26.09.2025, 16:57 ✶
Być może i szłoby określić jako bardzo odważną tę postawę Faye, która gotowa była walczyć o honor swojego wilczka. Gdyby tylko było o co walczyć — Woody ze względu na personalne urazy miał wątpliwości, czy coś w Maddoksie jest warte takiej obrony.
— Ano widzisz, ja też znam wiele osób od Hogwartu, a gdybym mógł, to bym części bez oporu przestawił zęby. — Wzruszył ramionami, bo to tam żaden argument.
Kusiło dopytać, czy naprawdę to nokturnowe szczenię widziało szkolne mury, bo by człowiek tak na oko o nim tego nie powiedział, lecz z tym Woody się wstrzymał. Temat wyraźnie był grząski. Jakoś mu zresztą nie do końca leżało naśmiewanie się z dzieciaków, które nie pokończyły szkół. Zwykle stało za tym coś przykrego i niekoniecznie przez nie zawinionego.
Nie zamierzał też bynajmniej przekonywać znanej z widzenia i paru rozmów baby o tym, że sypia z nieodpowiednim gościem. Żadna z niego policja obyczajowa i w gruncie rzeczy było mu to wszystko jedno. W ostatecznym rozrachunku Maddox nie był — na jego stan wiedzy — żądnym niewinnej krwi czarnoksiężnikiem, tylko gniewnym anarcholskim kundelkiem, więc niech Travers popełnia dowoli swoje błędy z miłości.
— Ofiara z ciebie. — Zaśmiał się serdecznie. Brakowało tylko na końcu: „głowa do góry”, lecz nie stać go było na aż tyle entuzjazmu po Spalonej Nocy. Nawet ten w zamierzeniu sympatyczny przytyk był podszyty ponurą nutą. — Się następnym razem teleportuj prosto do Rejwachu, to się dopilnuje, żeby nikt nie wyszedł z twoimi rzeczami. No i już pochwal się, co ci dał ten twój wilk? — zapytał dla zabicia czasu, gdy szli przez Noktrun.
Szaleństwo było wyjątkowo łagodnym słowem na opisanie Spalonej Nocy i jej skutków. Czy istniało w ogóle słowo mogące uczynić zadość skali śmierci i zniszczeń, które ogarnęły tak dużą część Wielkiej Brytanii? Tragedia? Koszmar? Apokalipsa?
Woody zakaszlał, gdy wiatr owionął ich porcją popiołów pozostałych po konstrukcjach Nokturnu. Oglądanie tego miejsca teraz mroziło krew w żyłach jeszcze bardziej niż nocna pożoga. Tam, gdzie kiedyś stały ciasno upchnięte, przytulone do siebie domy i biznesy uczciwych mniej lub bardziej mieszkańców Nokturnu, ziały teraz puste, obsypane białym prochem sterty gruzów. Nokturn sprzed Spalonej Nocy miał w sobie mroczną intensywność. Wszystko było tu wcześniej przytłaczające, wrogie i niebezpieczne — teraz w zgliszczach hulał wiatr, okolica była obojętnie szara, wytrzebiona i martwa.
— Mieliśmy szczęście… — mruknął ponuro w odpowiedzi Tarp, wodząc wzrokiem po kościotrupach ukruszonych kamienic. Cholerne szczęście.
Nie mógł zbyt długo patrzeć na te ruiny, na których koczowali świeżo mianowani bezdomni o oczach załzawionych i gniewnych lub — co gorsza — pustych. Jego dom w Dolinie również spłonął w znacznej części, potrafił więc poczuć ból straty. Strach o przyszłość? Ten mógł sobie jedynie wyobrażać, patrząc po tych ludziach. Jego ex-żona była obrzydliwie bogata i miała wielu równie obrzydliwie bogatych przyjaciół — Quintessa nigdy nie skończy na ulicy. On też nie skończy na ulicy.
— Eee, lepiej nie pytaj, dopóki nie będzie innej opcji. — Machnął ręką, po czym zajrzał przez lekko osmoloną szybę do wnętrza Białego Wiwerna. Tam delikwenta nie dojrzał, więc ruszył dalej.
— Ano widzisz, ja też znam wiele osób od Hogwartu, a gdybym mógł, to bym części bez oporu przestawił zęby. — Wzruszył ramionami, bo to tam żaden argument.
Kusiło dopytać, czy naprawdę to nokturnowe szczenię widziało szkolne mury, bo by człowiek tak na oko o nim tego nie powiedział, lecz z tym Woody się wstrzymał. Temat wyraźnie był grząski. Jakoś mu zresztą nie do końca leżało naśmiewanie się z dzieciaków, które nie pokończyły szkół. Zwykle stało za tym coś przykrego i niekoniecznie przez nie zawinionego.
Nie zamierzał też bynajmniej przekonywać znanej z widzenia i paru rozmów baby o tym, że sypia z nieodpowiednim gościem. Żadna z niego policja obyczajowa i w gruncie rzeczy było mu to wszystko jedno. W ostatecznym rozrachunku Maddox nie był — na jego stan wiedzy — żądnym niewinnej krwi czarnoksiężnikiem, tylko gniewnym anarcholskim kundelkiem, więc niech Travers popełnia dowoli swoje błędy z miłości.
— Ofiara z ciebie. — Zaśmiał się serdecznie. Brakowało tylko na końcu: „głowa do góry”, lecz nie stać go było na aż tyle entuzjazmu po Spalonej Nocy. Nawet ten w zamierzeniu sympatyczny przytyk był podszyty ponurą nutą. — Się następnym razem teleportuj prosto do Rejwachu, to się dopilnuje, żeby nikt nie wyszedł z twoimi rzeczami. No i już pochwal się, co ci dał ten twój wilk? — zapytał dla zabicia czasu, gdy szli przez Noktrun.
Szaleństwo było wyjątkowo łagodnym słowem na opisanie Spalonej Nocy i jej skutków. Czy istniało w ogóle słowo mogące uczynić zadość skali śmierci i zniszczeń, które ogarnęły tak dużą część Wielkiej Brytanii? Tragedia? Koszmar? Apokalipsa?
Woody zakaszlał, gdy wiatr owionął ich porcją popiołów pozostałych po konstrukcjach Nokturnu. Oglądanie tego miejsca teraz mroziło krew w żyłach jeszcze bardziej niż nocna pożoga. Tam, gdzie kiedyś stały ciasno upchnięte, przytulone do siebie domy i biznesy uczciwych mniej lub bardziej mieszkańców Nokturnu, ziały teraz puste, obsypane białym prochem sterty gruzów. Nokturn sprzed Spalonej Nocy miał w sobie mroczną intensywność. Wszystko było tu wcześniej przytłaczające, wrogie i niebezpieczne — teraz w zgliszczach hulał wiatr, okolica była obojętnie szara, wytrzebiona i martwa.
— Mieliśmy szczęście… — mruknął ponuro w odpowiedzi Tarp, wodząc wzrokiem po kościotrupach ukruszonych kamienic. Cholerne szczęście.
Nie mógł zbyt długo patrzeć na te ruiny, na których koczowali świeżo mianowani bezdomni o oczach załzawionych i gniewnych lub — co gorsza — pustych. Jego dom w Dolinie również spłonął w znacznej części, potrafił więc poczuć ból straty. Strach o przyszłość? Ten mógł sobie jedynie wyobrażać, patrząc po tych ludziach. Jego ex-żona była obrzydliwie bogata i miała wielu równie obrzydliwie bogatych przyjaciół — Quintessa nigdy nie skończy na ulicy. On też nie skończy na ulicy.
— Eee, lepiej nie pytaj, dopóki nie będzie innej opcji. — Machnął ręką, po czym zajrzał przez lekko osmoloną szybę do wnętrza Białego Wiwerna. Tam delikwenta nie dojrzał, więc ruszył dalej.
piw0 to moje paliwo