23.09.2025, 22:38 ✶
Ciężko śniło się pod Knieją, szczególnie od kiedy Helloise zbliżyła się do niej za bardzo. Nocami czuwała teraz półprzytomnie pod cieniutką, dziurawą warstwą snu. Spoglądała przez szkło karafki na mętną nalewkę opium z rosnącym wstrętem. Samo wspomnienie gorzkiego smaku na języku sprawiało, że czuła się bardziej i bardziej wycieńczona, ale brała-brała-brała, żeby przetrwać w tym wyklętym domu. Brała laudanum, brała eliksiry na bezsenność — byleby uszczknąć głębszego snu.
Dużo leżała, a gdy wstawała, wpadała prosto w rozwleczone po chatce robótki. Kontynuowała tę z nich, o którą akurat się potknęła. Pracowała, dopóki nie brakło jej energii. Czasem szła dalej, do kolejnego małego projektu, a czasem zalegała godzinami tam, gdzie akurat dopadła ją niemoc. Lepiej jej było poza domem, choć nie pamiętała, ile dokładnie w ostatnich dniach z niego wychodziła. Dni nieznośnie rozlewały się i wpływały jeden w drugi, przenikając się nawzajem. Dostrzegała upływ czasu jedynie przez to, że wyczekiwała Mabon.
Leżąc, dobrze postrzegało się niebo. To na tym porannym niebie, gdy Helloise leżała uziemiona w sennym odrętwieniu na wysłużonej kanapie w swojej pracowni, pojawił się ptak niosący na skrzydłach sen o szkole zakopany głęboko w bezdennej otchłani jej głowy. Niebo nad błoniami Hogwartu nie różniło się niczym od nieba nad Doliną, szczególnie gdy zagościła na nim ta ptaszyna wyfruwającą z obłoku wspomnienia.
Zawsze tak bardzo zazdrościła jej skrzydeł. Zazdrościła jej klątwy, bo obserwując ją z zewnątrz, widziała w tym przekleństwie wolność. To powinna być ona. Crouch przecież tak dobrze odnajdowała się w świecie czarodziejów, w którym Rowle nie potrafiła żyć. Gdy Helloise siłą wciskano w świat, Lorien ów świat miał być siłą odebrany.
Czy to nastoletnia Lorien Crouch wystrojona w futerko z pufków była wilgowronem, którego Helloise odnalazła tego ranka na niebie? Właściwie nie miało to znaczenia. Domek na kurzej stopie przyjąłby każdego ptaka. Łaknął ptaków, bo wszystkie zniknęły.
Podwórze było martwe, drzwi kurnika smętnie wyłamane. Okno, przez które zaglądał wilgowron, otwierało widok na zabałaganioną pracownię kniejowej wiedźmy. Nie było tam żadnego drapieżnika, chyba że wliczyć ległą na kanapowych poduchach czarownicę w wymiętych szatach. W pomieszczeniu aż ciemniało od podwieszanych pod sufitem na różnych wysokościach roślin. Ścianę naprzeciw okna porastała gęsto hoja pnąca się po kracie. Mięsiste liście błyszczały od miodu wypływającego z białych kwiatków. Pozostałe drewniane ściany pokryte były nieregularnymi, rozmazanymi plamami węgla. Były dość świeże, czas zatarłby je, gdyby tak nie było. Na niektórych ścianach poprzypinano oprócz tego pinezkami zapisane karteczki, wśród nich była mapa północnego nieba, na której najjaśniej lśnił Saturn. W centrum pracowni ustawiono spory stół roboczy, lecz nie ograniczał on bynajmniej samej przestrzeni roboczej. Łatwo było tu wdepnąć w stos szkiców i fruwających luzem notatek, potknąć się o nóż czy dłuto, kopnąć puszkę farby bądź pustą donicę, zaplątać się w rzucony luźno sznur, potrącić wór nawozu lub ziemi. W kącie stały nawet grabie, a nadgorliwy doliczyłby się z pięciu upchniętych gdzie bądź łopatek ogrodniczych (z czego jedna wygięta tak, że nie nadawała się już do niczego). Pod stopami chrupało ziarno. Wędrowne ptaki miały w czym ucztować.
Gdy wilgowron zażądał uwagi, Helloise przeniosła na niego mętne spojrzenie i uśmiechnęła się niemrawo — nie była nieszczera, po prostu trochę… powolna. Spłynęła z kanapy na podłogę i stamtąd dopiero wstała, aby podejść do okna. Wobec przestrzeni osobistej ptaków okazywała więcej szacunku niż wobec tej ludzi. Zbliżała się więc stopniowo i dopiero gdy zobaczyła, że ptaszek nie ucieka, wyciągnęła palec, żeby pogładzić małą ptasią główkę. Wyciągnęła do swojego gościa złożone ręce, aby sam zdecydował, czy chce z nich skorzystać, a gdy cienkie nóżki wskakującego wilgowrona połaskotały jej nadgarstki, można by odnieść wrażenie, że pojaśniała.
Odgarnęła z fragmentu stołu bałagan i tam usadziła ptaszynę. Zawsze miała dla pierzastych gości ziarna w kieszeniach sukni, więc już po chwili ptaszek mógł przebierać wśród obfitości wysypanych przed nim zbożowych przekąsek. Zaoferowano mu również spodeczek napełniony wodą z konewki.
— Deszczówka.
Helloise uklękła przy stole, opierając podbródek o ręce złożone płasko na blacie, i rozmarzona przyglądała się z bliska ptasim piórkom. Wyjęła spomiędzy pierza zagubiony kwiat wrzosu, w zamyśleniu bawiła się nim przez chwilę leniwie w palcach, aby na koniec zjeść go.
— Czego szukasz?
Dużo leżała, a gdy wstawała, wpadała prosto w rozwleczone po chatce robótki. Kontynuowała tę z nich, o którą akurat się potknęła. Pracowała, dopóki nie brakło jej energii. Czasem szła dalej, do kolejnego małego projektu, a czasem zalegała godzinami tam, gdzie akurat dopadła ją niemoc. Lepiej jej było poza domem, choć nie pamiętała, ile dokładnie w ostatnich dniach z niego wychodziła. Dni nieznośnie rozlewały się i wpływały jeden w drugi, przenikając się nawzajem. Dostrzegała upływ czasu jedynie przez to, że wyczekiwała Mabon.
Leżąc, dobrze postrzegało się niebo. To na tym porannym niebie, gdy Helloise leżała uziemiona w sennym odrętwieniu na wysłużonej kanapie w swojej pracowni, pojawił się ptak niosący na skrzydłach sen o szkole zakopany głęboko w bezdennej otchłani jej głowy. Niebo nad błoniami Hogwartu nie różniło się niczym od nieba nad Doliną, szczególnie gdy zagościła na nim ta ptaszyna wyfruwającą z obłoku wspomnienia.
Zawsze tak bardzo zazdrościła jej skrzydeł. Zazdrościła jej klątwy, bo obserwując ją z zewnątrz, widziała w tym przekleństwie wolność. To powinna być ona. Crouch przecież tak dobrze odnajdowała się w świecie czarodziejów, w którym Rowle nie potrafiła żyć. Gdy Helloise siłą wciskano w świat, Lorien ów świat miał być siłą odebrany.
Czy to nastoletnia Lorien Crouch wystrojona w futerko z pufków była wilgowronem, którego Helloise odnalazła tego ranka na niebie? Właściwie nie miało to znaczenia. Domek na kurzej stopie przyjąłby każdego ptaka. Łaknął ptaków, bo wszystkie zniknęły.
Podwórze było martwe, drzwi kurnika smętnie wyłamane. Okno, przez które zaglądał wilgowron, otwierało widok na zabałaganioną pracownię kniejowej wiedźmy. Nie było tam żadnego drapieżnika, chyba że wliczyć ległą na kanapowych poduchach czarownicę w wymiętych szatach. W pomieszczeniu aż ciemniało od podwieszanych pod sufitem na różnych wysokościach roślin. Ścianę naprzeciw okna porastała gęsto hoja pnąca się po kracie. Mięsiste liście błyszczały od miodu wypływającego z białych kwiatków. Pozostałe drewniane ściany pokryte były nieregularnymi, rozmazanymi plamami węgla. Były dość świeże, czas zatarłby je, gdyby tak nie było. Na niektórych ścianach poprzypinano oprócz tego pinezkami zapisane karteczki, wśród nich była mapa północnego nieba, na której najjaśniej lśnił Saturn. W centrum pracowni ustawiono spory stół roboczy, lecz nie ograniczał on bynajmniej samej przestrzeni roboczej. Łatwo było tu wdepnąć w stos szkiców i fruwających luzem notatek, potknąć się o nóż czy dłuto, kopnąć puszkę farby bądź pustą donicę, zaplątać się w rzucony luźno sznur, potrącić wór nawozu lub ziemi. W kącie stały nawet grabie, a nadgorliwy doliczyłby się z pięciu upchniętych gdzie bądź łopatek ogrodniczych (z czego jedna wygięta tak, że nie nadawała się już do niczego). Pod stopami chrupało ziarno. Wędrowne ptaki miały w czym ucztować.
Gdy wilgowron zażądał uwagi, Helloise przeniosła na niego mętne spojrzenie i uśmiechnęła się niemrawo — nie była nieszczera, po prostu trochę… powolna. Spłynęła z kanapy na podłogę i stamtąd dopiero wstała, aby podejść do okna. Wobec przestrzeni osobistej ptaków okazywała więcej szacunku niż wobec tej ludzi. Zbliżała się więc stopniowo i dopiero gdy zobaczyła, że ptaszek nie ucieka, wyciągnęła palec, żeby pogładzić małą ptasią główkę. Wyciągnęła do swojego gościa złożone ręce, aby sam zdecydował, czy chce z nich skorzystać, a gdy cienkie nóżki wskakującego wilgowrona połaskotały jej nadgarstki, można by odnieść wrażenie, że pojaśniała.
Odgarnęła z fragmentu stołu bałagan i tam usadziła ptaszynę. Zawsze miała dla pierzastych gości ziarna w kieszeniach sukni, więc już po chwili ptaszek mógł przebierać wśród obfitości wysypanych przed nim zbożowych przekąsek. Zaoferowano mu również spodeczek napełniony wodą z konewki.
— Deszczówka.
Helloise uklękła przy stole, opierając podbródek o ręce złożone płasko na blacie, i rozmarzona przyglądała się z bliska ptasim piórkom. Wyjęła spomiędzy pierza zagubiony kwiat wrzosu, w zamyśleniu bawiła się nim przez chwilę leniwie w palcach, aby na koniec zjeść go.
— Czego szukasz?
dotknij trawy