30.09.2025, 19:19 ✶
Moc Świstka działała. Biały pers, jak zwykle wyczuwający napięcie, tej nocy nie odszedł od Icarusa, tuląc się w jego nogi. Mona natomiast została sama — była skazana na własne sny i pustkę, które obudziły ją wraz z ostatnimi obrazami koszmaru. Cisza w mieszkaniu wydawała się ciężka, jak na fakt, że spały z nią jeszcze dwie inne osoby bliskie jej sercu.
Z początku był to wyłącznie cichy szept, nieskładne słowa, które równie dobrze mogłyby być majaczeniem podsuniętym przez zmęczony umysł po Spalonej Nocy. Rowle, która z trudem ponownie wywalczyła sen, odrzuciła pościel na bok i powędrowała do pokoju gościnnego. Krzyk dobiegający zza drzwi pokoju gościnnego nie pozostawiał wątpliwości, kiedy rozedrgane serca próbowały odgrodzić się od wszystkich duchów przeszłości, jakie tej nocy powróciły.
— Tylka… — wyszeptała w ciemność, nie chcąc wystraszyć Mathildy jeszcze bardziej. Następnie podniosła się, siadła bliżej na łóżku, kiedy ramiona młodszej kobiety zadrżały, a palce wbiły się boleśnie we własną skórę.
Jak do dzikiego oraz poranionego zwierzęcia, kobieta ostrożnie wyciągnęła lewą — jedyną sprawną dłoń w jej stronę, zawahała się na ułamek sekundy, potem musnęła delikatnie ramię młodszej czarownicy. — No już, to tylko sen, kochana. Jesteś u mnie, nic ci nie grozi — powiedziała cicho, na co w odpowiedzi oddech koszmaru urwał się, poszarpał w walce o każdy haust powietrza. Drżenie przyjaciółki było prawie że bolesne w dotyku, więc Mona przesunęła dłonią po jej ramieniu w dół, starając się poluzować desperacki chwyt na własnej skórze. Finalnie przyciągnęła ją bliżej do siebie.
— Oddychaj ze mną. Wdech i… wydech. Jesteś cała — powtórzyła rudowłosa kobieta, kołysząc ją lekko w ramionach. — Nic ani nikt cię nie dotknie póki tu jestem.
Z początku był to wyłącznie cichy szept, nieskładne słowa, które równie dobrze mogłyby być majaczeniem podsuniętym przez zmęczony umysł po Spalonej Nocy. Rowle, która z trudem ponownie wywalczyła sen, odrzuciła pościel na bok i powędrowała do pokoju gościnnego. Krzyk dobiegający zza drzwi pokoju gościnnego nie pozostawiał wątpliwości, kiedy rozedrgane serca próbowały odgrodzić się od wszystkich duchów przeszłości, jakie tej nocy powróciły.
— Tylka… — wyszeptała w ciemność, nie chcąc wystraszyć Mathildy jeszcze bardziej. Następnie podniosła się, siadła bliżej na łóżku, kiedy ramiona młodszej kobiety zadrżały, a palce wbiły się boleśnie we własną skórę.
Jak do dzikiego oraz poranionego zwierzęcia, kobieta ostrożnie wyciągnęła lewą — jedyną sprawną dłoń w jej stronę, zawahała się na ułamek sekundy, potem musnęła delikatnie ramię młodszej czarownicy. — No już, to tylko sen, kochana. Jesteś u mnie, nic ci nie grozi — powiedziała cicho, na co w odpowiedzi oddech koszmaru urwał się, poszarpał w walce o każdy haust powietrza. Drżenie przyjaciółki było prawie że bolesne w dotyku, więc Mona przesunęła dłonią po jej ramieniu w dół, starając się poluzować desperacki chwyt na własnej skórze. Finalnie przyciągnęła ją bliżej do siebie.
— Oddychaj ze mną. Wdech i… wydech. Jesteś cała — powtórzyła rudowłosa kobieta, kołysząc ją lekko w ramionach. — Nic ani nikt cię nie dotknie póki tu jestem.
jaskółka, czarny brylant,
wrzucony tu przez diabła
wrzucony tu przez diabła