12.10.2025, 22:44 ✶
W zasadzie to nie spodziewała się, że ktokolwiek się przyłączy do tego małego zakładu, ale jeden z typów, którzy siedzieli niedaleko, wstał i podszedł do Charlotte.
- Wchodzę w to, stawiam na brudasa - powiedział, kładąc na ladzie jednego sykla. Ach, ile ona mogłaby za to sobie kupić! Gdyby nie ta pieprzona noc z 8 na 9 września, to pewnie nie byłaby taka łasa na jakiekolwiek monety, ale Los tak chciał, że jej życie potoczyło się tak a nie inaczej. Kiwnęła więc z uznaniem głowa, a potem dołożyła swojego sykla.
- Łatwy zarobek, bo widzisz, ten tu mój kolega... Chłopie, co ty robisz, POSTAWIŁAM NA CIEBIE SYKLA! - a już go chciała chwalić, już chciała prężyć muskuły że zna takiego fajnego Borgina, który napierdala głową przypadkowych ludzi o stoliki w knajpie, którą prowadzi albo jest jakimśtam zarządcą czy inny chuj. A tu proszę bardzo: spierdolił jej tak piękny plan! Zapewne zrobił to specjalnie, po złośliwości, bo jakżeby inaczej.
Stanley niezgrabnie złapał złodzieja za łeb, a ten wyślizgnął się z jego uścisku i wylądował na ziemi. Ajajajaj. Pomogłaby, oczywiście, ale no skoro już postawiła na "Matthew", to nie mogła mu pomagać, nie? Westchnęła więc ciężko, jakby była bardzo, bardzo zmęczona, i zaciągnęła się papierosem.
- Mówiłaś coś?
- Spierdalaj - burknęła z uprzejmością godną obrażonej pannicy, której jedynym zamkiem był ten dla kasztanowych ludzików. Spojrzała na polerującego szkło Francisa i uśmiechnęła się słodko. - Dałbyś mi piwo? Suszy mnie trochę. Na szarlotkę poczekam, bo jak obstawiłam, to nie mogę się wtrącać, byłoby to nieuczciwe.
Bo oczywiście że by w razie czego pomogła! Na pewno, tak tak. Osłoniłaby Borgina własną piersią i przyjęła na siebie cios. Tak, taka właśnie była, dobra i szlachetna jak każdy ha tfu puchon.
- Fajnie tu. Często oferujecie takie rozrywki? - zagadnęła jeszcze Francisa, nie mogąc oderwać oczu od Stanleya. Chuj z tym, że przegrywał, rzadko kiedy miała okazję oglądać pojedynek 1 na 1, Madame Fontaine załatwiała sprawy inaczej. Po cichu, bardziej czysto.
- Wchodzę w to, stawiam na brudasa - powiedział, kładąc na ladzie jednego sykla. Ach, ile ona mogłaby za to sobie kupić! Gdyby nie ta pieprzona noc z 8 na 9 września, to pewnie nie byłaby taka łasa na jakiekolwiek monety, ale Los tak chciał, że jej życie potoczyło się tak a nie inaczej. Kiwnęła więc z uznaniem głowa, a potem dołożyła swojego sykla.
- Łatwy zarobek, bo widzisz, ten tu mój kolega... Chłopie, co ty robisz, POSTAWIŁAM NA CIEBIE SYKLA! - a już go chciała chwalić, już chciała prężyć muskuły że zna takiego fajnego Borgina, który napierdala głową przypadkowych ludzi o stoliki w knajpie, którą prowadzi albo jest jakimśtam zarządcą czy inny chuj. A tu proszę bardzo: spierdolił jej tak piękny plan! Zapewne zrobił to specjalnie, po złośliwości, bo jakżeby inaczej.
Stanley niezgrabnie złapał złodzieja za łeb, a ten wyślizgnął się z jego uścisku i wylądował na ziemi. Ajajajaj. Pomogłaby, oczywiście, ale no skoro już postawiła na "Matthew", to nie mogła mu pomagać, nie? Westchnęła więc ciężko, jakby była bardzo, bardzo zmęczona, i zaciągnęła się papierosem.
- Mówiłaś coś?
- Spierdalaj - burknęła z uprzejmością godną obrażonej pannicy, której jedynym zamkiem był ten dla kasztanowych ludzików. Spojrzała na polerującego szkło Francisa i uśmiechnęła się słodko. - Dałbyś mi piwo? Suszy mnie trochę. Na szarlotkę poczekam, bo jak obstawiłam, to nie mogę się wtrącać, byłoby to nieuczciwe.
Bo oczywiście że by w razie czego pomogła! Na pewno, tak tak. Osłoniłaby Borgina własną piersią i przyjęła na siebie cios. Tak, taka właśnie była, dobra i szlachetna jak każdy ha tfu puchon.
- Fajnie tu. Często oferujecie takie rozrywki? - zagadnęła jeszcze Francisa, nie mogąc oderwać oczu od Stanleya. Chuj z tym, że przegrywał, rzadko kiedy miała okazję oglądać pojedynek 1 na 1, Madame Fontaine załatwiała sprawy inaczej. Po cichu, bardziej czysto.