08.10.2025, 03:06 ✶
Ogień. Dym. Śmierć
Lyssa nie była tym zanadto zainteresowana, nie tym co działo się z innymi, kompletnie jej obcymi ludźmi. Lana siedziała w Prawach Czasu w stanie wręcz katatonicznym, więc dla kontrastu Lyssa wpadała co chwila w stany histeryczne.
To co miała na rękach, nie chciało się bowiem domyć.
Cokolwiek krzyczał ten oszołom, który oblał ją farbą, nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Nie interesowały jej jego pobudki - liczyło się tylko to, że wybrał sobie na cel właśnie ją. JĄ! Bogu ducha winną dziewczynę, która przypadkiem tylko stała obok. Do niczego, co działo się tego dnia, nie przyłożyła ręki. Nic z tego nie było jej winą, a mimo tego jej rodzina cierpiała. Cholera, nie widział, że wszyscy tutaj cierpieli?
Stała więc w łazience, kolejny raz już dzisiaj i myła ręce. Czuła się jak postać w jakiejś sztuce, której sumienie właśnie przeżera łapczywie serce, próbując zmusić ją do jakichś odruchów, kiedy oczy wciąż widziały czerwień. Krew na rękach, krew na sukience. Nie, nie, nie. To nie była krew. Nie mogła być przecież, prawda? Krew by zeszła i to tak zwyczajnie normalnie, ale nic przecież nie działało, więc może jednak nie była krew? Albo jakaś zaczarowana? Kto wiedział jak działała posoka jakichś magicznych zwierząt?
Wreszcie padły sławetne słowa - był tu uzdrowiciel. Lyssa przetarła dłonie jeszcze raz, jakby dając im ostatnią szansę żeby zmieniły zdanie i okazały się czyste - to wszystko na nic. Zakręciła więc wodę i ruszyła w dół, bo była w łazience na piętrze. Powoli, trochę w transie, z zapłakanymi oczami i pobrudzona, czuła się więc absolutnie żałośnie. Kiedy pan uzdrowiciel wchodził przez drzwi, ona schodziła z półpiętra, niczym wyjęta ze slashera dziewczyna, oblana krwią, ze zlepionymi włosami, ochlapaną twarzą, ubraniem i rękoma, które z resztą trzymała niezręcznie przed sobą, jakby bojąc się że coś jeszcze umaże.
Lyssa nie była tym zanadto zainteresowana, nie tym co działo się z innymi, kompletnie jej obcymi ludźmi. Lana siedziała w Prawach Czasu w stanie wręcz katatonicznym, więc dla kontrastu Lyssa wpadała co chwila w stany histeryczne.
To co miała na rękach, nie chciało się bowiem domyć.
Cokolwiek krzyczał ten oszołom, który oblał ją farbą, nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Nie interesowały jej jego pobudki - liczyło się tylko to, że wybrał sobie na cel właśnie ją. JĄ! Bogu ducha winną dziewczynę, która przypadkiem tylko stała obok. Do niczego, co działo się tego dnia, nie przyłożyła ręki. Nic z tego nie było jej winą, a mimo tego jej rodzina cierpiała. Cholera, nie widział, że wszyscy tutaj cierpieli?
Stała więc w łazience, kolejny raz już dzisiaj i myła ręce. Czuła się jak postać w jakiejś sztuce, której sumienie właśnie przeżera łapczywie serce, próbując zmusić ją do jakichś odruchów, kiedy oczy wciąż widziały czerwień. Krew na rękach, krew na sukience. Nie, nie, nie. To nie była krew. Nie mogła być przecież, prawda? Krew by zeszła i to tak zwyczajnie normalnie, ale nic przecież nie działało, więc może jednak nie była krew? Albo jakaś zaczarowana? Kto wiedział jak działała posoka jakichś magicznych zwierząt?
Wreszcie padły sławetne słowa - był tu uzdrowiciel. Lyssa przetarła dłonie jeszcze raz, jakby dając im ostatnią szansę żeby zmieniły zdanie i okazały się czyste - to wszystko na nic. Zakręciła więc wodę i ruszyła w dół, bo była w łazience na piętrze. Powoli, trochę w transie, z zapłakanymi oczami i pobrudzona, czuła się więc absolutnie żałośnie. Kiedy pan uzdrowiciel wchodził przez drzwi, ona schodziła z półpiętra, niczym wyjęta ze slashera dziewczyna, oblana krwią, ze zlepionymi włosami, ochlapaną twarzą, ubraniem i rękoma, które z resztą trzymała niezręcznie przed sobą, jakby bojąc się że coś jeszcze umaże.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.