05.10.2025, 22:47 ✶
Cynthia wolała pomijać kwestię wykonywania przez niego brudnej roboty chłopca na posyłki w obawie, że zbyt mocno obrazi jego rodzinę. A tego Borgin nie lubił. Prawda była taka, że dał sobie wejść na głowę i zrobić z siebie czarną owcę, zamiast się sprzeciwić. Jego najbliżsi zdawali się nie myśleć o konsekwencjach, które mogą go spotkać. Zresztą od bycia lojalnym do ślepego podążania za rozkazami była cienka granica. Stać go było na więcej, mógł mieć i osiągnąć więcej, ale z jakiegoś niezrozumiałego dla niej nigdy powodu, nigdy nie chciał złapać szansy w dłonie. A szkoda.
- Masz takie życie, na jakie się godzisz. Zmiany nie są łatwe, ale na tym polega rozwój. Gdybyś tylko chciał, przestałbyś robić za kogoś brudną robotę. - zauważyła dość miękko i łagodnie, nie chcąc go przypadkiem rozjuszyć swoimi słowami. Powinien się nad tym zastanowić, dla swojego własnego dobra, bo już dość miał problemów. Z Ministerstwem, Aurorami i samym Voldemortem.
Śmierć Roberta mogła obudzić w nim wspomnienia o Anne, a wszystko dookoła dodatkowo przytłoczyć, przez co na próżno było szukać w nim optymizmu. Każdy musiał przeżyć żałobę po swojemu. Nie mogła przecież wiedzieć, że to nie tylko Robert i Annie zostali brakującą cząstką jego rzeczywistości i za uciekającym na taflę jeziora spojrzeniem, kryło się coś zupełnie innego. Odmienna tęsknota.
Pokręciła głową, a w tęczówkach na kilka sekund pojawiła się rozbawiona iskierka. Kiedyś może faktycznie była niewinna i czysta, chciała szlachetnie zająć się uzdrawianiem, wyjść młodo za mąż i mieć gromadkę dzieci, którym poświęcała czas po zmianach w Szpitalu Św. Munga. Te wizje wydawały się jej odległe i niewyraźne, światło bijące od szlachetności dawno ściemniało, a Cynthia miała więcej na sumieniu, niż kiedykolwiek by przypuszczała. Jej myśli krążyły dookoła niebezpiecznych, przekraczających granicę nurtów Nekromancji, której na samym początku jeszcze się bała. Teraz stała się elementem blondynki, wrośniętą częścią, której nie mogłaby się już pozbyć. Chciała coś dodać do niewinności, ale rozmowa wróciła na poważniejsze tory, więc jedynie zacisnęła usta i słuchała tego, co miał do powiedzenia w związku z wyrokiem.
- Dowodów można się pozbyć. - zauważyła cicho, sugerując mu jedno z możliwych rozwiązań. W Ministerstwie była bezpośrednio pod szefem ich departamentu, mogłaby uzyskać dostęp lub pomóc komuś dostać się do tego, co Stanleya obciążało. Wciąż uważała, że większym problemem była kwestia mrocznego znaku, którego było znacznie trudniej się pozbyć. - Zeznania można sfałszować. Czy Twój kuzyn się na tym nie znał? W razie czego...? - ściągnęła brwi, zaniepokojona tym stwierdzeniem i znów poczuła, jak zaciskają się jej palce. Nie była głupia, chociaż często takową udawała, zwyczajnie nie chcąc zadawać właściwych pytań. Teraz też tego nie chciała, ale brutalna świadomość nawiązywania do ewentualnej perspektywy utraty życia zostawiała małe pole wyobraźni. - Stanley, nie zamierzasz chyba w żaden sposób ryzykować i postępować lekkomyślnie, prawda?
Lubił kusić los. Lubił robić głupie rzeczy w imię równie głupich idei, które wcale nie były ponadczasowe. Zaskakujące, że osoba otaczająca się każdego dnia śmiercią, miała do życia więcej szacunku, niż oni. Oddawali je lekkomyślnie, ryzykowali takie stwierdzenia między wierszami, jakby dotyczyły jedynie popołudniowej herbaty.
- Brenna to moja przyjaciółka, nie zrobi nic takiego. Nie martw się, będę z tym ostrożna, nie chcę też stawiać jej pod ścianą i powiedzieć czegoś, czego nie będzie mogła bagatelizować i zignorować.
Zdawała sobie sprawę z tego, jakim prawym człowiekiem była Longbottom i jak tej dwójce wybitnie się kontakty nie układały. Powiadali, że przeciwieństwa się przyciągają, ale oni zaprzeczyli temu durnemu powiedzonku. Starała się faktycznie nie rozmawiać z nimi o tej drugiej osobie, nie było sensu kusić losu. Wiedziała też, jak mocno zawiodłaby Brennę, gdyby wiedziała o tym wszystkim, co Cynthia chowała w mroku. I wytłumaczenie, że robiła to dla osób, na których jej zależy, nie miałoby żadnego znaczenia.
Westchnęła, czując pod palcami ciemne, wciąż wijące się włosy i spojrzała na jezioro. Starała się go nie okłamywać, ale też nie mogła powiedzieć mu całej prawdy. Dla jego własnego bezpieczeństwa i spokoju ducha. Im mniej wiedział, tym lepiej. Już wystarczał list gończy, który wisiał nad nim, niczym fatum i skupiał niepotrzebną uwagę. Całe szczęście, że miał kryjówki i kontakty, aby się zaszyć.
Skrzyżowała ręce na piersiach na jego słowa, unosząc brwi i spoglądając na niego z góry, mając niezbyt zadowoloną minę, a jednocześnie rozbawioną minę.
- Wiem, że lata młodości mam już za sobą, ale daj spokój, nie jest aż tak źle! - wywróciła oczami, starając się obrócić wszystko w żart. Faktycznie nie wyglądała najlepiej, ale nie musiał być tak dosadny. Schudła, miała mnóstwo ran i siniaków, a podkrążone oczy było coraz trudniej ukryć pod warstwą makijażu. - Z kosą byłoby mi do twarzy. Obiecaj mi?
Przekręciła głowę na bok, a jej palce zacisnęły się na własnych ramionach i kurtce, która je zakrywała. To nie było takie proste, zwłaszcza z tym, co zamierzała zrobić. Z drugiej jednak strony, gdyby spełnił się najgorszy scenariusz, czy śmierć nie byłaby formą odpoczynku? Przynajmniej nie dociekał, co właściwie badała i co chciała, musiała zrobić. Wyprostowała głowę, unikając jego spojrzenia i zwilżyła wargi, wydając z siebie ciche mruknięcie zastanowienia. Jawnie kupowała sobie czas, ale na szczęście, Stanley znów zaczął mówić. Skupiła więc na nim uwagę, a brwi ponownie drgnęły jej do góry i pokręciła głową.
- A zamierzasz zniknąć i przestać się do mnie odzywać? - zapytała najpierw, zwiększając między nimi dystans. Już raz tak przecież zrobił, miał w tym wprawę, ale nie zamierzała mówić tego głośno. Zrobiła kilka kroków, przechadzając się w milczeniu, podczas gdy kolejne słowa Czarodzieja roznosiły się echem po jej głowie. Miał pecha, bo nie była już tak naiwna, jak kiedyś. Rozluźniła dłonie, a potem przesunęła palcami po swojej szyi i włosach, zgarniając je do tyłu. Zawsze była kimś, kto planował, kto przewidywał i tworzył scenariusze. W jednym z nich, jeśli poszłoby nie tak, jakby sobie tego życzyła, fakt, że mieli kontakt, mógłby go jeszcze bardziej pogrążyć. Zatrzymała się, pozwalając, aby kurtka nieco zsunęła się z ramion i obróciła się przodem do niego, a potem zbliżyła, siadając przed nim i wbijając w niego spojrzenie. Wymuszając praktycznie, aby zrobił to samo.
- Nie muszę uratować całego świata, nie martw się tym. Wiem, że chcesz mnie chronić Stanley, ale poradzę sobie. Jestem dużą dziewczynką i jestem wystarczająco silna. Nie dokładasz mi niczego do ramion, czego nie byłoby już tam wcześniej. - wzruszyła nimi wymownie, lekko, jakby niczego obciążającego nie można było tam znaleźć. Uniosła dłoń, zgarniając jasne pasma włosów za ucho i na chwilę przeniosła spojrzenie na swoje dłonie, które tkwiły rozluźnione na udach. Milczenie tym razem trwało jednak tylko kilka sekund. - Może to nie jest głupi pomysł, żebyśmy zerwali kontakt i żebyś się zaszył. Musisz zadbać o własne bezpieczeństwo, a ja bym nie wybaczyła sobie, gdybym kogoś na Ciebie naprowadziła. Chciałeś, żebym Ci coś obiecała i owszem, mogę to zrobić, jeśli Ty mi coś też obiecasz.
Chciała go chronić. I Victorię, Atreusa, Brennę, Rudiego, Louvaina i nawet Sauriela. I właściwie cała reszta nie miała dla Cynthii większego znaczenia, bo nie było rzeczy, z którą by sobie nie poradziła i której by się bała — poza właśnie widmem śmierci krążącym nad tymi kilkoma osobami, dzięki którym jeszcze pamiętała o tym, że życie to coś więcej, niż praca, że emocje nie były tylko przeszkodą w drodze do celu. Którzy przypominali jej, kim była. Nie była łatwa w obyciu, wiedziała o tym. Zamknięcie się w lodowej zbroi pozwalało jej jednak podejmować trudne decyzje bez strachu. Całe szczęście, że Fergusa i Castiela tutaj nie było, tkwili bezpieczni poza Wielką Brytanią. Podniosła na niego znów spojrzenie.
- Obiecaj mi, że się nie poddasz. I że znajdziesz powód, aby działać z większym optymizmem w sprawie wyjścia na prostą i prowadzenia życia — normalnego życia, którego byś chciał i którego zazdrościsz. Nie traktuj tego tak lekko, nie rezygnuj. Powinieneś walczyć o siebie, nawet jeśli nie byłoby innych, którzy by o Ciebie walczyli. Nie dawaj na siebie zrzucać brudnej roboty.
- Masz takie życie, na jakie się godzisz. Zmiany nie są łatwe, ale na tym polega rozwój. Gdybyś tylko chciał, przestałbyś robić za kogoś brudną robotę. - zauważyła dość miękko i łagodnie, nie chcąc go przypadkiem rozjuszyć swoimi słowami. Powinien się nad tym zastanowić, dla swojego własnego dobra, bo już dość miał problemów. Z Ministerstwem, Aurorami i samym Voldemortem.
Śmierć Roberta mogła obudzić w nim wspomnienia o Anne, a wszystko dookoła dodatkowo przytłoczyć, przez co na próżno było szukać w nim optymizmu. Każdy musiał przeżyć żałobę po swojemu. Nie mogła przecież wiedzieć, że to nie tylko Robert i Annie zostali brakującą cząstką jego rzeczywistości i za uciekającym na taflę jeziora spojrzeniem, kryło się coś zupełnie innego. Odmienna tęsknota.
Pokręciła głową, a w tęczówkach na kilka sekund pojawiła się rozbawiona iskierka. Kiedyś może faktycznie była niewinna i czysta, chciała szlachetnie zająć się uzdrawianiem, wyjść młodo za mąż i mieć gromadkę dzieci, którym poświęcała czas po zmianach w Szpitalu Św. Munga. Te wizje wydawały się jej odległe i niewyraźne, światło bijące od szlachetności dawno ściemniało, a Cynthia miała więcej na sumieniu, niż kiedykolwiek by przypuszczała. Jej myśli krążyły dookoła niebezpiecznych, przekraczających granicę nurtów Nekromancji, której na samym początku jeszcze się bała. Teraz stała się elementem blondynki, wrośniętą częścią, której nie mogłaby się już pozbyć. Chciała coś dodać do niewinności, ale rozmowa wróciła na poważniejsze tory, więc jedynie zacisnęła usta i słuchała tego, co miał do powiedzenia w związku z wyrokiem.
- Dowodów można się pozbyć. - zauważyła cicho, sugerując mu jedno z możliwych rozwiązań. W Ministerstwie była bezpośrednio pod szefem ich departamentu, mogłaby uzyskać dostęp lub pomóc komuś dostać się do tego, co Stanleya obciążało. Wciąż uważała, że większym problemem była kwestia mrocznego znaku, którego było znacznie trudniej się pozbyć. - Zeznania można sfałszować. Czy Twój kuzyn się na tym nie znał? W razie czego...? - ściągnęła brwi, zaniepokojona tym stwierdzeniem i znów poczuła, jak zaciskają się jej palce. Nie była głupia, chociaż często takową udawała, zwyczajnie nie chcąc zadawać właściwych pytań. Teraz też tego nie chciała, ale brutalna świadomość nawiązywania do ewentualnej perspektywy utraty życia zostawiała małe pole wyobraźni. - Stanley, nie zamierzasz chyba w żaden sposób ryzykować i postępować lekkomyślnie, prawda?
Lubił kusić los. Lubił robić głupie rzeczy w imię równie głupich idei, które wcale nie były ponadczasowe. Zaskakujące, że osoba otaczająca się każdego dnia śmiercią, miała do życia więcej szacunku, niż oni. Oddawali je lekkomyślnie, ryzykowali takie stwierdzenia między wierszami, jakby dotyczyły jedynie popołudniowej herbaty.
- Brenna to moja przyjaciółka, nie zrobi nic takiego. Nie martw się, będę z tym ostrożna, nie chcę też stawiać jej pod ścianą i powiedzieć czegoś, czego nie będzie mogła bagatelizować i zignorować.
Zdawała sobie sprawę z tego, jakim prawym człowiekiem była Longbottom i jak tej dwójce wybitnie się kontakty nie układały. Powiadali, że przeciwieństwa się przyciągają, ale oni zaprzeczyli temu durnemu powiedzonku. Starała się faktycznie nie rozmawiać z nimi o tej drugiej osobie, nie było sensu kusić losu. Wiedziała też, jak mocno zawiodłaby Brennę, gdyby wiedziała o tym wszystkim, co Cynthia chowała w mroku. I wytłumaczenie, że robiła to dla osób, na których jej zależy, nie miałoby żadnego znaczenia.
Westchnęła, czując pod palcami ciemne, wciąż wijące się włosy i spojrzała na jezioro. Starała się go nie okłamywać, ale też nie mogła powiedzieć mu całej prawdy. Dla jego własnego bezpieczeństwa i spokoju ducha. Im mniej wiedział, tym lepiej. Już wystarczał list gończy, który wisiał nad nim, niczym fatum i skupiał niepotrzebną uwagę. Całe szczęście, że miał kryjówki i kontakty, aby się zaszyć.
Skrzyżowała ręce na piersiach na jego słowa, unosząc brwi i spoglądając na niego z góry, mając niezbyt zadowoloną minę, a jednocześnie rozbawioną minę.
- Wiem, że lata młodości mam już za sobą, ale daj spokój, nie jest aż tak źle! - wywróciła oczami, starając się obrócić wszystko w żart. Faktycznie nie wyglądała najlepiej, ale nie musiał być tak dosadny. Schudła, miała mnóstwo ran i siniaków, a podkrążone oczy było coraz trudniej ukryć pod warstwą makijażu. - Z kosą byłoby mi do twarzy. Obiecaj mi?
Przekręciła głowę na bok, a jej palce zacisnęły się na własnych ramionach i kurtce, która je zakrywała. To nie było takie proste, zwłaszcza z tym, co zamierzała zrobić. Z drugiej jednak strony, gdyby spełnił się najgorszy scenariusz, czy śmierć nie byłaby formą odpoczynku? Przynajmniej nie dociekał, co właściwie badała i co chciała, musiała zrobić. Wyprostowała głowę, unikając jego spojrzenia i zwilżyła wargi, wydając z siebie ciche mruknięcie zastanowienia. Jawnie kupowała sobie czas, ale na szczęście, Stanley znów zaczął mówić. Skupiła więc na nim uwagę, a brwi ponownie drgnęły jej do góry i pokręciła głową.
- A zamierzasz zniknąć i przestać się do mnie odzywać? - zapytała najpierw, zwiększając między nimi dystans. Już raz tak przecież zrobił, miał w tym wprawę, ale nie zamierzała mówić tego głośno. Zrobiła kilka kroków, przechadzając się w milczeniu, podczas gdy kolejne słowa Czarodzieja roznosiły się echem po jej głowie. Miał pecha, bo nie była już tak naiwna, jak kiedyś. Rozluźniła dłonie, a potem przesunęła palcami po swojej szyi i włosach, zgarniając je do tyłu. Zawsze była kimś, kto planował, kto przewidywał i tworzył scenariusze. W jednym z nich, jeśli poszłoby nie tak, jakby sobie tego życzyła, fakt, że mieli kontakt, mógłby go jeszcze bardziej pogrążyć. Zatrzymała się, pozwalając, aby kurtka nieco zsunęła się z ramion i obróciła się przodem do niego, a potem zbliżyła, siadając przed nim i wbijając w niego spojrzenie. Wymuszając praktycznie, aby zrobił to samo.
- Nie muszę uratować całego świata, nie martw się tym. Wiem, że chcesz mnie chronić Stanley, ale poradzę sobie. Jestem dużą dziewczynką i jestem wystarczająco silna. Nie dokładasz mi niczego do ramion, czego nie byłoby już tam wcześniej. - wzruszyła nimi wymownie, lekko, jakby niczego obciążającego nie można było tam znaleźć. Uniosła dłoń, zgarniając jasne pasma włosów za ucho i na chwilę przeniosła spojrzenie na swoje dłonie, które tkwiły rozluźnione na udach. Milczenie tym razem trwało jednak tylko kilka sekund. - Może to nie jest głupi pomysł, żebyśmy zerwali kontakt i żebyś się zaszył. Musisz zadbać o własne bezpieczeństwo, a ja bym nie wybaczyła sobie, gdybym kogoś na Ciebie naprowadziła. Chciałeś, żebym Ci coś obiecała i owszem, mogę to zrobić, jeśli Ty mi coś też obiecasz.
Chciała go chronić. I Victorię, Atreusa, Brennę, Rudiego, Louvaina i nawet Sauriela. I właściwie cała reszta nie miała dla Cynthii większego znaczenia, bo nie było rzeczy, z którą by sobie nie poradziła i której by się bała — poza właśnie widmem śmierci krążącym nad tymi kilkoma osobami, dzięki którym jeszcze pamiętała o tym, że życie to coś więcej, niż praca, że emocje nie były tylko przeszkodą w drodze do celu. Którzy przypominali jej, kim była. Nie była łatwa w obyciu, wiedziała o tym. Zamknięcie się w lodowej zbroi pozwalało jej jednak podejmować trudne decyzje bez strachu. Całe szczęście, że Fergusa i Castiela tutaj nie było, tkwili bezpieczni poza Wielką Brytanią. Podniosła na niego znów spojrzenie.
- Obiecaj mi, że się nie poddasz. I że znajdziesz powód, aby działać z większym optymizmem w sprawie wyjścia na prostą i prowadzenia życia — normalnego życia, którego byś chciał i którego zazdrościsz. Nie traktuj tego tak lekko, nie rezygnuj. Powinieneś walczyć o siebie, nawet jeśli nie byłoby innych, którzy by o Ciebie walczyli. Nie dawaj na siebie zrzucać brudnej roboty.