Wypracowany mechanizm w kolektywnej świadomości wypracował społeczny stereotyp jako narodziny człowieka były czymś pięknym, a przynajmniej powodem do radości. Tak jakby przyjście na świat kolejnego człowieczego nielota wcale nie było okupione mnóstwem cierpienia, bólu, a to wszystko poprzedzało szereg wyrzeczeń i cholernej niewygody. Jednocześnie ten sam mechanizm kazał myśleć, że śmierć jest tragedią, a przynajmniej powodem do smutku. Chociaż śmierć często była końcem udręki, a nierzadko nawet momentem ulgi. Przykrość po stracie kogoś bliskiego, to bardzo egoistyczny powód, żeby nadawać temu wszystkiemu tak ponurego nastroju. Co według niego było piękne w odbieraniu komuś życia? Wszystko. Sam widok, wszystkie kolejne warstwy tego czynu, a nawet aura tego wszystkiego. Przyjemnym było patrzeć jak iskra Matki uchodziła z ciała, robiąc z człowieka jedynie pustą skorupę. W tym przypadku widok nieudolności brygadzisty i to w jak żenujący sposób rzeczywistość weryfikowała jego pragnienia o byciu strażnikiem porządku i zapewne chęć ratowania innych. Plany pewnie miał wielkie, jednak był za słaby. Po co więc takie nieudolne życie sztucznie wciąż podtrzymywać? Potem wpadał aspekt rywalizacji. Louvain zawsze musiał z kimś lub z czymś konkurować. Całkiem jakby ta machineria pychy działała na paliwo ze zwycięstw nad przeciwnikiem. Brygadzista przegrał swoje życie, Louvain wygrał jego śmierć. I to co było w tym wszystkim najpiękniejsze to przecież Cynthia. Widział sporo śmierci zadanej w brutalny i krwawy sposób tej nocy, ale śmierci zadanej tak czysto i finezyjnie nie widział. Było to więc coś bardzo niespotykanego i dla kogoś kto śmiercią się karmił było to jak odkrycie nowej kuchni, pełnej przepysznych nowiutkich smaków. Jeśli był to jej morderczy debiut, to jako morderca z doświadczeniem mógł śmiało wróżyć jej jeszcze wielu sukcesów w tej branży. No i właściwie najważniejsze. Zrobiła to, bo ją do tego zmusił. Zmanipulował na tyle, że nie zostawił jej zbyt wielu innych opcji. Zaszantażował. I świadomość tego wszystkiego najbardziej była dla niego ekscytująca.
Wyciągnął ją z tego lodowego pałacu, nie pozostawiając już żadnych złudzeń, ile warta była jej te fasadowa przenikliwość. Odkąd ona pierwsza ugodziła jego ego, wtedy, kiedy go wybrała, a kiedy tego najbardziej potrzebował, miał wewnętrzną potrzebę udowodnienia jak bardzo się we wszystkim myliła. Jak ta wyniosłość i jej chłód w niczym jej nie pomogą. Nienawidził tego jak Cynthia swoją bierność i brak odpowiedzialności usprawiedliwia tym, że nauczono ją być chłodną oraz dumną i w ten sposób radzić sobie ze wszystkim. Jednocześnie nie miał intencji, aby ją zranić. Nie robił tego z nienawiści do niej, tylko do jej postępowania. Zrobił to, żeby zademonstrować jej, że czego by nie zrobiła i tak wyjdzie na jego. Że inicjatywa jest zawsze po jego stronie. Że dalsze stawianie przed oporu nie ma żadnego sensu, bo on zawsze musi wygrywać. I właśnie teraz napawając się widokiem zdruzgotanej uzdrowicielki, dopiął swego. A był to przecież dopiero prolog do czego był prawdziwie zdolny.
Dobrze, że nie zapłakała. Słone łzy tylko odebrałyby mu słodki smak zwycięstwa jaki spijał z jej ust. Odbierał to co, jak uważał, zupełnie mu się należało. Bez cienia trwogi, bez grama zawahania, czy aby to do czego ją zmusił było niewłaściwe. Dlaczego miałoby nie być? Na wojnie i w miłości wszystkie chwyty dozwolone. Pozwolił jej na ten krok do przodu, samemu ustępując nieco miejsca. Nieznacznie, bo zaraz po tym jego dłonie spłynęły po niej całej, zatrzymując się w okolicy bioder. Przycisnął ją do siebie, zaciskając palce na jej postaci. Mocno tak by przylgnęła do niego całą sobą. Kiedy ugryzła go w wargę mruknął, nieco zaskoczony. Taki ból był akceptowalny, przyjemny. Taki mogła mu sprawiać, w przeciwieństwie do takiego po którym zmuszony był wsadzać ją w sytuacje takie jak sprzed paru chwil. Uśmiechnął, a może nawet parsknął sarkastycznym śmiechem na jej słowa. Wyświechtane frazesy, okrągłe zdania, które z brudną rzeczywistością nie miały zbyt wiele wspólnego. - Nie będzie żadnej ceny, jeśli będziesz grzeczna jak dzisiaj. Odparł pysznie, pełen przekonania o swojej niezawisłości. Jego ego nie pozwalało mu na to, by jakieś przestrogi docierały do jego myśli, zwłaszcza od kogoś kto tym razem słuchał jego nakazów, nie na odwrót. - Wystarczy, że będziesz robiła to co mówię, a cała reszta już sama się ułoży. Dołożył jeszcze kilka słów do pełni swojego cynizmu, a potem jego wargi znów wyrwały się, by odnaleźć słodycz jej ust.