21.09.2025, 20:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2025, 07:44 przez Anthony Shafiq.)
Jej głos sprawił, że przycisnął ją jeszcze mocniej. Najpierw Jasper, teraz słodka i niewinna Mona. Dlaczego takie klątwy dotykały tak dobre, nieskalane mrokiem dusze? Ucałował jej czoło, przydając tym gestem i sobie nieco pewności siebie. Musiał się trzymać, musiał nie myśleć o konsekwencjach. Na czarnym lądzie, jeśli do świtu nie znalazłoby się drogi wyjścia, już nigdy nie opuszczało się tej okrutnej ziemi. Tu mieli nieco więcej czasu, rzecz w końcu wydarzyła się rano. Tuż po świcie...
Wolną ręką odgarnął kosmyk z jej czoła, stalowymi oczyma lustrując młodziutką i piękną twarz czystokrwistej czarodziejki.
– Nie jesteśmy w naszym świecie, tylko jego lustrzanym odbiciu. W Egipcie ta klątwa bywa bardzo śmiertelna... ten świat nieco różni się od tego w którym byłem co prawda, ale... – nagle umilkł, dostrzegła, że jego oczy na moment tylko obejrzały się za nią, wróciły do twarzy i znów powróciły do punktu za jej plecami.
– Qu'est-ce que... – wyszło z pomiędzy jego zszokowanych warg i jakby był w transie ruszył przed siebie, zagarniając ją wciąż objęciem, otulając opiekuńczym skrzydłem, to trochę wspierając niczym ślepy Edyp na swojej umiłowanej córce Electrze. Chociaż nie, nie jak Edyp, bo zdecydowanie nie był ślepy. Jego stalowe oczy utkwione były w soczystych pomarańczem (dla niego burych jak przegnite liście) plakatach. anilreM azatskE – wieścił napis dość łatwy do przeczytania i to nie byłoby aż takim zaskoczeniem, bo afisze powoli acz skutecznie pokrywały Magiczny Londyn, a oni w porannym otępieniu spotkali się u podnóży schodów prowadzących do znamienitego The Globe, czy może raczej ebolGehT. Nie nazwa miejsca przyciągnęła jednak wzrok Shafiqa. Chodziło o profil artysty wcielającego się w rolę tytułową. Profil, który Anthony rozpoznałby choćby widział czarny obrys w teatrze cieni, choćby dotykiem miał w dłoniach niewielką broszę z kameą.
– Jonathan...? – przełknął boleśnie ślinę, nie rozumiejąc za bardzo co się dzieje. Tamten świat, przeklęty świat, pełen był widm, umęczonych dusz snujących się po pozbawionych wody ogrodach, pełen dżinów, ifrytów i złośliwych duchów. Ten zaś posiadał coś o wiele gorszego... – Jonathan, który nigdy nie podjął pracy w Ministerstwie. – rozwinął nieco myśl wyciągając dłoń by dotknąć plakatu, jakby musiał się przekonać, że to prawda, choć może nie było to najmądrzejsze skoro miał u boku jego kuzynkę. Mona raczej nie wiedziała o ich sytuacji, przynajmniej on nie rozmawiał z nią o tym. Na bogów, Londyn spłonął, już nie miałby co robić tylko utyskiwać ludziom na temat utraconej przyjaźni osoby, z którą był zmuszony dzielić biuro. Cóż, widać w tym świecie nie było to problemem.
Wolną ręką odgarnął kosmyk z jej czoła, stalowymi oczyma lustrując młodziutką i piękną twarz czystokrwistej czarodziejki.
– Nie jesteśmy w naszym świecie, tylko jego lustrzanym odbiciu. W Egipcie ta klątwa bywa bardzo śmiertelna... ten świat nieco różni się od tego w którym byłem co prawda, ale... – nagle umilkł, dostrzegła, że jego oczy na moment tylko obejrzały się za nią, wróciły do twarzy i znów powróciły do punktu za jej plecami.
– Qu'est-ce que... – wyszło z pomiędzy jego zszokowanych warg i jakby był w transie ruszył przed siebie, zagarniając ją wciąż objęciem, otulając opiekuńczym skrzydłem, to trochę wspierając niczym ślepy Edyp na swojej umiłowanej córce Electrze. Chociaż nie, nie jak Edyp, bo zdecydowanie nie był ślepy. Jego stalowe oczy utkwione były w soczystych pomarańczem (dla niego burych jak przegnite liście) plakatach. anilreM azatskE – wieścił napis dość łatwy do przeczytania i to nie byłoby aż takim zaskoczeniem, bo afisze powoli acz skutecznie pokrywały Magiczny Londyn, a oni w porannym otępieniu spotkali się u podnóży schodów prowadzących do znamienitego The Globe, czy może raczej ebolGehT. Nie nazwa miejsca przyciągnęła jednak wzrok Shafiqa. Chodziło o profil artysty wcielającego się w rolę tytułową. Profil, który Anthony rozpoznałby choćby widział czarny obrys w teatrze cieni, choćby dotykiem miał w dłoniach niewielką broszę z kameą.
– Jonathan...? – przełknął boleśnie ślinę, nie rozumiejąc za bardzo co się dzieje. Tamten świat, przeklęty świat, pełen był widm, umęczonych dusz snujących się po pozbawionych wody ogrodach, pełen dżinów, ifrytów i złośliwych duchów. Ten zaś posiadał coś o wiele gorszego... – Jonathan, który nigdy nie podjął pracy w Ministerstwie. – rozwinął nieco myśl wyciągając dłoń by dotknąć plakatu, jakby musiał się przekonać, że to prawda, choć może nie było to najmądrzejsze skoro miał u boku jego kuzynkę. Mona raczej nie wiedziała o ich sytuacji, przynajmniej on nie rozmawiał z nią o tym. Na bogów, Londyn spłonął, już nie miałby co robić tylko utyskiwać ludziom na temat utraconej przyjaźni osoby, z którą był zmuszony dzielić biuro. Cóż, widać w tym świecie nie było to problemem.