24.09.2025, 15:43 ✶
Zdecydowanie nie należał do grona ludzi, którzy na każdym kroku podkreślali fakt, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Owszem, nie wykluczał tego, że zapewne mieli rację, ale jednocześnie nigdy nie przykładał specjalnej wagi do konieczności spożycia naprawdę porządnego pierwszego posiłku. Przy jego grafiku w pracy oraz natężeniu pobocznych zajęć, a także zwyczajnie w związku ze skłonnością do zapominania o takich rzeczach, jaką bez wątpienia miał, trudno byłoby mu powiedzieć, że zawsze znajdował czas na zjedzenie czegoś konkretnego.
Wręcz przeciwnie. Na ogół wystarczała mu czarna kawa bez cukru, ewentualnie przelotnie zgarnięta bułka albo kanapka, jeśli akurat przebywał w domu rodzinnym, gdzie Flora nieodmiennie dbała o przygotowanie czegoś świeżego na rano. Jeżeli natomiast znajdował się w Londynie, przeskakując między obowiązkami i żonglując czasem wolnym, jaki mu pozostawał, wtedy na ogół nie zwykł jadać nic do lunchu. Jego naczelnym argumentem było bycie nazbyt zapracowanym. Pobocznym? To, że zasiadanie przy pustym stole i gapienie się w talerz nie należało do zbyt pokrzepiających momentów dnia.
Prawdę mówiąc, do początku września nie za bardzo pamiętał, kiedy tak naprawdę cokolwiek gotował. Owszem, z pewnością zdarzyły się takie chwile, ale całkowicie wyrzucił je przy tym z głowy. Gdy odpowiadał wyłącznie sam za siebie, nie mógł szczycić się zbyt zdrowymi nawykami. Być może głównie ze względu na to nigdy nie skomentował wręcz przerażającej ilości pustych słoików i pudełek, jakie wysypały się na niego z szafki w kuchni mieszkania przy Horyzontalnej, gdy przygotowywał pamiętne śniadanie przed końcem świata, jaki znali.
Ósmy września. To był całkiem dobry dzień. Przynajmniej pośrodku, po dosyć chaotycznym i trudnym początku oraz bez brania pod uwagę tego, w jaki sposób się zakończył. Przez kilkanaście godzin byli naprawdę szczęśliwi. Mogli wreszcie poczuć się normalnie, zaczęli zachowywać się zupełnie tak, jakby wszystko miało być już w jak najlepszym porządku.
Od tamtego dnia minęły nawet nie dwa tygodnie. Wiele osób stwierdziłoby, że nie dało się tego nazwać szmatem czasu. Był to zaledwie moment. A jednak w jego oczach te dni były bardziej przepełnione wydarzeniami niż wszystkie wcześniejsze tygodnie. Z pewnością niosły ze sobą znacznie więcej zmian.
Ta jedna, o jakiej teraz myślał należała do tych, które miały swój początek naprawdę dawno temu, ale ich konsekwencje zaczęły być widoczne dopiero teraz. Zupełnie tak, jakby ktoś już dłuższy czas temu odkręcił kran, ale zatkał korek, czekając aż woda sama przeleje się przez brzeg wanny.
Brodzili w niej najpierw tylko lekko, niby już zauważalnie, ale nie do końca wiedząc, co z tym zrobić. Nie szukali źródła wycieku. Po prostu patrzyli na podłogę, marszcząc brwi i mrużąc oczy. Wymieniając słowa, czasem z sensem, czasem bez niego, ale w ostateczności i tak nim się obejrzeli, brodzili we wszystkim praktycznie po pas.
Całe szczęście, nie należeli do grona ludzi, którzy tak łatwo daliby się utopić. Może trochę pochłonęła ich intensywność wszystkich ostatnich wydarzeń, ale przecież byli w stanie sobie z tym poradzić. Nie potrzebował potwierdzać tego z nikim, prócz Riny. Mieli dać radę, niezależnie od tego, co kto powie.
A ludzie zdecydowanie mieli mówić. Nie miał złudzeń, co do tego, czym będzie skutkować ten wybór daty. Szybki ślub sam w sobie mógł być przyczyną licznych plotek. I nawet jeśli nie brali go przez wzgląd na tę jedną konkretną, największą z nich bez wątpienia mieli potwierdzić.
Nie martwił się tym jednak, przynajmniej do pewnego momentu uważając, że to była sprawa Roisa z przyszłości. Ten teraz zamierzał po prostu zjeść jedno z tych nielicznych porządnych śniadań w jego życiu, ustalając dalszy przebieg dnia i wymieniając się z Geraldine planami na następne godziny. Nie spodziewał się, że tak szybko przyjdzie mu spojrzeć wprost w oczy idącej pół kroku przed nim dziewczyny i wyłapać konieczność weryfikacji założeń.
Moment później przekroczył próg jadalni, niemal dosłownie stając oko w oko z gospodynią domu. No tak. Powinni. Tak, sposób, w jaki spojrzała na niego Yaxleyówna był wyjątkowo wymowny. Co prawda nie zrobili tego w Snowdonii, ale tutaj? Raczej nie należało, aby zbyt długo uciekali od prawdy, nawet jeśli być może rzeczywiście pod wieloma względami zachowywali się niczym para nastolatków. To nie był ten przypadek. Tu raczej należało, aby byli szczerzy.
Nie można było im odmówić tego, że bez dwóch zdań korzystali z życia, szczególnie mając ku temu okazję i możliwości. Ba, nie trudno byłoby mu wewnętrznie stwierdzić, że nawet wtedy, gdy jej nie mieli, zdecydowanie byli w stanie sami ją dla siebie stworzyć. Udowodnili to zresztą wcale nie tak dawno temu. Miał to na uwadze, doskonale pamiętając własne zachowanie i zdając sobie sprawę z tego, że gdyby nie wtedy, przed paroma miesiącami...
...nie mieli praktycznie żadnej gwarancji, że ich wrześniowy powrót do przeszłości, lizanie ran, przedłużony weekend, dochodzenie do siebie czy tam niezbyt pożegnalne właściwe pożegnanie nie rzuciłoby ich w ramiona bardzo analogicznej sytuacji. Niespecjalnie dbali wtedy o bycie rozsądnymi ludźmi.
To, że znaleźli się w tym punkcie życia było pokłosiem ich własnych decyzji. Czy tego żałował? Niekoniecznie. Jedynym prawdziwym powodem do tego, by nie czuł się zbyt dumny były okoliczności, które ich tu sprowadziły. Zdecydowanie dużo bardziej wolałby postąpić tak jak to niegdyś planował, podejmując świadome kroki ku założeniu rodziny. Nie zaś grając kartami, które sam wyciągnął sobie na oślep.
Szczególnie, gdy powinni zajmować się ślubem, którego data zbliżała się z godziny na godzinę. Nie mieli zbyt wiele czasu, jeśli chcieli zdążyć ze wszystkim. Całe szczęście, mieli przy tym naprawdę nieocenione wsparcie, ale...
...cóż. Jedno łączyło się z drugim, drugie łączyło się z trzecim, a trzecie z pierwszym. Coś za coś. Mieli u swojego boku naprawdę odpowiednich ludzi, ale musieli być z nimi transparentni. Tylko może nie od razu od wejścia?
- Dobry - rzucił chwilę po dziewczynie, kiwając głową.
Nie zamierzał mówić nic o tym, że skrzaty wyjątkowo się postarały, gdy chodziło o zastawienie stołu. Nic z tych rzeczy. Zamiast tego spokojnym ruchem odsunął najpierw jedno krzesło, później drugie, czekając aż Geraldine usiądzie, żeby samemu zająć miejsce tuż obok niej. Nie lubił czczej paplaniny o pogodzie. Poza tym nie było, czym się denerwować, nie? Byli dorośli. I bardzo świadomi swojej sytuacji, w tym tego jak to miało wyglądać z zewnątrz. Niekoniecznie jednak dla kogoś, kto ich znał, prawda? W tym wypadku nie czuł się zaniepokojony pochopnym osądem.
Wręcz przeciwnie. Na ogół wystarczała mu czarna kawa bez cukru, ewentualnie przelotnie zgarnięta bułka albo kanapka, jeśli akurat przebywał w domu rodzinnym, gdzie Flora nieodmiennie dbała o przygotowanie czegoś świeżego na rano. Jeżeli natomiast znajdował się w Londynie, przeskakując między obowiązkami i żonglując czasem wolnym, jaki mu pozostawał, wtedy na ogół nie zwykł jadać nic do lunchu. Jego naczelnym argumentem było bycie nazbyt zapracowanym. Pobocznym? To, że zasiadanie przy pustym stole i gapienie się w talerz nie należało do zbyt pokrzepiających momentów dnia.
Prawdę mówiąc, do początku września nie za bardzo pamiętał, kiedy tak naprawdę cokolwiek gotował. Owszem, z pewnością zdarzyły się takie chwile, ale całkowicie wyrzucił je przy tym z głowy. Gdy odpowiadał wyłącznie sam za siebie, nie mógł szczycić się zbyt zdrowymi nawykami. Być może głównie ze względu na to nigdy nie skomentował wręcz przerażającej ilości pustych słoików i pudełek, jakie wysypały się na niego z szafki w kuchni mieszkania przy Horyzontalnej, gdy przygotowywał pamiętne śniadanie przed końcem świata, jaki znali.
Ósmy września. To był całkiem dobry dzień. Przynajmniej pośrodku, po dosyć chaotycznym i trudnym początku oraz bez brania pod uwagę tego, w jaki sposób się zakończył. Przez kilkanaście godzin byli naprawdę szczęśliwi. Mogli wreszcie poczuć się normalnie, zaczęli zachowywać się zupełnie tak, jakby wszystko miało być już w jak najlepszym porządku.
Od tamtego dnia minęły nawet nie dwa tygodnie. Wiele osób stwierdziłoby, że nie dało się tego nazwać szmatem czasu. Był to zaledwie moment. A jednak w jego oczach te dni były bardziej przepełnione wydarzeniami niż wszystkie wcześniejsze tygodnie. Z pewnością niosły ze sobą znacznie więcej zmian.
Ta jedna, o jakiej teraz myślał należała do tych, które miały swój początek naprawdę dawno temu, ale ich konsekwencje zaczęły być widoczne dopiero teraz. Zupełnie tak, jakby ktoś już dłuższy czas temu odkręcił kran, ale zatkał korek, czekając aż woda sama przeleje się przez brzeg wanny.
Brodzili w niej najpierw tylko lekko, niby już zauważalnie, ale nie do końca wiedząc, co z tym zrobić. Nie szukali źródła wycieku. Po prostu patrzyli na podłogę, marszcząc brwi i mrużąc oczy. Wymieniając słowa, czasem z sensem, czasem bez niego, ale w ostateczności i tak nim się obejrzeli, brodzili we wszystkim praktycznie po pas.
Całe szczęście, nie należeli do grona ludzi, którzy tak łatwo daliby się utopić. Może trochę pochłonęła ich intensywność wszystkich ostatnich wydarzeń, ale przecież byli w stanie sobie z tym poradzić. Nie potrzebował potwierdzać tego z nikim, prócz Riny. Mieli dać radę, niezależnie od tego, co kto powie.
A ludzie zdecydowanie mieli mówić. Nie miał złudzeń, co do tego, czym będzie skutkować ten wybór daty. Szybki ślub sam w sobie mógł być przyczyną licznych plotek. I nawet jeśli nie brali go przez wzgląd na tę jedną konkretną, największą z nich bez wątpienia mieli potwierdzić.
Nie martwił się tym jednak, przynajmniej do pewnego momentu uważając, że to była sprawa Roisa z przyszłości. Ten teraz zamierzał po prostu zjeść jedno z tych nielicznych porządnych śniadań w jego życiu, ustalając dalszy przebieg dnia i wymieniając się z Geraldine planami na następne godziny. Nie spodziewał się, że tak szybko przyjdzie mu spojrzeć wprost w oczy idącej pół kroku przed nim dziewczyny i wyłapać konieczność weryfikacji założeń.
Moment później przekroczył próg jadalni, niemal dosłownie stając oko w oko z gospodynią domu. No tak. Powinni. Tak, sposób, w jaki spojrzała na niego Yaxleyówna był wyjątkowo wymowny. Co prawda nie zrobili tego w Snowdonii, ale tutaj? Raczej nie należało, aby zbyt długo uciekali od prawdy, nawet jeśli być może rzeczywiście pod wieloma względami zachowywali się niczym para nastolatków. To nie był ten przypadek. Tu raczej należało, aby byli szczerzy.
Nie można było im odmówić tego, że bez dwóch zdań korzystali z życia, szczególnie mając ku temu okazję i możliwości. Ba, nie trudno byłoby mu wewnętrznie stwierdzić, że nawet wtedy, gdy jej nie mieli, zdecydowanie byli w stanie sami ją dla siebie stworzyć. Udowodnili to zresztą wcale nie tak dawno temu. Miał to na uwadze, doskonale pamiętając własne zachowanie i zdając sobie sprawę z tego, że gdyby nie wtedy, przed paroma miesiącami...
...nie mieli praktycznie żadnej gwarancji, że ich wrześniowy powrót do przeszłości, lizanie ran, przedłużony weekend, dochodzenie do siebie czy tam niezbyt pożegnalne właściwe pożegnanie nie rzuciłoby ich w ramiona bardzo analogicznej sytuacji. Niespecjalnie dbali wtedy o bycie rozsądnymi ludźmi.
To, że znaleźli się w tym punkcie życia było pokłosiem ich własnych decyzji. Czy tego żałował? Niekoniecznie. Jedynym prawdziwym powodem do tego, by nie czuł się zbyt dumny były okoliczności, które ich tu sprowadziły. Zdecydowanie dużo bardziej wolałby postąpić tak jak to niegdyś planował, podejmując świadome kroki ku założeniu rodziny. Nie zaś grając kartami, które sam wyciągnął sobie na oślep.
Szczególnie, gdy powinni zajmować się ślubem, którego data zbliżała się z godziny na godzinę. Nie mieli zbyt wiele czasu, jeśli chcieli zdążyć ze wszystkim. Całe szczęście, mieli przy tym naprawdę nieocenione wsparcie, ale...
...cóż. Jedno łączyło się z drugim, drugie łączyło się z trzecim, a trzecie z pierwszym. Coś za coś. Mieli u swojego boku naprawdę odpowiednich ludzi, ale musieli być z nimi transparentni. Tylko może nie od razu od wejścia?
- Dobry - rzucił chwilę po dziewczynie, kiwając głową.
Nie zamierzał mówić nic o tym, że skrzaty wyjątkowo się postarały, gdy chodziło o zastawienie stołu. Nic z tych rzeczy. Zamiast tego spokojnym ruchem odsunął najpierw jedno krzesło, później drugie, czekając aż Geraldine usiądzie, żeby samemu zająć miejsce tuż obok niej. Nie lubił czczej paplaniny o pogodzie. Poza tym nie było, czym się denerwować, nie? Byli dorośli. I bardzo świadomi swojej sytuacji, w tym tego jak to miało wyglądać z zewnątrz. Niekoniecznie jednak dla kogoś, kto ich znał, prawda? W tym wypadku nie czuł się zaniepokojony pochopnym osądem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down