24.09.2025, 15:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2026, 09:27 przez Hannibal Selwyn.)
- Jak on to zrobił, myślałem, że tylko podpieprzył ci portfel i spierdalał? - zapytał Hannibal, zaglądając Leopoldowi przez ramię, jakby była szansa na to, że magicznie ujrzy brakującą kartę - Może da się ją odkupić? Nie ma w Londynie jakichś… kiermaszy dla pasjonatów, czy coś?
Na mugolskich pchlich targach można było dostać wszystko - od płyt gramofonowych poprzez biżuterię i ubrania, aż po meble, no ale kart z czekoladowych żab raczej tam nie było.
I to jeszcze z autografem. Przyszło mu jednak do głowy, że taki unikat może za jakiś czas wypłynąć na… hm, czy istniał czarny rynek kart z wizerunkami czarodziejów?
Kiedy Barker radośnie przystał na wieczorne spotkanie, Selwyn uśmiechnął się szeroko. Tylko się przygotuj brzmiało, jak wyzwanie. Następnego dnia musiał stawić się w teatrze dopiero po południu - pełno czasu, żeby wytrzeźwieć.
- Kocioł? - zapytał, wskazując głową w kierunku lokalu - Zdaje się, że i tak szedłeś w tamtym kierunku.
Wnętrze Dziurawego Kotła było pustawe i jakby cichsze, niż zwykle. Z głośników leciał czarodziejski przebój lata, rozpaczliwie próbując sprawiać wrażenie, że wszystko wróciło do normy.
Było na to za wcześnie, ale odwiedzający pub tgo właśnie poszukiwali - poczucia stałości, zwykłości, czegoś bezpiecznego i znajomego. Udawali więc, że jedno z okien wcale nie jest zaklejone dyktą w miejsce wybitej szyby, a za progiem - i tym wiodącym do magicznego świata, i tym do mugolskiego - nie czyhają na każdym kroku pamiątki niedawnej pożogi. Mimo wszystko, temat powracał - w rozmowach, w ciężkich westchnieniach i niespokojnych spojrzeniach. Iluzja była cienka, jak papier.
Hannibal zagłębił się w nią, jak w scenę w teatralnej sztuce - która, jak zresztą każda scena, mogła tylko zyskać na dodaniu do niej Selwyna. Usiadł przy barze i zamówił - przewrotnie - piwo kremowe. Uśmiechnął się tylko, widząc uniesioną brew barmana. Owszem, żaden to alkohol, ale nie chciał dawać nieuczciwej przewagi kumplowi. W końcu, o ile się orientował, w sporcie za falstart groziła dyskwalifikacja.
Odwrócił się przodem do sali i czekał, niedbale, ale malowniczo rozsiadłszy się na wysokim stołku, oparty plecami o bar, sącząc pienisty nie-do-końca-trunek z kufla. Ze swojego miejsca miał doskonały widok na oba wejścia i na kominek.
Na mugolskich pchlich targach można było dostać wszystko - od płyt gramofonowych poprzez biżuterię i ubrania, aż po meble, no ale kart z czekoladowych żab raczej tam nie było.
I to jeszcze z autografem. Przyszło mu jednak do głowy, że taki unikat może za jakiś czas wypłynąć na… hm, czy istniał czarny rynek kart z wizerunkami czarodziejów?
Kiedy Barker radośnie przystał na wieczorne spotkanie, Selwyn uśmiechnął się szeroko. Tylko się przygotuj brzmiało, jak wyzwanie. Następnego dnia musiał stawić się w teatrze dopiero po południu - pełno czasu, żeby wytrzeźwieć.
- Kocioł? - zapytał, wskazując głową w kierunku lokalu - Zdaje się, że i tak szedłeś w tamtym kierunku.
wieczorem
Wnętrze Dziurawego Kotła było pustawe i jakby cichsze, niż zwykle. Z głośników leciał czarodziejski przebój lata, rozpaczliwie próbując sprawiać wrażenie, że wszystko wróciło do normy.
Było na to za wcześnie, ale odwiedzający pub tgo właśnie poszukiwali - poczucia stałości, zwykłości, czegoś bezpiecznego i znajomego. Udawali więc, że jedno z okien wcale nie jest zaklejone dyktą w miejsce wybitej szyby, a za progiem - i tym wiodącym do magicznego świata, i tym do mugolskiego - nie czyhają na każdym kroku pamiątki niedawnej pożogi. Mimo wszystko, temat powracał - w rozmowach, w ciężkich westchnieniach i niespokojnych spojrzeniach. Iluzja była cienka, jak papier.
Hannibal zagłębił się w nią, jak w scenę w teatralnej sztuce - która, jak zresztą każda scena, mogła tylko zyskać na dodaniu do niej Selwyna. Usiadł przy barze i zamówił - przewrotnie - piwo kremowe. Uśmiechnął się tylko, widząc uniesioną brew barmana. Owszem, żaden to alkohol, ale nie chciał dawać nieuczciwej przewagi kumplowi. W końcu, o ile się orientował, w sporcie za falstart groziła dyskwalifikacja.
Odwrócił się przodem do sali i czekał, niedbale, ale malowniczo rozsiadłszy się na wysokim stołku, oparty plecami o bar, sącząc pienisty nie-do-końca-trunek z kufla. Ze swojego miejsca miał doskonały widok na oba wejścia i na kominek.