27.09.2025, 00:09 ✶
W jego ujęciu, zachowawczość dzieliła się na wiele różnych rodzajów myślenia i postępowania. Pod pewnymi względami z pewnością nie mógłby z pełną powagą w oczach i w głosie powiedzieć, że jego narzeczona zwykła być szczególnie zachowawcza. Prędzej wymownie uniósłby brwi, wykrzywiłby wargi i klasnął językiem o podniebienie. Bywały takie chwile w ich wspólnej przeszłości, gdy skłonność Riny do ładowania się w kłopoty doprowadzała go na sam skraj szaleństwa.
Ale pod innymi względami? No właśnie. Posiadała szereg umiejętności, których on nie miał. Nie zawsze szczególnie wnikał w to, skąd pochodziły, dlaczego i w jaki sposób je nabyła. Najważniejsze, że potrafili brać pod uwagę swoje wzajemne zdanie i korzystać z różnych doświadczeń, jakie zazwyczaj ich łączyły, nie dzieliły.
No, przynajmniej do pewnego momentu. Do życiowego zakrętu, gdy to nagle zaczęło się zdawać, że już nigdy nie odzyskają dawnego porozumienia. Że ich spojrzenia na świat diametralnie się rozjechały, tworząc pomiędzy nimi przepaść nie do przebycia.
Poradzili sobie z tym. Co prawda, wymagało to od nich naprawdę wielu słów. Często bardziej gorzkich niż powinny paść. Jednakże skoro dali radę z czymś takim, mieli dać ją sobie również ze wszystkim, co na nich jeszcze czekało. Tym bardziej ze strony opinii publicznej, prawda? Jeśli już coś go ruszało, była to konieczność poinformowania najbliższych, nie obcych.
Geraldine miała naturalny talent do serwowania faktów w najczystszej postaci. Dla niektórych mogło to być aż nazbyt bezpośrednie. Dla niego? Stanowiło jedną z największych zalet tego, w jaki sposób porozumiewali się ze sobą nawzajem, ponieważ i on sam nieszczególnie lubił bawić się w półsłówka. Na ogół po prostu to sytuacja tego od niego wymagała. Ale z nią? Gdy próbowali ubierać myśli w wyszukane słowa, obchodzić się z informacjami w przesadnie okrężny sposób, mieli w zwyczaju stanowczo zbyt mocno się motać.
Miotali się dokładnie tak jak zrobili to już kilka razy w swojej historii. Zaczynali zamiatać metaforyczne ziarenka brudu, pyłu i kurzu pod dywan, zbierając je tam, dopóki same się stamtąd nie wysypały. A wtedy było już stanowczo za późno, żeby łagodzić temat, nawet jeśli na ogół wszystko wychodziło na jaw w stanowczo zbyt krótkim czasie.
Mógł nie mieć żadnego problemu z tym, aby zabrać głos, przekazując Ursuli wieści, ale wystarczyło jedno spojrzenie w kierunku Geraldine, by kiwnął głową, dając dziewczynie naturalną możliwość zabrania głosu jako pierwszej. Nie zamierzał wtrącać się aż do momentu, gdy nie byłoby to wskazane, nawet jeśli to była ich wspólna sprawa.
Wbrew pozorom, nie zwykł obcesowo przerywać ludziom w połowie zdania. No, przynajmniej nie wtedy, gdy mówili z sensem i zmierzali dokładnie do tego, co on sam mógłby powiedzieć. A w tym wypadku nie tylko wystarczyło, aby wymienili spojrzenia. Najzwyczajniej w świecie doskonale wiedział, co powie Rina. Już raz przeprowadzili przecież rozmowę o najbliższej przyszłości, która dotyczyła nieoczekiwanej zmiany w planach, jakie mieli na przyszłość.
Tyle tylko, że ze sobą. Nie z najbliższymi. To była dla nich nowość. Teraz musieli odbyć ją po raz pierwszy. I tak nie byliby w stanie zbyt długo trzymać wszystkiego w tajemnicy.
Myśl o dziecku wróciła wraz z dostrzeżeniem tego, że nie byli sami w jadalni. Nie to, żeby kiedykolwiek całkowicie go opuściła. Była nieustępliwa, domagająca się miejsca zarówno w jego głowie, jak i na ustach, choć bywały takie momenty, gdy wizja rychłego powiększenia rodziny wciąż zdawała mu się czymś odległym, nie do końca realnym. Zmiana wydawała się nieunikniona, ale on jeszcze oswajał się z myślą, że za kilka miesięcy będą nie tylko narzeczonymi, nie tylko parą, która wspólnie znosi kaprysy wojny i rodzinnych powinności, ale też rodzicami. To jedno słowo miało ten specyficzny ciężar, który Roise nosił w sobie, odkąd po raz pierwszy usłyszał tę nowinę. Rodzice. Jeszcze nie mógł się do tego przyzwyczaić, nie całkowicie, nie do końca. Nie przerażało go to, ale niosło pewną ciszę, tę specyficzną odpowiedzialność za kogoś, kto miał zależeć zupełnie od nich i ich decyzji, którą czuł w kościach.
Jedna z jego dłoni... ...ta, którą do tej pory trzymał luźno poniżej krawędzi stołu... ...odruchowo powędrowała na udo narzeczonej. Nie szukał przy tym ręki Geraldine, nie skupiał się na spleceniu ich palców. Po prostu musnął swoimi jej spodnie, bezwiednie kilkukrotnie kiwając głową.
- Tak. Trzeci - przytaknął jednak na głos, wychodząc z założenia, że te słowa powinny wybrzmieć na głos.
Nie mógł jedynie skinąć w milczeniu i na tym zakończyć temat, to zresztą nie byłoby w jego stylu. Tym bardziej, że wydawało mu się dosyć jasne i klarowne, w jaki sposób powinna przebiegać ta rozmowa. Przynajmniej po tej dosyć przewidywalnie nieprzewidywalnej części, w której ciotka miała zareagować na rewelacje, jakie jej serwowali.
- Powinniśmy niedługo udać się do wykwalifikowanego uzdrowiciela, ale prawdopodobnie najlepiej będzie zrobić to po ślubie - jego ton pozostał spokojny, ale spojrzenie zdradzało, że Ambroise naprawdę zaczął sobie wyobrażać coś więcej niż tylko mglistą przyszłość.
Nawet, jeśli sam jeszcze nie do końca wiedział, jak się do niej przygotować.
Chwilowo po prostu czekał na reakcję ciotki.
Ale pod innymi względami? No właśnie. Posiadała szereg umiejętności, których on nie miał. Nie zawsze szczególnie wnikał w to, skąd pochodziły, dlaczego i w jaki sposób je nabyła. Najważniejsze, że potrafili brać pod uwagę swoje wzajemne zdanie i korzystać z różnych doświadczeń, jakie zazwyczaj ich łączyły, nie dzieliły.
No, przynajmniej do pewnego momentu. Do życiowego zakrętu, gdy to nagle zaczęło się zdawać, że już nigdy nie odzyskają dawnego porozumienia. Że ich spojrzenia na świat diametralnie się rozjechały, tworząc pomiędzy nimi przepaść nie do przebycia.
Poradzili sobie z tym. Co prawda, wymagało to od nich naprawdę wielu słów. Często bardziej gorzkich niż powinny paść. Jednakże skoro dali radę z czymś takim, mieli dać ją sobie również ze wszystkim, co na nich jeszcze czekało. Tym bardziej ze strony opinii publicznej, prawda? Jeśli już coś go ruszało, była to konieczność poinformowania najbliższych, nie obcych.
Geraldine miała naturalny talent do serwowania faktów w najczystszej postaci. Dla niektórych mogło to być aż nazbyt bezpośrednie. Dla niego? Stanowiło jedną z największych zalet tego, w jaki sposób porozumiewali się ze sobą nawzajem, ponieważ i on sam nieszczególnie lubił bawić się w półsłówka. Na ogół po prostu to sytuacja tego od niego wymagała. Ale z nią? Gdy próbowali ubierać myśli w wyszukane słowa, obchodzić się z informacjami w przesadnie okrężny sposób, mieli w zwyczaju stanowczo zbyt mocno się motać.
Miotali się dokładnie tak jak zrobili to już kilka razy w swojej historii. Zaczynali zamiatać metaforyczne ziarenka brudu, pyłu i kurzu pod dywan, zbierając je tam, dopóki same się stamtąd nie wysypały. A wtedy było już stanowczo za późno, żeby łagodzić temat, nawet jeśli na ogół wszystko wychodziło na jaw w stanowczo zbyt krótkim czasie.
Mógł nie mieć żadnego problemu z tym, aby zabrać głos, przekazując Ursuli wieści, ale wystarczyło jedno spojrzenie w kierunku Geraldine, by kiwnął głową, dając dziewczynie naturalną możliwość zabrania głosu jako pierwszej. Nie zamierzał wtrącać się aż do momentu, gdy nie byłoby to wskazane, nawet jeśli to była ich wspólna sprawa.
Wbrew pozorom, nie zwykł obcesowo przerywać ludziom w połowie zdania. No, przynajmniej nie wtedy, gdy mówili z sensem i zmierzali dokładnie do tego, co on sam mógłby powiedzieć. A w tym wypadku nie tylko wystarczyło, aby wymienili spojrzenia. Najzwyczajniej w świecie doskonale wiedział, co powie Rina. Już raz przeprowadzili przecież rozmowę o najbliższej przyszłości, która dotyczyła nieoczekiwanej zmiany w planach, jakie mieli na przyszłość.
Tyle tylko, że ze sobą. Nie z najbliższymi. To była dla nich nowość. Teraz musieli odbyć ją po raz pierwszy. I tak nie byliby w stanie zbyt długo trzymać wszystkiego w tajemnicy.
Myśl o dziecku wróciła wraz z dostrzeżeniem tego, że nie byli sami w jadalni. Nie to, żeby kiedykolwiek całkowicie go opuściła. Była nieustępliwa, domagająca się miejsca zarówno w jego głowie, jak i na ustach, choć bywały takie momenty, gdy wizja rychłego powiększenia rodziny wciąż zdawała mu się czymś odległym, nie do końca realnym. Zmiana wydawała się nieunikniona, ale on jeszcze oswajał się z myślą, że za kilka miesięcy będą nie tylko narzeczonymi, nie tylko parą, która wspólnie znosi kaprysy wojny i rodzinnych powinności, ale też rodzicami. To jedno słowo miało ten specyficzny ciężar, który Roise nosił w sobie, odkąd po raz pierwszy usłyszał tę nowinę. Rodzice. Jeszcze nie mógł się do tego przyzwyczaić, nie całkowicie, nie do końca. Nie przerażało go to, ale niosło pewną ciszę, tę specyficzną odpowiedzialność za kogoś, kto miał zależeć zupełnie od nich i ich decyzji, którą czuł w kościach.
Jedna z jego dłoni... ...ta, którą do tej pory trzymał luźno poniżej krawędzi stołu... ...odruchowo powędrowała na udo narzeczonej. Nie szukał przy tym ręki Geraldine, nie skupiał się na spleceniu ich palców. Po prostu musnął swoimi jej spodnie, bezwiednie kilkukrotnie kiwając głową.
- Tak. Trzeci - przytaknął jednak na głos, wychodząc z założenia, że te słowa powinny wybrzmieć na głos.
Nie mógł jedynie skinąć w milczeniu i na tym zakończyć temat, to zresztą nie byłoby w jego stylu. Tym bardziej, że wydawało mu się dosyć jasne i klarowne, w jaki sposób powinna przebiegać ta rozmowa. Przynajmniej po tej dosyć przewidywalnie nieprzewidywalnej części, w której ciotka miała zareagować na rewelacje, jakie jej serwowali.
- Powinniśmy niedługo udać się do wykwalifikowanego uzdrowiciela, ale prawdopodobnie najlepiej będzie zrobić to po ślubie - jego ton pozostał spokojny, ale spojrzenie zdradzało, że Ambroise naprawdę zaczął sobie wyobrażać coś więcej niż tylko mglistą przyszłość.
Nawet, jeśli sam jeszcze nie do końca wiedział, jak się do niej przygotować.
Chwilowo po prostu czekał na reakcję ciotki.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down