03.10.2025, 23:16 ✶
Yule w Warowni było tego roku takie jak zawsze — rodzinne, cieplutkie jak kocyk podgrzany na kaloryferze i przesycone uśmiechem. A potem Quintessa i Woodrow wrócili z rodzinnej kolacji do siebie i…
Trzaskasz tak tymi drzwiami, oczywiście, znów jesteś o coś zły.
O chuja tam był zły. O nic nie był zły, stara jędzo, ale w tamtej chwili stał się zły.
Tak to mniej więcej ostatnio się kręciło. Spinali się i rozchodzili po kątach domu, każdy dłubać swoje rzeczy. Żadne z nich nie potrafiło wykrzesać z siebie na tyle sił, aby usiąść do solidnej, szczerej rozmowy, bo i gdzież by ją niby zacząć. Tyle się nawarstwiło między nimi zgrzytów, tak trudno byłoby cofnąć się do pierwszego grzechu i rozebrać wszystkie kolejne na części pierwsze, wydłubać każdą drzazgę.
Woody więc chętnie i często wynosił się z domu, żeby żonie nie wchodzić w drogę, tak chociaż na parę(naście) godzin wyrwać się spod gnijącej małżeńskiej atmosfery. Nigdy nie był pracoholikiem, ale odkrył w sobie miłość do nadgodzin i nocnych dyżurów. Łatwo Longbottom wypielęgnował świeżo rozbudzoną namiętność, ponieważ Aaron Moody żywił od lat słabość do owej kochanki i przygotował mu grunt. Obracali teraz we dwóch tę kurwę, którą wcześniej kumplowi Woody wytykał — bo co to za życie w pracy, żyj więcej, Aaronie! No cóż, ostatnio mu się nawet spodobało to aaronowe zboczenie i poczuł dryg.
Odkrył w sobie również miłość do kuchni Harriera i — o mój kochany przyjacielu — Woodrow Longbottom był gorszy niż stonka. Pchał pod sam korek i trząsł uszami. Gdy rozmawiali, łypał okiem zza zasłony pięknych blond włosów na tę brytfanę z wystudzoną pieczenią i tylko kalkulował, czy mu jeszcze cieniutki kawałeczek nie wejdzie. A gdy już-już miał zażądać: Harry, weź no mi daj jeszcze plasterek, do przytulnego salonu zalatywała smakowita woń ciasta. Trzeba było zachować cenne miejsce.
Czuł się w domu Abbotta bardzo swobodnie i komfortowo. Harry napełnił mu żołądek, rozgrzał gardło i żyły alkoholem, całą resztę zaś ogniem kominka. Szare niebo kołysało do snu — wespół z kołyszącym się w dłoni Longbottoma kieliszkiem.
— Ty, no czy ja wiem — mruknął zamyślony detektyw, próbując sobie wyobrazić dziecko o twarzy Quintessy, w którym to scenariuszu on z Quintessą nie był. Było to mimo małżeńskich problemów wciąż dość abstrakcyjne. Gorzkie raczej tym, że ta córka o jej oczach nigdy się nie urodziła, nie tym, że nie układało się między nimi obecnie. — Może i coś w tym jest… ale co wtedy? Do końca życia poczucie winy za to, że nie umiesz o własnym dzieciaku myśleć tak, jak byś chciał? — Jego mina również wyrażała głębokie: no pojebane.
On w przeciwieństwie do przyjaciela wciąż jeszcze żałował. Trwał w jakiejś naiwnej myśli, że gdyby to dziecko się pojawiło, to by się między nim a Tessą nie zepsuło. Wszystko potoczyłoby się inaczej, tak?
— Daj mi coś mocniejszego, a daj — zachęcił Woody, wstając chwilę po Harrym. Zebrał po drodze puste talerze i z oczyma zmrużonymi od jaskrawego kuchennego światła poczłapał za nim. — Tylko się nie dziw potem, jak ci zalegnę na noc na kanapie. Tak żeś mnie utuczył, że się już teraz ledwo ruszam. No ale co ci powiem: delicje.
Longbottom złożył talerze w zlewie i zakręcił się za plecami Abbotta, aby zobaczyć ów jabłecznik. Jak na jego gust, to zjadłby i bez sosu waniliowego, ale jeśli mogło być jeszcze lepsze, nie zamierzał odwodzić kumpla od słodkiej modyfikacji.
— Krój, nie żałuj mi. Swoją drogą, spójrz na mnie, Harry, bo nie wiem, czy zauważyłeś. — Woody stanął za Abbottem, rozkładając szeroko ręce na boki, aby lepiej zaprezentować swój strój. — Wiesz, co to jest? — Miał na sobie sweter, który niewątpliwie przedstawiał rybę wyszytą na piersi. — Dostałem od skurwysyna Moody’ego na Yule. Kara za tego jazgarza, co mu wyrzuciłem w krzaki ostatnio. — Rzeczywiście, jak się przyjrzeć, ryba przypominała nieco jazgarza. — To ma mnie uczyć szacunku do żywego stworzenia. Ale ja ci powtarzam, co i jemu mówiłem: jazgarz to chwast, to szkodnik, żarłby ino ikrę i przez niego ryb mniej.
Trzaskasz tak tymi drzwiami, oczywiście, znów jesteś o coś zły.
O chuja tam był zły. O nic nie był zły, stara jędzo, ale w tamtej chwili stał się zły.
Tak to mniej więcej ostatnio się kręciło. Spinali się i rozchodzili po kątach domu, każdy dłubać swoje rzeczy. Żadne z nich nie potrafiło wykrzesać z siebie na tyle sił, aby usiąść do solidnej, szczerej rozmowy, bo i gdzież by ją niby zacząć. Tyle się nawarstwiło między nimi zgrzytów, tak trudno byłoby cofnąć się do pierwszego grzechu i rozebrać wszystkie kolejne na części pierwsze, wydłubać każdą drzazgę.
Woody więc chętnie i często wynosił się z domu, żeby żonie nie wchodzić w drogę, tak chociaż na parę(naście) godzin wyrwać się spod gnijącej małżeńskiej atmosfery. Nigdy nie był pracoholikiem, ale odkrył w sobie miłość do nadgodzin i nocnych dyżurów. Łatwo Longbottom wypielęgnował świeżo rozbudzoną namiętność, ponieważ Aaron Moody żywił od lat słabość do owej kochanki i przygotował mu grunt. Obracali teraz we dwóch tę kurwę, którą wcześniej kumplowi Woody wytykał — bo co to za życie w pracy, żyj więcej, Aaronie! No cóż, ostatnio mu się nawet spodobało to aaronowe zboczenie i poczuł dryg.
Odkrył w sobie również miłość do kuchni Harriera i — o mój kochany przyjacielu — Woodrow Longbottom był gorszy niż stonka. Pchał pod sam korek i trząsł uszami. Gdy rozmawiali, łypał okiem zza zasłony pięknych blond włosów na tę brytfanę z wystudzoną pieczenią i tylko kalkulował, czy mu jeszcze cieniutki kawałeczek nie wejdzie. A gdy już-już miał zażądać: Harry, weź no mi daj jeszcze plasterek, do przytulnego salonu zalatywała smakowita woń ciasta. Trzeba było zachować cenne miejsce.
Czuł się w domu Abbotta bardzo swobodnie i komfortowo. Harry napełnił mu żołądek, rozgrzał gardło i żyły alkoholem, całą resztę zaś ogniem kominka. Szare niebo kołysało do snu — wespół z kołyszącym się w dłoni Longbottoma kieliszkiem.
— Ty, no czy ja wiem — mruknął zamyślony detektyw, próbując sobie wyobrazić dziecko o twarzy Quintessy, w którym to scenariuszu on z Quintessą nie był. Było to mimo małżeńskich problemów wciąż dość abstrakcyjne. Gorzkie raczej tym, że ta córka o jej oczach nigdy się nie urodziła, nie tym, że nie układało się między nimi obecnie. — Może i coś w tym jest… ale co wtedy? Do końca życia poczucie winy za to, że nie umiesz o własnym dzieciaku myśleć tak, jak byś chciał? — Jego mina również wyrażała głębokie: no pojebane.
On w przeciwieństwie do przyjaciela wciąż jeszcze żałował. Trwał w jakiejś naiwnej myśli, że gdyby to dziecko się pojawiło, to by się między nim a Tessą nie zepsuło. Wszystko potoczyłoby się inaczej, tak?
— Daj mi coś mocniejszego, a daj — zachęcił Woody, wstając chwilę po Harrym. Zebrał po drodze puste talerze i z oczyma zmrużonymi od jaskrawego kuchennego światła poczłapał za nim. — Tylko się nie dziw potem, jak ci zalegnę na noc na kanapie. Tak żeś mnie utuczył, że się już teraz ledwo ruszam. No ale co ci powiem: delicje.
Longbottom złożył talerze w zlewie i zakręcił się za plecami Abbotta, aby zobaczyć ów jabłecznik. Jak na jego gust, to zjadłby i bez sosu waniliowego, ale jeśli mogło być jeszcze lepsze, nie zamierzał odwodzić kumpla od słodkiej modyfikacji.
— Krój, nie żałuj mi. Swoją drogą, spójrz na mnie, Harry, bo nie wiem, czy zauważyłeś. — Woody stanął za Abbottem, rozkładając szeroko ręce na boki, aby lepiej zaprezentować swój strój. — Wiesz, co to jest? — Miał na sobie sweter, który niewątpliwie przedstawiał rybę wyszytą na piersi. — Dostałem od skurwysyna Moody’ego na Yule. Kara za tego jazgarza, co mu wyrzuciłem w krzaki ostatnio. — Rzeczywiście, jak się przyjrzeć, ryba przypominała nieco jazgarza. — To ma mnie uczyć szacunku do żywego stworzenia. Ale ja ci powtarzam, co i jemu mówiłem: jazgarz to chwast, to szkodnik, żarłby ino ikrę i przez niego ryb mniej.
piw0 to moje paliwo