20.02.2023, 22:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.03.2023, 17:20 przez Peregrinus Trelawney.)
Tego kwietniowego poranka, gdy chmury zasnuwały niebo nad Londynem, Peregrinus Trelawney mimo wczesnej pory zdążył załatwić już garść sprawunków na ulicy Pokątnej. W pracy miał zjawić się dopiero za ponad godzinę, więc korzystając z wolnego czasu, niespiesznie szperał wśród ustawionych na regałach książek. Znajdował się w niewielkiej księgarni z używanymi egzemplarzami, ukrytej w jednej z mniej uczęszczanych alejek przy Pokątnej. Nie miała ona wielu klientów, lecz stary sklepikarz wytrwale stawiał się każdego dnia w pracy, aby obsłużyć tych kilkunastu, a czasem ledwie kilku czarodziejów dziennie.
Peregrinus lubił to miejsce nie tylko dlatego, że na ogół był tu sam z niezaprzątającym mu głowy właścicielem, lecz również ze względu na zaopatrzenie. Kompletnie nie interesowały go bestsellerowe pozycje jak „Gorące zaklęcia na rok 1972” czy „Nowoczesna zielarka”, które wystawiano w większości sklepików. Być może było w tym nieco snobizmu, ale o wiele większą przyjemność sprawiało mu wynajdowanie białych kruków pomiędzy stertami książek w oprawach z popękanej skóry.
Tego dnia odłowił ledwie jedną pozycję, która przyciągnęła jego uwagę, lecz mimo to był usatysfakcjonowany poszukiwaniami. Po uregulowaniu rachunku ruszył ku wyjściu sklepu. Zadowolony, że wciąż nie pada — a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że wkrótce z chmur może zacząć siąpić deszcz — wyszedł na zewnątrz, a drzwi zamknęły się za nim z cichym brzdękiem dzwonka.
Już miał ruszyć ku głównej ulicy, gdy jego wzrok przyciągnęła kobieta klęczącą kilka kroków dalej, w głębi alejki.
Pierwszy odruch podpowiedział mu, aby to zignorować. Z natury nie lgnął do kontaktu z nieznajomymi, szczególnie gdy kontakt ten miał spore szanse okazać się nieprzyjemny (bo czegóż dobrego spodziewać się po wyraźnie dotkniętej jakimiś kłopotami kobiecie). Jakże wygodnie byłoby odwrócić wzrok i pójść swoją drogą.
Matka wychowała go jednak dobrze, wpajając poczucie odpowiedzialności za znajdujących się w niekorzystnym położeniu, potrzebujących pomocy. A szczególnie potrzebujących pomocy kobiet, jakkolwiek staroświeckie nie byłoby to podejście. Stąd też zamiast odwrócić głowę, skierował ku Brennie swoje kroki, na wszelki wypadek upewniając się, że jego różdżka jest pod ręką i może jej użyć w każdej chwili.
Uważnie przyjrzał się kobiecie: zdecydowanie nie była nastoletnim podlotkiem, który nierozważnie eksperymentował z niedozwolonymi miksturami. Nie wyglądała też na kogoś, kto regularnie oddawałby się w objęcia alkoholu. Im bliżej Peregrinus się znajdował, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że podjął słuszną decyzję.
— Przepraszam panią. — Przykucnął przy niej, odstawiając na bok pakunek z książką, aby obie jego ręce były wolne. Doskonale widział teraz potargane włosy Brenny i poranione ręce; nie wyczuwał za to żadnego przykrego zapachu, który można byłoby powiązać z alkoholikiem czy bezdomnym. — Co się stało? Potrzebuje pani pomocy?
Oderwał od niej na chwilę spojrzenie, aby naprędce otaksować wzrokiem otoczenie w poszukiwaniu śladów bójki czy napaści… czegokolwiek, co podpowiedziałoby mu, co spotkało nieznajomą. Niczego takiego jednak nie znalazł.
Peregrinus lubił to miejsce nie tylko dlatego, że na ogół był tu sam z niezaprzątającym mu głowy właścicielem, lecz również ze względu na zaopatrzenie. Kompletnie nie interesowały go bestsellerowe pozycje jak „Gorące zaklęcia na rok 1972” czy „Nowoczesna zielarka”, które wystawiano w większości sklepików. Być może było w tym nieco snobizmu, ale o wiele większą przyjemność sprawiało mu wynajdowanie białych kruków pomiędzy stertami książek w oprawach z popękanej skóry.
Tego dnia odłowił ledwie jedną pozycję, która przyciągnęła jego uwagę, lecz mimo to był usatysfakcjonowany poszukiwaniami. Po uregulowaniu rachunku ruszył ku wyjściu sklepu. Zadowolony, że wciąż nie pada — a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że wkrótce z chmur może zacząć siąpić deszcz — wyszedł na zewnątrz, a drzwi zamknęły się za nim z cichym brzdękiem dzwonka.
Już miał ruszyć ku głównej ulicy, gdy jego wzrok przyciągnęła kobieta klęczącą kilka kroków dalej, w głębi alejki.
Pierwszy odruch podpowiedział mu, aby to zignorować. Z natury nie lgnął do kontaktu z nieznajomymi, szczególnie gdy kontakt ten miał spore szanse okazać się nieprzyjemny (bo czegóż dobrego spodziewać się po wyraźnie dotkniętej jakimiś kłopotami kobiecie). Jakże wygodnie byłoby odwrócić wzrok i pójść swoją drogą.
Matka wychowała go jednak dobrze, wpajając poczucie odpowiedzialności za znajdujących się w niekorzystnym położeniu, potrzebujących pomocy. A szczególnie potrzebujących pomocy kobiet, jakkolwiek staroświeckie nie byłoby to podejście. Stąd też zamiast odwrócić głowę, skierował ku Brennie swoje kroki, na wszelki wypadek upewniając się, że jego różdżka jest pod ręką i może jej użyć w każdej chwili.
Uważnie przyjrzał się kobiecie: zdecydowanie nie była nastoletnim podlotkiem, który nierozważnie eksperymentował z niedozwolonymi miksturami. Nie wyglądała też na kogoś, kto regularnie oddawałby się w objęcia alkoholu. Im bliżej Peregrinus się znajdował, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że podjął słuszną decyzję.
— Przepraszam panią. — Przykucnął przy niej, odstawiając na bok pakunek z książką, aby obie jego ręce były wolne. Doskonale widział teraz potargane włosy Brenny i poranione ręce; nie wyczuwał za to żadnego przykrego zapachu, który można byłoby powiązać z alkoholikiem czy bezdomnym. — Co się stało? Potrzebuje pani pomocy?
Oderwał od niej na chwilę spojrzenie, aby naprędce otaksować wzrokiem otoczenie w poszukiwaniu śladów bójki czy napaści… czegokolwiek, co podpowiedziałoby mu, co spotkało nieznajomą. Niczego takiego jednak nie znalazł.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie