Heath pogodziła się już z tym, w jakich czasach przyszło im żyć. Przegadała temat z przyjaciółmi, wytłumaczyła im, że nie zamierza być bierna. Zbyt wiele zła spotykało niewinnych, aby stała z boku. Zamierzała się zaangażować, aktywnie brać udział w walce z nieprzyjacielem. Może nie do końca wiedziała jeszcze od czego zacząć, ale nie bała się tego, że ktoś się dowie, jakie ma poglądy. Zresztą i tak wszyscy wiedzieli, jednym z celów ataków był przecież sklep jej rodziców, gdzie zginęła Pani Smith - przekochana staruszka, która pracowała tam od wieków. Oni nie mieli sumienia, zabijali, aby zabić, nie liczyli się z niczym, chcieli tylko przestraszyć zwykłych zjadaczy chleba, żeby mieć większe poparcie. W Heather nie tak łatwo było wzbudzić strach, nie bała się konfrontacji, bo właściwie, co mogło się jej stać, mogła umrzeć? Kiedyś i tak zejdzie z tego świata. Nie bała się śmierci.
- Cody, czasem lepiej jest stać z boku.- Szczególnie, że to zaangażowanie mogło zaszkodzić innym. Wiedziała, że to nic przyjemnego zostać odsuniętym od sprawy, jednak chodziło o większe dobro, musiał jakoś sobie z tym poradzić. - Rozumiem, ale czy chcesz się zaangażować w to wszystko? Czy chodzi Ci tylko o odnalezienie Charliego? - Wolała się upewnić, że dobrze rozumie jego intencje. Sama Heather wiedziała, że coś się dzieje, że ludzie się organizują, aby stawiać czoło popleniczkom Voldemorta, nie wiedziała kto i co dokładnie się dzieje, ale docierały do niej różne informacje. Zresztą Brenna nawet wspomniała jej o tym, że ma się szykować na Beltane i chodziło tu nie tylko o służbę. Wierzyła w to, że jej zaangażowanie zostanie docenione i ktoś jej powie więcej o tym, co się dzieje.
- Jest bezpieczny. - Powtórzyła cicho bardzo spokojnym tonem. Wolała, żeby się tego dowiedział, w końcu mógłby narobić sporego bałaganu, gdyby zaczął szukać Rookwooda, mogłoby to im zaszkodzić, a tego zdecydowanie nie potrzebowali. - Nie masz mi za co dziękować, tylko obiecaj, że nie będziesz go szukał, bo to może zaszkodzić.- Wolała mieć pewność, że zdusiła te jego chęci poszukiwań ich wspólnego znajomego. Musiała usłyszeć obietnicę.
Na całe szczęście Cody zmienił temat na trochę wygodniejszy, chociaż właściwie, czy tak do końca? Dlaczego zmieniła ścieżkę kariery, bo ją posadzili na ławce, a ona nie znosiła siedzieć bezczynnie. Miała spokornieć, jednak nie do końca jej się podobał ten pomysł. - Była to dosyć spontaniczna decyzja, wiesz, radziłam sobie w szkole z tymi wszystkimi przedmiotami... a w quidditchu mieli problem z moim temperamentem, chcieli, żebym siedziała na ławce, męczyło mnie to, więc odeszłam.- Tak w skrócie, wolała nie wspominać, że bardzo brakuje jej grania, bo pokazałoby to, że podjęła złą decyzję. - Skoro już tak gawędzimy, jak w ogóle doszło do tego, że zostałeś wampirem, i czy najpierw umarłeś, czy najpierw zostałeś przemieniony? - Zadała wreszcie pytanie, które siedziało w jej głowie od momentu ich ostatniego spotkania.