01.10.2025, 14:57 ✶
Cień, który odłączył się od gwaru ulicy Pokątnej i wszedł do Dziurawego Kotła, poruszał się z gracją i celem. Czarny, wełniany płaszcz, rozpięty i rozchylony w połowie przez dłoń schowaną w kieszeni spódnicy, odsłaniał jej fioletowy material. Powłóczysta spódnica i dopasowana, czarna bluzka, której koronkowy wzór wspinał się od dekoltu aż po szyję były strojem na jkai się dziś zdecydowała. Strojem z młodości, który matka nadal przechowywała. Na szczęście, gdyż jej normalne ubrania ciągle nosiły ten dziwny, uporczywy zapach dymu i zgnilizny. Długie, platynowe włosy opadały swobodnie na ramiona, kołysząc się w rytm jej kroków. Przemierzyła salę, nie rozglądając się na boki, jakby dokładnie wiedziała, dokąd zmierza. Jej celem był ten jeden, konkretny, osłonięty kąt. W dłoni dzierżyła już wysoką szklankę z ciemnym piwem, zwieńczoną kremową pianą.
Została przyłapana w pół kroku, gdy złote oczy Millie spoczęły na niej zza kurtyny kruczoczarnych włosów. Na ustach Ceolsige momentalnie zakwitł uśmiech – szczery, nieco zadziorny, zdradzający prawdziwą radość z tego spotkania. Uniosła swoją pintę w geście niemego toastu, salutując trafności spostrzeżeń znajomej.
– Jak zwykle czujna, oficer Moody. Przy tobie mam wrażenie, że noszę jakiś zaklęty dzwoneczek. – odparła z udawaną złośliwością, jej głos był melodyjny i spokojny. Podeszła do stolika i z cichym stuknięciem postawiła szklankę. Płaszcz zsunął się z jej ramion i wylądował na oparciu krzesła, a ona sama usiadła naprzeciwko Millie. – I owszem, Guinness. Cenię sobie tę charakterystyczną, cierpką nutkę ołowiu, którą da się w nim wyczuć. Pasuje do nastroju miasta.
Oparła łokcie o stół, splatając smukłe palce i uważnie, bez pośpiechu, zlustrowała wygląd towarzyszki. Jej błękitne oczy przesuwały się po zmęczonych rysach twarzy Millie, po chaosie we włosach i napięciu w postawie. Uśmiech na jej twarzy przygasł, zastąpiony przez starannie skonstruowaną maskę obojętnej troski.
– Wyglądasz okropnie – stwierdziła rzeczowo, tonem, który mógłby równie dobrze opisywać pogodę. W jej głosie nie było jednak złośliwości, a jedynie sztucznie zdystansowana obserwacja, mająca ukryć cień prawdziwego zmartwienia. - Cieszę się, że znalazłaś czas na nasze spotkanie. - Bylo to wyowiedziane zaskakująco bezpośrednio i szczerze. Odchyliła się trochę bardziej na krześle, zakąłdajac nogę na nogę. - Widzę, że coś nieźle Cię przeczochrało. - Poprawiła spódnice i powróciła do bardziej uprzejmego wręcz zadziornego tonu, kogoś kto cieszy się ze wspólnie spędzonego czasu. Przechyliła lekko głowę, a w jej oczach zapalił się błysk ciekawości. – Co tym razem? Nieudana randka? A może ktoś złapał Ci znicz przed nosem? - Pytania były wypowiedziane w żartobliwym tonie, w którym dobre znajome by się przekomarzały. Była to błacha zaczepka, zostawiająca pozbawione presji miejsce na prawdziwą lub błachą odpowiedź.
Została przyłapana w pół kroku, gdy złote oczy Millie spoczęły na niej zza kurtyny kruczoczarnych włosów. Na ustach Ceolsige momentalnie zakwitł uśmiech – szczery, nieco zadziorny, zdradzający prawdziwą radość z tego spotkania. Uniosła swoją pintę w geście niemego toastu, salutując trafności spostrzeżeń znajomej.
– Jak zwykle czujna, oficer Moody. Przy tobie mam wrażenie, że noszę jakiś zaklęty dzwoneczek. – odparła z udawaną złośliwością, jej głos był melodyjny i spokojny. Podeszła do stolika i z cichym stuknięciem postawiła szklankę. Płaszcz zsunął się z jej ramion i wylądował na oparciu krzesła, a ona sama usiadła naprzeciwko Millie. – I owszem, Guinness. Cenię sobie tę charakterystyczną, cierpką nutkę ołowiu, którą da się w nim wyczuć. Pasuje do nastroju miasta.
Oparła łokcie o stół, splatając smukłe palce i uważnie, bez pośpiechu, zlustrowała wygląd towarzyszki. Jej błękitne oczy przesuwały się po zmęczonych rysach twarzy Millie, po chaosie we włosach i napięciu w postawie. Uśmiech na jej twarzy przygasł, zastąpiony przez starannie skonstruowaną maskę obojętnej troski.
– Wyglądasz okropnie – stwierdziła rzeczowo, tonem, który mógłby równie dobrze opisywać pogodę. W jej głosie nie było jednak złośliwości, a jedynie sztucznie zdystansowana obserwacja, mająca ukryć cień prawdziwego zmartwienia. - Cieszę się, że znalazłaś czas na nasze spotkanie. - Bylo to wyowiedziane zaskakująco bezpośrednio i szczerze. Odchyliła się trochę bardziej na krześle, zakąłdajac nogę na nogę. - Widzę, że coś nieźle Cię przeczochrało. - Poprawiła spódnice i powróciła do bardziej uprzejmego wręcz zadziornego tonu, kogoś kto cieszy się ze wspólnie spędzonego czasu. Przechyliła lekko głowę, a w jej oczach zapalił się błysk ciekawości. – Co tym razem? Nieudana randka? A może ktoś złapał Ci znicz przed nosem? - Pytania były wypowiedziane w żartobliwym tonie, w którym dobre znajome by się przekomarzały. Była to błacha zaczepka, zostawiająca pozbawione presji miejsce na prawdziwą lub błachą odpowiedź.