06.10.2025, 18:00 ✶
Atmosfera panująca w salonie w Snowdonii była cicha i niemal senna, lecz nie usypiająca. Nie. Ani myślał tak po prostu kłaść się do łóżka, tracąc te ostatnie godziny przed wielkimi wydarzeniami mającymi mieć miejsce od następnego poranka. Sam ślub niby nie miał zbyt wiele zmienić (no, przynajmniej nie między nimi), ale nie dało się ukryć, że to były ostatnie godziny, jakie mogli spędzić bez znajdowania się na świeczniku masy ludzi.
Wymieniając przelotny pocałunek z dziewczyną, przycupnął na dywanie, aby zająć miejsce w pobliżu nóg Geraldine. Nie chciał jednak zmuszać jej do tego, by kurczyła je na kanapie. Zdecydowanie mógł zadowolić się podłogą, byleby tylko być w stanie patrzyć na Yaxleyównę, nie musząc wykonywać przy tym żadnych dziwnych akrobacji.
Dziwił go brak innych osób w pomieszczeniu. Jednakże jednocześnie nie zamierzał zbyt wiele drążyć. Nie planował na siłę szukać towarzystwa. Zresztą. To najważniejsze już było przy nim. Miał Rinę, ich trzy psy i kota. To było całkiem spore grono. Z pewnością kompletne, nawet bez dodatkowej obecności jego przyszłych teściów, Ursuli, kolegów i ich osób towarzyszących, i tak dalej, i tak dalej. Zdecydowanie zadowolił się przypuszczeniami o knuciu, nawet jeśli z przyzwyczajenia zadał jeszcze to jedno pytanie.
- Jestem ostatni? Corio, Millie i reszta już przybyli? - Nie wymieniał Ursuli, bowiem ona z pewnością już była w rezydencji, konspirując z Jennifer, co do pozostałych, był jednak ciekawy.
Było całkiem późno, ale nie za późno, więc wszystko było możliwe. Szczególnie przy świętowaniu sabatu, które zwykło przeciągać się do późnych godzin wieczornych. Jeśli już o to natomiast chodziło...
- Dokładnie tak jak dało się przewidzieć - odparł w taki sposób, że sens idący za tym zdaniem był bardzo jasny.
Rodzinne biesiadowanie minęło mu pod znakiem prywatnej męki i stanowczo zbyt wielu rozmów.
- A tobie? Szybko ci odpuścili? - Poniekąd pytał o to, od jak dawna mogła cieszyć się panującą tu ciszą, poniekąd zaś o to, ile razy słyszała jakieś męczące pytania, bo w końcu ludzie lubili wiedzieć, co, jak i przede wszystkim dlaczego.
Nawet nie próbował ukryć tego, że uśmiechnął się szerzej i bardziej wymownie niż tylko pod nosem. W końcu Geraldine doskonale wiedziała, że niespecjalnie przepadał za sabatami. Czy to rodzinnymi, czy też nie. To nie miało dla niego aż tak wielkiego znaczenia. Liczyło się po prostu to, o czym niejednokrotnie rozmawiali. Sama konieczność stawienia się gdzieś, gdzie musiał się stawić. Brak tej właściwej osoby u boku, której obecność trochę ułatwiłaby mu sprawę także niczego mu nie ułatwiała.
Przez lata towarzyszyli sobie nawzajem w najróżniejszych okolicznościach. Całkiem skutecznie manewrowali pomiędzy dwoma rodowymi rezydencjami, układając sobie zgrabne grafiki wizyt. Czasami wystarczyło, aby odwiedzili któryś dom dzień przed lub dzień po oficjalnej dacie. Czasem po prostu byli u jednych na śniadaniu, u drugich zaś na kolacji, pośrodku odwiedzając świątynie i stragany. Konfiguracje były różne, ale odkąd postanowili iść razem przez życie, raczej nie spędzali sabatów osobno.
Zeszły rok był więc dla niego wyjątkowo trudny. Niespecjalnie chciał o tym zresztą rozmawiać, zwłaszcza o części wydarzeń mających wtedy miejsce. Jeśli chodziło o Mabon oraz większość świąt, starał się być wtedy w pracy. Naprawdę usiłował dyskretnie ustawić sobie grafik tak, aby nie musieć pojawiać się samotnie i znosić różnorakich spojrzeń. Czasami współczujących, czasem zaciekawionych, niektórych bardzo zadowolonych z obrotu sprawy.
W tym roku nie było inaczej. Szczególnie z początkiem wiosny, czuł się przytłoczony wspomnieniami i myślami. Zaszył się w Mungu. Był tam przy paru okazjach, gdy rozpętał się zamęt. To właśnie z pracy zajmował się skutkami wydarzeń. Dwudziesty drugi września miał być pierwszą datą, jakiej Greengrass nie spędzał w pracy, szczególnie biorąc pod uwagę branie przez nich ślubu dzień później.
Uroczystości ślubne. No właśnie. Być może to przez wzgląd na nie, obie rodziny tak bardzo uparły się na zagarnięciu dla siebie Młodych na niemal cały dzień. Nie było mowy o wspólnym przybyciu w oba miejsca na chwilę. Tegoroczne Mabon było najbardziej rodzinnym świętem, jakie kiedykolwiek przeżył Ambroise.
Rodzinnym, bowiem Geraldine też była dla niego rodziną. Uznawał ją za bliższą mu niż znaczną część krewnych, z którymi widywał się jedynie przy wyjątkowo rzadkich okazjach. W przeciągu kilkunastu godzin, mieli zostać małżeństwem. Później zaś rodzicami. Nic więc dziwnego, że po stokroć wolałby mieć ją u boku, nawet jeśli to oznaczałoby jeszcze bardziej napięty grafik.
Życie nie było jednak aż tak łaskawe. Zobaczyli się dopiero po dwudziestej pierwszej. Ale mieli dla siebie całą noc, nieprawdaż?
- Chcesz pomilczeć czy...? - Nie skończył, pozostawił ofertę otwartą, bo tak właściwie, mieli kilka opcji.
To była kwestia tego, czego mogła pragnąć. A po sabatowym dniu bywało różnie.
Wymieniając przelotny pocałunek z dziewczyną, przycupnął na dywanie, aby zająć miejsce w pobliżu nóg Geraldine. Nie chciał jednak zmuszać jej do tego, by kurczyła je na kanapie. Zdecydowanie mógł zadowolić się podłogą, byleby tylko być w stanie patrzyć na Yaxleyównę, nie musząc wykonywać przy tym żadnych dziwnych akrobacji.
Dziwił go brak innych osób w pomieszczeniu. Jednakże jednocześnie nie zamierzał zbyt wiele drążyć. Nie planował na siłę szukać towarzystwa. Zresztą. To najważniejsze już było przy nim. Miał Rinę, ich trzy psy i kota. To było całkiem spore grono. Z pewnością kompletne, nawet bez dodatkowej obecności jego przyszłych teściów, Ursuli, kolegów i ich osób towarzyszących, i tak dalej, i tak dalej. Zdecydowanie zadowolił się przypuszczeniami o knuciu, nawet jeśli z przyzwyczajenia zadał jeszcze to jedno pytanie.
- Jestem ostatni? Corio, Millie i reszta już przybyli? - Nie wymieniał Ursuli, bowiem ona z pewnością już była w rezydencji, konspirując z Jennifer, co do pozostałych, był jednak ciekawy.
Było całkiem późno, ale nie za późno, więc wszystko było możliwe. Szczególnie przy świętowaniu sabatu, które zwykło przeciągać się do późnych godzin wieczornych. Jeśli już o to natomiast chodziło...
- Dokładnie tak jak dało się przewidzieć - odparł w taki sposób, że sens idący za tym zdaniem był bardzo jasny.
Rodzinne biesiadowanie minęło mu pod znakiem prywatnej męki i stanowczo zbyt wielu rozmów.
- A tobie? Szybko ci odpuścili? - Poniekąd pytał o to, od jak dawna mogła cieszyć się panującą tu ciszą, poniekąd zaś o to, ile razy słyszała jakieś męczące pytania, bo w końcu ludzie lubili wiedzieć, co, jak i przede wszystkim dlaczego.
Nawet nie próbował ukryć tego, że uśmiechnął się szerzej i bardziej wymownie niż tylko pod nosem. W końcu Geraldine doskonale wiedziała, że niespecjalnie przepadał za sabatami. Czy to rodzinnymi, czy też nie. To nie miało dla niego aż tak wielkiego znaczenia. Liczyło się po prostu to, o czym niejednokrotnie rozmawiali. Sama konieczność stawienia się gdzieś, gdzie musiał się stawić. Brak tej właściwej osoby u boku, której obecność trochę ułatwiłaby mu sprawę także niczego mu nie ułatwiała.
Przez lata towarzyszyli sobie nawzajem w najróżniejszych okolicznościach. Całkiem skutecznie manewrowali pomiędzy dwoma rodowymi rezydencjami, układając sobie zgrabne grafiki wizyt. Czasami wystarczyło, aby odwiedzili któryś dom dzień przed lub dzień po oficjalnej dacie. Czasem po prostu byli u jednych na śniadaniu, u drugich zaś na kolacji, pośrodku odwiedzając świątynie i stragany. Konfiguracje były różne, ale odkąd postanowili iść razem przez życie, raczej nie spędzali sabatów osobno.
Zeszły rok był więc dla niego wyjątkowo trudny. Niespecjalnie chciał o tym zresztą rozmawiać, zwłaszcza o części wydarzeń mających wtedy miejsce. Jeśli chodziło o Mabon oraz większość świąt, starał się być wtedy w pracy. Naprawdę usiłował dyskretnie ustawić sobie grafik tak, aby nie musieć pojawiać się samotnie i znosić różnorakich spojrzeń. Czasami współczujących, czasem zaciekawionych, niektórych bardzo zadowolonych z obrotu sprawy.
W tym roku nie było inaczej. Szczególnie z początkiem wiosny, czuł się przytłoczony wspomnieniami i myślami. Zaszył się w Mungu. Był tam przy paru okazjach, gdy rozpętał się zamęt. To właśnie z pracy zajmował się skutkami wydarzeń. Dwudziesty drugi września miał być pierwszą datą, jakiej Greengrass nie spędzał w pracy, szczególnie biorąc pod uwagę branie przez nich ślubu dzień później.
Uroczystości ślubne. No właśnie. Być może to przez wzgląd na nie, obie rodziny tak bardzo uparły się na zagarnięciu dla siebie Młodych na niemal cały dzień. Nie było mowy o wspólnym przybyciu w oba miejsca na chwilę. Tegoroczne Mabon było najbardziej rodzinnym świętem, jakie kiedykolwiek przeżył Ambroise.
Rodzinnym, bowiem Geraldine też była dla niego rodziną. Uznawał ją za bliższą mu niż znaczną część krewnych, z którymi widywał się jedynie przy wyjątkowo rzadkich okazjach. W przeciągu kilkunastu godzin, mieli zostać małżeństwem. Później zaś rodzicami. Nic więc dziwnego, że po stokroć wolałby mieć ją u boku, nawet jeśli to oznaczałoby jeszcze bardziej napięty grafik.
Życie nie było jednak aż tak łaskawe. Zobaczyli się dopiero po dwudziestej pierwszej. Ale mieli dla siebie całą noc, nieprawdaż?
- Chcesz pomilczeć czy...? - Nie skończył, pozostawił ofertę otwartą, bo tak właściwie, mieli kilka opcji.
To była kwestia tego, czego mogła pragnąć. A po sabatowym dniu bywało różnie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down