22.09.2025, 19:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.09.2025, 19:29 przez Robert Albert Crouch.)
No właśnie. Na co chciał wróżyć? Na przystojnego wampira, o którym nie miał zamiaru nikomu mówić? Na pewno nie. A może na sprawy państwowe? Może... choć wydawało się to odrobinę niepoważne powierzać coś tak odpowiedzialnego herbacianym fusom. Na miłość nie było co wróżyć, bo w Roberta życiu ta już dawno wygasła. Jak dziecinne marzenie, które spotkało się z brutalną rzeczywistością.
Nie, Robercie, nie będziesz graczem w Quidditcha.
Nie, Robercie, żaden twój związek nie będzie udany.
Nie, Robercie, nigdy nie zostaniesz Ministrem Magii.
I tym podobne. Ot wszystko wypowiedziane głosem, który w połowie przypominał ojcowski, w połowie jego własny. Oczywiście poza ostatnim zdaniem. Nie, tamto wypowiadało kilka osób. Lorien, Jenkins, ciotka Samantha... a gdzieś tam w tle stary, wredny Jeremy Slughorn, nienawidzący wszystkiego, co młode. Wszyscy ci ludzie zatrzymywali Roberta, blokowali jego potencjał. Koniec z tym. Slughornowi się nie udało, na tym blokowaniu skończył marnie. Opozycja nie była nie do zdarcia.
– Ja wróżę na karierę. Żadnej miłości – rzekł Robert, starając się powstrzymać gorycz, którą wyczuwał w tych słowach. Nie udało się, bo potem nadeszły następne. – Bo czuję, że w tym drugim los dla mnie nic nie przygotowuje. A w pracy... widzę jakąś nadzieję.
Zalał herbatę, wypił ją trochę za szybko. Na szczęście skrzat domowy odrobinę ją wystudził. Robertowi udało się więc nie poparzyć własnego ciętego jęzora. Fusy natomiast przybrały... coś w rodzaju kształtu. Crouch aż nachylił się nad filiżanką, choć nie mógł robić tego za długo przez mdłości.
Przyjrzał się temu, co pojawiło się w jego szklance, usilnie skoncentrował się na przypomnieniu sobie lekcji wróżbiarstwa w czasach szkolnych, aż wreszcie... skojarzenie pojawiło się. Nie pamiętał oczywiście znaczenia tegoż symbolu, ale wyraźnie widział, czym on był.
– Lampa... Czy może oznaczać... czas oświecenia? Że moja kariera rozświetli się i... no... będzie jasno świecić? – kolejna szklaneczka whisky nie pomogła w klarownym myśleniu, ale ta pozytywna myśl wywołała u Roberta szczere zadowolenie. Uśmiechnął się i szturchnął ramieniem Jonathana. – Patrz, chyba coś się jednak uda, co? No nieźle. Los jednak sprzyja tym zaradnym, co nie? Ale dobra – Robert zatarł ręce. – Zobaczcie swoje.
Nie, Robercie, nie będziesz graczem w Quidditcha.
Nie, Robercie, żaden twój związek nie będzie udany.
Nie, Robercie, nigdy nie zostaniesz Ministrem Magii.
I tym podobne. Ot wszystko wypowiedziane głosem, który w połowie przypominał ojcowski, w połowie jego własny. Oczywiście poza ostatnim zdaniem. Nie, tamto wypowiadało kilka osób. Lorien, Jenkins, ciotka Samantha... a gdzieś tam w tle stary, wredny Jeremy Slughorn, nienawidzący wszystkiego, co młode. Wszyscy ci ludzie zatrzymywali Roberta, blokowali jego potencjał. Koniec z tym. Slughornowi się nie udało, na tym blokowaniu skończył marnie. Opozycja nie była nie do zdarcia.
– Ja wróżę na karierę. Żadnej miłości – rzekł Robert, starając się powstrzymać gorycz, którą wyczuwał w tych słowach. Nie udało się, bo potem nadeszły następne. – Bo czuję, że w tym drugim los dla mnie nic nie przygotowuje. A w pracy... widzę jakąś nadzieję.
Zalał herbatę, wypił ją trochę za szybko. Na szczęście skrzat domowy odrobinę ją wystudził. Robertowi udało się więc nie poparzyć własnego ciętego jęzora. Fusy natomiast przybrały... coś w rodzaju kształtu. Crouch aż nachylił się nad filiżanką, choć nie mógł robić tego za długo przez mdłości.
Rzut Symbol 1d258 - 113
Lampa (bezwartościowe zajęcie)
Lampa (bezwartościowe zajęcie)
Przyjrzał się temu, co pojawiło się w jego szklance, usilnie skoncentrował się na przypomnieniu sobie lekcji wróżbiarstwa w czasach szkolnych, aż wreszcie... skojarzenie pojawiło się. Nie pamiętał oczywiście znaczenia tegoż symbolu, ale wyraźnie widział, czym on był.
– Lampa... Czy może oznaczać... czas oświecenia? Że moja kariera rozświetli się i... no... będzie jasno świecić? – kolejna szklaneczka whisky nie pomogła w klarownym myśleniu, ale ta pozytywna myśl wywołała u Roberta szczere zadowolenie. Uśmiechnął się i szturchnął ramieniem Jonathana. – Patrz, chyba coś się jednak uda, co? No nieźle. Los jednak sprzyja tym zaradnym, co nie? Ale dobra – Robert zatarł ręce. – Zobaczcie swoje.