16.09.2025, 15:46 ✶
Robert nie pomyślał o tym, że mógłby wyjść lepszy model od tego. Była to taka miotła, która stać się miała kiedyś nie przestarzałym rupieciem, lecz klasykiem, rarytasem dla kolekcjonerów. Crouch odebrał ją od sprzedawcy, który wspaniałomyślnie zapakował skrzynkę z tym skarbem w magiczną sakwę obłożoną zaklęciem zwiększajaco-zmniejszającym. Ta wyglądała jak torba na zakupy (oczywiście z logo sklepu) nieodmienna od tych noszonych przez większość czarodziejów na ulicy. Mediolan wprowadził, jak widać, pewne udogodnienia. Robert musiał przyznać, że między tym a angielskim zawijaniem mioteł w pogięty papier była różnica niczym między niebem a ziemią. A Włoch jako kraju wcale tak często nie zachwalał.
– Skoro tak mówisz, nie zamierzam się niepotrzebnie odwoływać – zażartował w sędziowskim żargonie, który wniknął już w mowę Croucha tak, że trudno było mu się wyzbyć tychże... naleciałości. Odwołania, interpelacje, apelacje... wszystkie te słowa stały się częścią jego słownika, niemal nieodzowną. Pomogłoby chyba tylko, gdyby na zbity pysk wyleciał z Wizengamotu.
Kiedy sprzedawca wspomniał o dumnym rodzie Malfoyów, Robert zobaczył widoczne zmarkotnienie u kuzyna. Z tymi blond włosami i artystokratycznymi rysami nie dało się go pomylić z nikim innym w środowisku angielskim, ale tu? We Włoszech? Crouch rozumiał to. Czasem człowiek chciał się oderwać od spraw rodzinnych, stać się kimś anonimowym. A i bycie synem Fortinbrasa na pewno nie pomagało. Już Robert Senior był wymagającym i surowym ojcem. A Junior nie chciał sobie wyobrażać, jak to było wychowywać się pod jednym dachem z królem lodu we własnej osobie. Nawet rozmowa o dziadku mogła to przywołać.
Nie protestował, kiedy wyszli ze sklepu, jakby w lekkim pośpiechu.
– Tak, zdecydowanie. Umieram z głodu – uśmiechnął się do kuzyna i szturchnął go lekko w ramię, by choć odrobinę go rozweselić. – Podobno jeśli nie zjesz we Włoszech pizzy, spaghetti lub innego lazagne, dawni rzymscy bogowie ścigają cię, aż nie nadrobisz zaległości. Ja tam Jowiszowi narażać się nie chcę. Ubezpieczony jestem, owszem, ale jak mnie strzeli piorun, mogliby zrobić mi awanturę.
Tą durnowatą historyjkę wyssał z palca, ale Robert od wczesnych lat miał tendencję do gadania głupot, by poprawić komuś nastrój. Ile Lazarus nasłuchał się jego durnych historyjek, tego nie zliczyłby nawet najbardziej skrupulatny księgowy. Cóż, tak to jest z Gryfonami...
Zatrzymali się pod małą restauracją, której wielką zaletą było połączenie luksusowego klimatu i wystawionych na zewnątrz stolików z czerwono-białymi parasolkami. No i ten zapach... przypiekane ciasto, pomidorowy sos, przyprawy takie jak bazylia i oregano... Było w tym coś słodkiego, urzekającego, powodującego, że nawet ktoś nieszczególnie głodny będzie chciał wstąpić do środka.
– Może ta restauracja? Wygląda, jakby serwowała dobre jedzenie. I wino – zaproponował.
– Skoro tak mówisz, nie zamierzam się niepotrzebnie odwoływać – zażartował w sędziowskim żargonie, który wniknął już w mowę Croucha tak, że trudno było mu się wyzbyć tychże... naleciałości. Odwołania, interpelacje, apelacje... wszystkie te słowa stały się częścią jego słownika, niemal nieodzowną. Pomogłoby chyba tylko, gdyby na zbity pysk wyleciał z Wizengamotu.
Kiedy sprzedawca wspomniał o dumnym rodzie Malfoyów, Robert zobaczył widoczne zmarkotnienie u kuzyna. Z tymi blond włosami i artystokratycznymi rysami nie dało się go pomylić z nikim innym w środowisku angielskim, ale tu? We Włoszech? Crouch rozumiał to. Czasem człowiek chciał się oderwać od spraw rodzinnych, stać się kimś anonimowym. A i bycie synem Fortinbrasa na pewno nie pomagało. Już Robert Senior był wymagającym i surowym ojcem. A Junior nie chciał sobie wyobrażać, jak to było wychowywać się pod jednym dachem z królem lodu we własnej osobie. Nawet rozmowa o dziadku mogła to przywołać.
Nie protestował, kiedy wyszli ze sklepu, jakby w lekkim pośpiechu.
– Tak, zdecydowanie. Umieram z głodu – uśmiechnął się do kuzyna i szturchnął go lekko w ramię, by choć odrobinę go rozweselić. – Podobno jeśli nie zjesz we Włoszech pizzy, spaghetti lub innego lazagne, dawni rzymscy bogowie ścigają cię, aż nie nadrobisz zaległości. Ja tam Jowiszowi narażać się nie chcę. Ubezpieczony jestem, owszem, ale jak mnie strzeli piorun, mogliby zrobić mi awanturę.
Tą durnowatą historyjkę wyssał z palca, ale Robert od wczesnych lat miał tendencję do gadania głupot, by poprawić komuś nastrój. Ile Lazarus nasłuchał się jego durnych historyjek, tego nie zliczyłby nawet najbardziej skrupulatny księgowy. Cóż, tak to jest z Gryfonami...
Zatrzymali się pod małą restauracją, której wielką zaletą było połączenie luksusowego klimatu i wystawionych na zewnątrz stolików z czerwono-białymi parasolkami. No i ten zapach... przypiekane ciasto, pomidorowy sos, przyprawy takie jak bazylia i oregano... Było w tym coś słodkiego, urzekającego, powodującego, że nawet ktoś nieszczególnie głodny będzie chciał wstąpić do środka.
– Może ta restauracja? Wygląda, jakby serwowała dobre jedzenie. I wino – zaproponował.