20.09.2025, 19:05 ✶
Mona wstała, jak co dzień rano i się okazało, że świat pojebało.
Mona wstała, wybrała się do łazienki, kichnęła i przydzwoniła głową w szybę.
Mona zaspana powlokła się do łazienki, otuliła ramionami swój własny bezładny poranek i kichnęła tak gwałtownie, że aż przydzwoniła głową w szybę. Szkło zadźwięczało głucho, echo uderzenia rozniosło się po kafelkach. To już drugi raz w tym miesiącu.
O ile za pierwszym razem padła ofiarą halucogennego oparu, przekonana o ścigającym ją strachu, na którego lekarstwem okazała się być pierwsza miłość jej życia — Icarus Prewett, tak za drugim razem kichnięcie i wylądowanie twarzy w pękniętym lustrze wołało o pomstę do niebios. Na upartego tamto zdarzenie było prawie poezją samą w sobie, katharsis podszytym dotykiem bogów, którzy szeptali, że nie istniała samotność, której nie złagodziłaby obecność drugiego człowieka.
Drugi raz okazał się znacznie mniej romantyczny, a bardziej bolesny w swojej zwyczajności. To nie było tak, że przez dwa tygodnie zdążyła uwierzyć, iż Icarus zawsze wyciągał ją z opresji. Bardziej chodziło o to, że wrosła w jego obecność. Lubiła ciepły ciężar kogoś, kto po prostu był obok pod postacią rozrzuconych manuskryptów, narzędzi zapomnianych na parapecie, koszul zarzuconych na oparciu krzesła. Dlatego właśnie, gdy nagle zastała pustkę, a mieszkanie zdawało się odpychać ciszą, poczuła w piersi znajomy ucisk paniki.
W całym rozgardiaszu, wyleciała z mieszkania na klatkę schodową kamienicy, a z niej prosto na dobrze znaną przez każdego Aleję Horyzontalną bez protezy na prawym ramieniu. Zdążyła ze sobą natomiast zgarnąć płaszcz. Nie było po nim śladu. Przecież nie mógł tak po prostu wybyć bez słowa!
Rowle zamrugała, kiedy objęły ją, a następnie przyciągnęły do siebie ramiona Anthony’ego Shafiqa. Słodziutka persona londyńskich salonów, ulubieniec miejskich plakatów, a zarazem duch, który od dawna przewijał się przez dzieje jej rodziny. Rezerwaty, koneksje matki, ministerialne korytarze — wszędzie tam jego nazwisko miało swoje miejsce, a on sam zawsze pozostawał nieodłącznym elementem gry, czasem sprzymierzeńcem, rzadziej cieniem protekcji.
Kiedy ostatnim razem widziała go prawdziwego? Nie widziała go chyba od… lipca? Chwilę czasu na pewno poświęcił jej, kiedy stawił się za nią przed bratem jej ojca, odgonił stażystę, który jej się naprzykrzał, aby sama Mona nie miała większych problemów w pracowniczym środowisku. Miała wrażenie, że od tamtego czasu minęła wieczność. Jakby zniknął z jej orbity.
Kobieta nie wiedziała, czy przyciągał ją do siebie, żeby ochronić, czy po prostu, żeby uciszyć własne wyrzuty sumienia, więc trwała w tym bezpiecznym półuścisku, słuchając mamrotania w swoje rude włosy. ,,Musimy znaleźć wyjście… wiem, co zrobić w Kairze… targ…'' Drogę… dokąd?
— Anthony? Co robisz tutaj o tak wczesnej porze? — bąknęła, wyplotła się lekko z jego ramion, mimo żejeszcze czuła ciężar tego uścisku na barkach. — Wszystko w porządku? Co się dzieje?
Lewa to prawa, prawa to lewa. Być może moc zaczarowanego lustra nie sięgała aż tak daleko, że nanieść na nią samą zmiany.
Mona wstała, wybrała się do łazienki, kichnęła i przydzwoniła głową w szybę.
Mona zaspana powlokła się do łazienki, otuliła ramionami swój własny bezładny poranek i kichnęła tak gwałtownie, że aż przydzwoniła głową w szybę. Szkło zadźwięczało głucho, echo uderzenia rozniosło się po kafelkach. To już drugi raz w tym miesiącu.
O ile za pierwszym razem padła ofiarą halucogennego oparu, przekonana o ścigającym ją strachu, na którego lekarstwem okazała się być pierwsza miłość jej życia — Icarus Prewett, tak za drugim razem kichnięcie i wylądowanie twarzy w pękniętym lustrze wołało o pomstę do niebios. Na upartego tamto zdarzenie było prawie poezją samą w sobie, katharsis podszytym dotykiem bogów, którzy szeptali, że nie istniała samotność, której nie złagodziłaby obecność drugiego człowieka.
Drugi raz okazał się znacznie mniej romantyczny, a bardziej bolesny w swojej zwyczajności. To nie było tak, że przez dwa tygodnie zdążyła uwierzyć, iż Icarus zawsze wyciągał ją z opresji. Bardziej chodziło o to, że wrosła w jego obecność. Lubiła ciepły ciężar kogoś, kto po prostu był obok pod postacią rozrzuconych manuskryptów, narzędzi zapomnianych na parapecie, koszul zarzuconych na oparciu krzesła. Dlatego właśnie, gdy nagle zastała pustkę, a mieszkanie zdawało się odpychać ciszą, poczuła w piersi znajomy ucisk paniki.
W całym rozgardiaszu, wyleciała z mieszkania na klatkę schodową kamienicy, a z niej prosto na dobrze znaną przez każdego Aleję Horyzontalną bez protezy na prawym ramieniu. Zdążyła ze sobą natomiast zgarnąć płaszcz. Nie było po nim śladu. Przecież nie mógł tak po prostu wybyć bez słowa!
Rowle zamrugała, kiedy objęły ją, a następnie przyciągnęły do siebie ramiona Anthony’ego Shafiqa. Słodziutka persona londyńskich salonów, ulubieniec miejskich plakatów, a zarazem duch, który od dawna przewijał się przez dzieje jej rodziny. Rezerwaty, koneksje matki, ministerialne korytarze — wszędzie tam jego nazwisko miało swoje miejsce, a on sam zawsze pozostawał nieodłącznym elementem gry, czasem sprzymierzeńcem, rzadziej cieniem protekcji.
Kiedy ostatnim razem widziała go prawdziwego? Nie widziała go chyba od… lipca? Chwilę czasu na pewno poświęcił jej, kiedy stawił się za nią przed bratem jej ojca, odgonił stażystę, który jej się naprzykrzał, aby sama Mona nie miała większych problemów w pracowniczym środowisku. Miała wrażenie, że od tamtego czasu minęła wieczność. Jakby zniknął z jej orbity.
Kobieta nie wiedziała, czy przyciągał ją do siebie, żeby ochronić, czy po prostu, żeby uciszyć własne wyrzuty sumienia, więc trwała w tym bezpiecznym półuścisku, słuchając mamrotania w swoje rude włosy. ,,Musimy znaleźć wyjście… wiem, co zrobić w Kairze… targ…'' Drogę… dokąd?
— Anthony? Co robisz tutaj o tak wczesnej porze? — bąknęła, wyplotła się lekko z jego ramion, mimo żejeszcze czuła ciężar tego uścisku na barkach. — Wszystko w porządku? Co się dzieje?
Lewa to prawa, prawa to lewa. Być może moc zaczarowanego lustra nie sięgała aż tak daleko, że nanieść na nią samą zmiany.
jaskółka, czarny brylant,
wrzucony tu przez diabła
wrzucony tu przez diabła