli. Trochę chodzili, trochę siedzieli ze zwieszonymi głuchymi łbami, ale zdrowieć najlepiej na leżąco. Zdrowieć najlepiej we śnie, we śnie, gdy nie możesz się bronić. Wtedy ich dociskali. Wiedziała to, dlatego nocą przychodziła od czasu do czasu i patrzyła w okna, aby przyłapać doktorów w chwili występku, gdy będą rozkrawać głowy i wyciągać z nich człowieka.
Trudno się dziwić, że wszyscy byli tu szaleni. Więcej godności i swobód Helloise dawała swoim kurom niż sanitariusze oferowali kuracjuszom owego przybytku.
Czarownica dreptała pod murami Lecznicy, palce u stóp siniały, nos i policzki czerwieniły się, ale była wytrwała. Wtem w jednym z okien ktoś się poruszył. Odpaliła zapałkę: ciepły pomarańczowy ognik wśród biało-burej tajemnicy zimowej nocy. Upuściła trzymane w drugiej ręce buty na śnieg, a z rękawa jej płaszcza wysunęła się różdżka, którą wiedźma wykonała krótki ruch. Coś zaskrobało w okno Lazarusa niby ostry pazur, a na szybie od zewnątrz pojawił się kreślony czarną sadzą napis:
JESTEŚ
CZŁOWIEKIEM?
Różdżka na powrót utonęła w rękawie, gdy kobieta uniosła rękę, aby pomachać nowemu pacjentowi Lecznicy Dusz.CZŁOWIEKIEM?
dotknij trawy