22.09.2025, 21:35 ✶
To mogłoby być naprawdę dobre dla nich. Dla tego, co ostało się z cokolwiek kiedyś pomiędzy nimi było. A było wiele. Przynajmniej to powtarzała sobie kobieta, kiedy kilka miesięcy temu wróciła z plaży w Devon, na której udało im się spotkać. No i pokłócić.
Ale teraz może nawet zgodziłby się zostać na noc? Może zjedliby coś razem w kuchni. Może Tessa odkopałaby jego stare ubrania z pudła z tyłu szafy, żeby mógł przebrać się w coś czystego. Mógłby spać w pokoju gościnnym. Albo zasnęliby obok siebie na kanapie, a ranek zawitałby za oknem zdecydowanie zbyt szybko. Nie zapalaliby ognia w kominku. Nie tej nocy.
Ale nie było im dane poznać czy to gdyby stało się faktycznie realne.
To byli w końcu oni.
— Nie… — Nie mogła krzyczeć. Nie miała sił. Ale jednak… — Nie!
Bo ogień nie płonął obok, ogień nie trawił tylko stropu ich domu i nie zwęglał powoli tapet w środku, które zwijały się w popielne rulony. Czuła ogień pod skórą. Czuła go w gardle, czuła go w palcach, które szybko sięgnęły do różdżki i czuła go w piersi; w sercu, które teraz płonęło żywym gniewem.
Jej… ich dom pożerał ogień. Czarny ogień. Ogień przyniesiony osobiście przez Śmierciożerców na cisowej pochodni. Ogień, którym zajęli cały Londyn i dolinę Godryka. Nie mogła pozwolić, aby pochłonął również jedyne miejsce, w którym kiedykolwiek czuła się bezpiecznie.
Rzuciła się zaraz za Woodym i machnęła ramieniem na tyle mocno, że magiczna gałązka wręcz przecięła powietrze. Chwilowy ból w nadgarstku został zaraz przyćmiony przez adrenalinę powoli huczącą w uszach i nie pozwalają skupić się na niczym innym, jak tylko na ogniu. Myślała, że tutaj będzie lepiej. Że wrócą razem do domu. W końcu.
Złapała płomienie w kolejnym, jeszcze gwałtowniejszym ruchu różdżki i zmiotła je w bok, aby rozwiały się chmurą zimnych iskier i zniknęły w nocnym powietrzu. Spopielony muślin jej bluzki zaszeleścił, kiedy zatrzymała się przed drzwiami wejściowymi i sapnęła z bezradności.
Pamiętała jak Woodrow przenosił ją przez ten próg wiele lat wcześniej. Pamiętała jak upierał się, że muszą to zrobić. I tak jak początkowo niechcący nadepnął jej na welon, a potem ona przypadkowo uszczypnęła go w pierś, chcąc zdjąć mu kwiaty, przypięte do butonierki, weszli do domu razem, śmiejąc się.
— Clemens! — zawołała ze ściśniętym gardłem, starając się przekrzyczeć zarówno swój strach, jak i płomienie, tańczące w oknach domu. Zdołała wykrztusić jedynie: Dach!
I sama cofnęła się, szurając butami o oprószoną popiołem trawę. Podniosła różdżkę, a wraz z nią rękę, aby potem ponownie spróbować rozproszyć żar powoli zżerający strop.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Ale teraz może nawet zgodziłby się zostać na noc? Może zjedliby coś razem w kuchni. Może Tessa odkopałaby jego stare ubrania z pudła z tyłu szafy, żeby mógł przebrać się w coś czystego. Mógłby spać w pokoju gościnnym. Albo zasnęliby obok siebie na kanapie, a ranek zawitałby za oknem zdecydowanie zbyt szybko. Nie zapalaliby ognia w kominku. Nie tej nocy.
Ale nie było im dane poznać czy to gdyby stało się faktycznie realne.
To byli w końcu oni.
— Nie… — Nie mogła krzyczeć. Nie miała sił. Ale jednak… — Nie!
Bo ogień nie płonął obok, ogień nie trawił tylko stropu ich domu i nie zwęglał powoli tapet w środku, które zwijały się w popielne rulony. Czuła ogień pod skórą. Czuła go w gardle, czuła go w palcach, które szybko sięgnęły do różdżki i czuła go w piersi; w sercu, które teraz płonęło żywym gniewem.
Jej… ich dom pożerał ogień. Czarny ogień. Ogień przyniesiony osobiście przez Śmierciożerców na cisowej pochodni. Ogień, którym zajęli cały Londyn i dolinę Godryka. Nie mogła pozwolić, aby pochłonął również jedyne miejsce, w którym kiedykolwiek czuła się bezpiecznie.
Rzuciła się zaraz za Woodym i machnęła ramieniem na tyle mocno, że magiczna gałązka wręcz przecięła powietrze. Chwilowy ból w nadgarstku został zaraz przyćmiony przez adrenalinę powoli huczącą w uszach i nie pozwalają skupić się na niczym innym, jak tylko na ogniu. Myślała, że tutaj będzie lepiej. Że wrócą razem do domu. W końcu.
Złapała płomienie w kolejnym, jeszcze gwałtowniejszym ruchu różdżki i zmiotła je w bok, aby rozwiały się chmurą zimnych iskier i zniknęły w nocnym powietrzu. Spopielony muślin jej bluzki zaszeleścił, kiedy zatrzymała się przed drzwiami wejściowymi i sapnęła z bezradności.
Pamiętała jak Woodrow przenosił ją przez ten próg wiele lat wcześniej. Pamiętała jak upierał się, że muszą to zrobić. I tak jak początkowo niechcący nadepnął jej na welon, a potem ona przypadkowo uszczypnęła go w pierś, chcąc zdjąć mu kwiaty, przypięte do butonierki, weszli do domu razem, śmiejąc się.
— Clemens! — zawołała ze ściśniętym gardłem, starając się przekrzyczeć zarówno swój strach, jak i płomienie, tańczące w oknach domu. Zdołała wykrztusić jedynie: Dach!
I sama cofnęła się, szurając butami o oprószoną popiołem trawę. Podniosła różdżkę, a wraz z nią rękę, aby potem ponownie spróbować rozproszyć żar powoli zżerający strop.
Nasze ratowanie domu opiera się na tych oto rzutach.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you