07.10.2025, 08:25 ✶
Drgnął, gdy Jonathan z taką łatwością po niego sięgnął, w geście tak prostym, tak oczywistym dla niego samego w kontakcie z kobietami w zupełnie innych okolicznościach rozmowy. Co innego dawać, co innego przyjmować, czuć gorąc kontaktu, fakturę miękkiej skóry wypielęgnowanych dłoni. Skupił więc wzrok na tym połączeniu, nie podnosił głowy, pospiesznie zbierając myśli, powstrzymując się przed tym by zwyczajnie pochylić się ku swojemu towarzyszowi, zapaść się weń i zapomnieć o tym głupim nieporozumieniu.
Ono nie było głupie. Było niebezpieczne.
– W Egipcie zastanawiałem się jak ubrać to wszystko w słowa, dużo czasu spędzałem sam, ale Somnia zaczął… zaczął naciskać. Punktować to jak Cię zaniedbałem, jak nic o Tobie nie wiem. Jak okrzepłem w przekonaniu, że jesteś za każdym razem, gdy się odwrócę. Mówiliśmy też o tym… o hrabim. – W sierpniu tyle o tym rozmawiali, a wczorajsze wyznania pośrodku ciemnego pokoju powinny zetrzeć ślad zaciśnięcia, które momentalnie się pojawiło w zmęczonym ostatnim czasem ciele. Zwilżył usta, próbując nie zacisnąć zaborczo palców na jego palcach, nie wczepić się mocniej, w całe dłonie, w nadgarstki, ramiona. Nie musiał przecież, nie powinien wątpić, nie po wczoraj. Wspomnienie jednak - zakopane, oprószone mechanizmami obronnymi - było plastyczne i silne.
– Powinienem… powinienem przedstawić Ci sprawę. Wprost. Nie zatapiać się w retorycznych figurach, nie dawać wątpliwie przestrzeni na to, byś mógł wybrnąć według scenariusza, który sobie wymyśliłem, którego tak… tak rozpaczliwie chciałem doświadczyć. Scenariusza, w którym wyciągasz rękę i mówisz, że nie ma potrzeby dublować organizacji, skoro mogę współpracować z Tobą i dla Ciebie. A każde Twoje słowo niewpisujące się w moje oczekiwania bolało coraz bardziej. Byłem tak… byłem tak piekielnie zazdrosny, że straciłem z oczu wszystko. Cel rozmowy. Poczucie winy. Pamięć o tym, jak bardzo… jak zawsze zależało mi na Tobie. – odchrząknął, nie potrafią podnieść wzroku. Jego palce wilgotne nerwami tego wyznania, co rusz nerwowo drgały, jakby w konieczności upewnienia się, że połączenie nie zostało zerwane. – Przepraszam Jonathan. Nie powinienem się temu porwać i przedkładać prywatne impulsy, nad… nad wszystko, co było istotne w tamtej konfrontacji i każdej późniejszej.
Ono nie było głupie. Było niebezpieczne.
– W Egipcie zastanawiałem się jak ubrać to wszystko w słowa, dużo czasu spędzałem sam, ale Somnia zaczął… zaczął naciskać. Punktować to jak Cię zaniedbałem, jak nic o Tobie nie wiem. Jak okrzepłem w przekonaniu, że jesteś za każdym razem, gdy się odwrócę. Mówiliśmy też o tym… o hrabim. – W sierpniu tyle o tym rozmawiali, a wczorajsze wyznania pośrodku ciemnego pokoju powinny zetrzeć ślad zaciśnięcia, które momentalnie się pojawiło w zmęczonym ostatnim czasem ciele. Zwilżył usta, próbując nie zacisnąć zaborczo palców na jego palcach, nie wczepić się mocniej, w całe dłonie, w nadgarstki, ramiona. Nie musiał przecież, nie powinien wątpić, nie po wczoraj. Wspomnienie jednak - zakopane, oprószone mechanizmami obronnymi - było plastyczne i silne.
– Powinienem… powinienem przedstawić Ci sprawę. Wprost. Nie zatapiać się w retorycznych figurach, nie dawać wątpliwie przestrzeni na to, byś mógł wybrnąć według scenariusza, który sobie wymyśliłem, którego tak… tak rozpaczliwie chciałem doświadczyć. Scenariusza, w którym wyciągasz rękę i mówisz, że nie ma potrzeby dublować organizacji, skoro mogę współpracować z Tobą i dla Ciebie. A każde Twoje słowo niewpisujące się w moje oczekiwania bolało coraz bardziej. Byłem tak… byłem tak piekielnie zazdrosny, że straciłem z oczu wszystko. Cel rozmowy. Poczucie winy. Pamięć o tym, jak bardzo… jak zawsze zależało mi na Tobie. – odchrząknął, nie potrafią podnieść wzroku. Jego palce wilgotne nerwami tego wyznania, co rusz nerwowo drgały, jakby w konieczności upewnienia się, że połączenie nie zostało zerwane. – Przepraszam Jonathan. Nie powinienem się temu porwać i przedkładać prywatne impulsy, nad… nad wszystko, co było istotne w tamtej konfrontacji i każdej późniejszej.