27.09.2025, 21:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.09.2025, 21:49 przez Henry Lockhart.)
W jakże urokliwej wiosce Dunwich zgryzota musiała być chlebem powszednim mieszkańców. Przyzwyczaili się już zapewne do rybiego odoru, którego nie dało się bliżej określić, głośnego i przeszkadzającego w klarownym myśleniu szumu fal i do tego dziwnego poczucia, że zaraz miało zdarzyć się coś. Henry w życiu nie widział ludzi, którzy tak spokojnie reagowali na takie zjawiska. Musieli posiadać wprost niesamowitą zdolność adaptacji do środowiska.
Woda była tak samo groźnym żywiołem, jak ogień. Oba życiodajne, niezbędne do rozwoju cywilizacji. Jednak... ogień pozostawał gdzieś w górze i tylko czasami schodził na ziemię i siał zniszczenie. Woda natomiast była hegemonem, z niej składała się większość planety i żyjących na niej istot. To ona przykrywała najgłębsze zakamarki świata. Chroniła jego najpilniej strzeżone sekrety.
Kiedy Henry dostał list od Deana, obudziła się w nim nadzieja. Po pracy natychmiast popędził do redakcji mugolskiego The Guardian, spodziewając się, że tam otrzyma najbardziej aktualne informacje o tym, co działo się w mugolskiej wiosce. Nie miał najmniejszego kłopotu z tym, by go wpuścili do archiwum. Przedstawił się jako student dziennikarstwa, który robił kwerendę do pracy zaliczeniowej. W swojej roli był pilny w nauce, zdesperowany i ambitny. Został więc wpuszczony do archiwów i zostawiony tam aż do późnych godzin wieczornych, kiedy to dyżurujący dziennikarz wyprosił go grzecznie i polecił, by przyjść następnego dnia.
Henry'emu udało się prześledzić to, co działo się w Dunwich w okresie ostatnich kilku lat. Zrobił skrupulatne notatki z tego, co udało mu się znaleźć. Nadal miał jednak wrażenie, że miasteczko kryło w sobie coś, czego mugolskie oko nie byłoby w stanie ujrzeć. Magiczny świat nie był idealnie odizolowany. Czasem narzucał temu drugiemu swoją obecność. Niewyjaśnione zjawiska, dziwaczne fenomeny... dla czarodzieja było to lepiej zrozumiałe. Henry spodziewał się więc czegoś, co wcześniej mógł zobaczyć choćby w szkole. Może był to jakiś bogin? Klątwa? Na razie było wiadomo jedno: stanowiło to ogromną szansę na prawdziwe śledztwo dziennikarskie. To sprawiło, że do czasu przyjazdu do wioski, chłopak był cały w skowronkach.
Oczywiście zmieniło się to, gdy minął znak wjazdowy "Witamy w Dunwich". Było to, jakby przeszedł przez jakąś barierę. Ogarnął go niewyjaśniony niepokój i coś sprzecznego. Jednocześnie chciał opuścić to miejsce i zapragnął wniknąć w jego głębię, zjednoczyć się z nim.
Przeszedł błotnistą ścieżką, kierując się w stronę hotelu. Na szyi miał zawieszony aparat fotograficzny, w kieszeniach różdżkę, wieczne pióro, notatnik, fajki i portfel, a w torbie standardowy podróżny zestaw: ubrania na zmianę, kosmetyczkę i książkę do czytywania wieczorami: tomik opowiadań Flannery O'Connor.
Idąc ulicą, wyczuł coś znajomego. Niebezpieczeństwo niemal jego własne, ale nawet i gorsze. Nie... przecież nie mogło jej tu być, prawda? Po co miałaby tu przyjeżdżać? Wiązała się z wodą, ale raczej z rozjaśnioną słońcem powierzchnią, a nie z mroczną głębią. A jednak uczucie jej obecności... i zagrożenia... było wyraźne. Czy to miejsce robiło mu wodę z mózgu?
Kiedy tylko wszedł przyspieszonym krokiem do holu Muzeum, jego podejrzenia się sprawdziły. Stała tam, choć nie wyglądała na zagrożoną. Henry odetchnął z ulgą.
— Brynja… Co ty tu robisz? Jak to możliwe? — spytał, łapiąc przyjaciółkę za ramiona, niemal nią potrząsając.
Woda była tak samo groźnym żywiołem, jak ogień. Oba życiodajne, niezbędne do rozwoju cywilizacji. Jednak... ogień pozostawał gdzieś w górze i tylko czasami schodził na ziemię i siał zniszczenie. Woda natomiast była hegemonem, z niej składała się większość planety i żyjących na niej istot. To ona przykrywała najgłębsze zakamarki świata. Chroniła jego najpilniej strzeżone sekrety.
Kiedy Henry dostał list od Deana, obudziła się w nim nadzieja. Po pracy natychmiast popędził do redakcji mugolskiego The Guardian, spodziewając się, że tam otrzyma najbardziej aktualne informacje o tym, co działo się w mugolskiej wiosce. Nie miał najmniejszego kłopotu z tym, by go wpuścili do archiwum. Przedstawił się jako student dziennikarstwa, który robił kwerendę do pracy zaliczeniowej. W swojej roli był pilny w nauce, zdesperowany i ambitny. Został więc wpuszczony do archiwów i zostawiony tam aż do późnych godzin wieczornych, kiedy to dyżurujący dziennikarz wyprosił go grzecznie i polecił, by przyjść następnego dnia.
Henry'emu udało się prześledzić to, co działo się w Dunwich w okresie ostatnich kilku lat. Zrobił skrupulatne notatki z tego, co udało mu się znaleźć. Nadal miał jednak wrażenie, że miasteczko kryło w sobie coś, czego mugolskie oko nie byłoby w stanie ujrzeć. Magiczny świat nie był idealnie odizolowany. Czasem narzucał temu drugiemu swoją obecność. Niewyjaśnione zjawiska, dziwaczne fenomeny... dla czarodzieja było to lepiej zrozumiałe. Henry spodziewał się więc czegoś, co wcześniej mógł zobaczyć choćby w szkole. Może był to jakiś bogin? Klątwa? Na razie było wiadomo jedno: stanowiło to ogromną szansę na prawdziwe śledztwo dziennikarskie. To sprawiło, że do czasu przyjazdu do wioski, chłopak był cały w skowronkach.
Oczywiście zmieniło się to, gdy minął znak wjazdowy "Witamy w Dunwich". Było to, jakby przeszedł przez jakąś barierę. Ogarnął go niewyjaśniony niepokój i coś sprzecznego. Jednocześnie chciał opuścić to miejsce i zapragnął wniknąć w jego głębię, zjednoczyć się z nim.
Przeszedł błotnistą ścieżką, kierując się w stronę hotelu. Na szyi miał zawieszony aparat fotograficzny, w kieszeniach różdżkę, wieczne pióro, notatnik, fajki i portfel, a w torbie standardowy podróżny zestaw: ubrania na zmianę, kosmetyczkę i książkę do czytywania wieczorami: tomik opowiadań Flannery O'Connor.
Idąc ulicą, wyczuł coś znajomego. Niebezpieczeństwo niemal jego własne, ale nawet i gorsze. Nie... przecież nie mogło jej tu być, prawda? Po co miałaby tu przyjeżdżać? Wiązała się z wodą, ale raczej z rozjaśnioną słońcem powierzchnią, a nie z mroczną głębią. A jednak uczucie jej obecności... i zagrożenia... było wyraźne. Czy to miejsce robiło mu wodę z mózgu?
Kiedy tylko wszedł przyspieszonym krokiem do holu Muzeum, jego podejrzenia się sprawdziły. Stała tam, choć nie wyglądała na zagrożoną. Henry odetchnął z ulgą.
— Brynja… Co ty tu robisz? Jak to możliwe? — spytał, łapiąc przyjaciółkę za ramiona, niemal nią potrząsając.