29.09.2025, 17:33 ✶
– Piękne rzeczy mówisz, Jonathanie. Premia byłaby czymś dość miłym, przyznaję – rzekł, tak naprawdę nie sądząc, że przy kasie potrzebnej na odbudowę Londynu i walkę ze Śmierciożercami, znajdzie się coś dla niego. A jakby się znalazło, ze względów wizerunkowych, musiałby odmówić. Wolał poświęcać się dla ojczyzny. To lepiej wyglądało na nagłówkach.
To był już ten etap imprezy, gdzie Hannibalowi wróżyły się oczywistości, Shafiq gadał po grecku, a Jonathan miał... brać ślub? Już nawet z pijanej perspektywy Roberta, sytuacja wydawała się godna jakiejś komedii. I to w tragicznym tonie, typu "Czekając na Godota". Oznaczało to tylko jedno: należało spojrzeć na zegar.
Robert zdołał odczytać godzinę po chwili niezbędnej na przypomnienie sobie, jak właściwie ta niezwykła maszyna działała. A potem przyszła chwila jasności, którą podkreśliło zmęczenie i spowodowana alkoholem ospałość.
– Panowie, jestem jednak, mimo wszystko mężczyzną odpowiedzialnym i, jako jedyny z was, ojcem. Toteż... – podniósł się chwiejnie z kanapy. – Jonathanie, jeśli bym mógł uraczyć się eliksirem otrzeźwiającym, byłbym wdzięczny. A panom pozostałym uprzejmie dziękuję za miły wieczór.
Ciekawe, że o tej godzinie, z tyloma promilami we krwi, stawał się dżentelmenem. A być może dobre wychowanie, tak usilnie mu wtłaczane w dzieciństwie, wyłaziło dopiero w takiej sytuacji? Nie mógł jednak w tym stanie zostawać, bo nie chciał się pokazywać tak rodzicom, a istniało ryzyko, że Enid mogła jeszcze nie spać. Robert starał się, mimo wszystko, pokazywać jej dobre wzorce. Nigdy nie upijał się przy niej i nie chciał, by takim go widziała. Teleportacja po pijanemu też była ryzykowna, więc trzeba było cieszyć się wspaniałym, nieco mdłym naparem, jakim był eliksir otrzeźwiający.