04.10.2025, 23:24 ✶
Ktoś rzeczywiście wpadł, ktoś krzyknął coś korzystając z lokalnej gwary, ale wiele osób zaśmiało się na to, łącznie z Anthonym, który domknął zwiewną kadencją utwór i zaczął grać o wiele żwawsze polki.
Wieczór upłynął na śpiewach i zabawach, towarzystwo mocno było rozhulane, gdy grajek wymówił się zmęczeniem choć i bez towarzystwa w pokoju spędziłby dużo czasu wtapiając się w sufit. Miał dość huku, dość ludzi. Jego zadanie było odhaczone. Prawie każde które zaplanował sobie tego dnia.
Prawie.
Dał mu znać i zniknął w czeluściach pokoju. Umył się. Przebrał się. Posprzątał ramę łóżka, której nie mieli szansy ogarnąć w ciągu dnia. Przejrzał bagaż. Wybrał książkę. Przysiadł na swojej połowie. Zapalił nocną lampkę. Zaczął czytać.
Która chwila była dobra? Która chwila była odpowiednia? Kiedy powinno się otworzyć usta i dać popłynąć słowom. Oczy zza szkieł osadzonych w cienkich złotych oprawkach śledziły tekst, pozwalały myślom spowolnić. Nie żeby nie rozważał tego wszystkiego w ciągu dnia, w ciągu ostatniego miesiąca.
Znów pozornie spokojny, znów zaczynała się jakaś rozgrywka i z pewną goryczą w ustach poczuł, że wpada w te same karby rozważań, co przed rozmową w pewnej prowansalskiej winnicy. Geograficznie znajdowali się całkiem niedaleko tego miejsca. Ciekawe co Somnia miałby do powiedzenia na temat astrokartografii ich lokacji. Być może wcale nie była odpowiednia na rozwiązywanie… napięć.
– Zdaje się, że musimy wyjaśnić sobie pewną sprawę. – Nie do końca zauważył kiedy to powiedział, nie podnosił nawet wzroku znad książki, po prostu słyszał jego obecność, czuł, doświadczał subtelności zmiany otoczenia, kiedy wchodził do niego ktoś taki jak Jonathan. A może nie chodziło o aurę, którą roztaczał przed światem, może chodziło o to, jak od czasów szkoły dostrojony był do tej prezencji, tęskniąc za czymś, co było wtedy niemożliwe. Za czymś co teraz, zdawało się na wyciągnięcie ręki. – Jestem Ci winien przeprosiny. – Zamknął książkę, zsunął z nosa okulary, czując piach pod powiekami przesuszonych spojówek.
Wieczór upłynął na śpiewach i zabawach, towarzystwo mocno było rozhulane, gdy grajek wymówił się zmęczeniem choć i bez towarzystwa w pokoju spędziłby dużo czasu wtapiając się w sufit. Miał dość huku, dość ludzi. Jego zadanie było odhaczone. Prawie każde które zaplanował sobie tego dnia.
Prawie.
Dał mu znać i zniknął w czeluściach pokoju. Umył się. Przebrał się. Posprzątał ramę łóżka, której nie mieli szansy ogarnąć w ciągu dnia. Przejrzał bagaż. Wybrał książkę. Przysiadł na swojej połowie. Zapalił nocną lampkę. Zaczął czytać.
Która chwila była dobra? Która chwila była odpowiednia? Kiedy powinno się otworzyć usta i dać popłynąć słowom. Oczy zza szkieł osadzonych w cienkich złotych oprawkach śledziły tekst, pozwalały myślom spowolnić. Nie żeby nie rozważał tego wszystkiego w ciągu dnia, w ciągu ostatniego miesiąca.
Znów pozornie spokojny, znów zaczynała się jakaś rozgrywka i z pewną goryczą w ustach poczuł, że wpada w te same karby rozważań, co przed rozmową w pewnej prowansalskiej winnicy. Geograficznie znajdowali się całkiem niedaleko tego miejsca. Ciekawe co Somnia miałby do powiedzenia na temat astrokartografii ich lokacji. Być może wcale nie była odpowiednia na rozwiązywanie… napięć.
– Zdaje się, że musimy wyjaśnić sobie pewną sprawę. – Nie do końca zauważył kiedy to powiedział, nie podnosił nawet wzroku znad książki, po prostu słyszał jego obecność, czuł, doświadczał subtelności zmiany otoczenia, kiedy wchodził do niego ktoś taki jak Jonathan. A może nie chodziło o aurę, którą roztaczał przed światem, może chodziło o to, jak od czasów szkoły dostrojony był do tej prezencji, tęskniąc za czymś, co było wtedy niemożliwe. Za czymś co teraz, zdawało się na wyciągnięcie ręki. – Jestem Ci winien przeprosiny. – Zamknął książkę, zsunął z nosa okulary, czując piach pod powiekami przesuszonych spojówek.