14.10.2025, 17:47 ✶
Kończę rozmawiać z Samanthą i podchodzę do Eugenii.
Och oczywiście, że inicjatywy się liczyły. Roberta niezmiernie to cieszyło, nawet jeśli wolał, by Ministerstwo obrało wspólny front. Było przecież tyle do zrobienia, tylu poszkodowanych... Miał więc nadzieję, że budowana z cegiełek darczyńców makieta mogła choć odrobinę pomóc. Nawet jeśli to Ministerstwo powinno było to zacząć to robić już od dwóch tygodni. Nie mogło się przecież okazać, że inicjatywy prywatne zrobiłyby więcej niż te państwowe. Jaki wtedy autorytet miałyby władze? Czy zasługiwałyby w ogóle na szacunek?
Zabawił jeszcze Samanthę krótką gadką szmatką, potwierdzając swoją gotowość do działania na rzecz zażegnania kryzysu po Spalonej Nocy. Wiedział, że od kiedy wpuścił do atrium Ministerstwa mugoli, wzbudziło to spore kontrowersje. A jednak, gdyby tego nie zrobił, skończyłby swoją karierę. Zachowałby się niespójnie z ideałami, które od zawsze reprezentował w Wizengamocie, a nie było gorszego grzechu politycznego niż obłuda i hipokryzja.
Kątem oka zobaczył Ministrę rozmawiającą z Hannibalem i Electrą. Eugenia wyglądała na rozpromienioną, ewidentnie brakowało je przebywania wśród śmietanki towarzyskiej, a za takimi bankietami musiała wprost przepadać. Dziwnie było widzieć ją taką zadowoloną z życia. Być może stanowiło to szansę do wykorzystania.
Robert odszedł od Samanthy, dziękując jej za rozmowę, po czym udał się na poszukiwania Ministry w tłumie. Nie było trudno ją znaleźć - wystarczyło popatrzeć, gdzie zwracali wzrok jej aurorzy-ochroniarze. Podszedł więc do niej z dwoma kieliszkami szampana, które pochwycił z niesionej przez kelnera tacy.
– To wyjątkowy wieczór, prawda? Dobrze jest zobaczyć tych młodych, utalentowanych ludzi. Aż budzi się w człowieku nadzieja na lepsze jutro – uśmiechnął się do niej uroczo, kiwając w stronę przechodzącego obok Hannibala. – Próbowała Pani tortu? Jest wybitny, jeśli mam być szczery. Choć szampan... też jest niczego sobie – podał jej kieliszek.
Na razie nie wchodził na polityczne tory. Tego wieczoru trzeba było postępować jeszcze finezyjniej niż w Wizengamocie, dobierać słowa precyzyjnie i uważać na wszelkie drażliwości. Jednocześnie nie mógł stracić swojego stylu. Musiał wykorzystać każdego asa, którego chował w rękawie.
– Wygląda Pani dziś lśniąco, Pani Ministro. Oczywiście, proszę mi wybaczyć bezpośredniość, ale z racji charakteru tego wieczoru być może zgodzi się pani, że komplement jest najzupełniej na miejscu – kolejny uśmiech, miękkie spojrzenie. – Jak Pani znajduje "Ekstazę Merlina"? Muszę przyznać, że było to wyjątkowe widowisko.
Och oczywiście, że inicjatywy się liczyły. Roberta niezmiernie to cieszyło, nawet jeśli wolał, by Ministerstwo obrało wspólny front. Było przecież tyle do zrobienia, tylu poszkodowanych... Miał więc nadzieję, że budowana z cegiełek darczyńców makieta mogła choć odrobinę pomóc. Nawet jeśli to Ministerstwo powinno było to zacząć to robić już od dwóch tygodni. Nie mogło się przecież okazać, że inicjatywy prywatne zrobiłyby więcej niż te państwowe. Jaki wtedy autorytet miałyby władze? Czy zasługiwałyby w ogóle na szacunek?
Zabawił jeszcze Samanthę krótką gadką szmatką, potwierdzając swoją gotowość do działania na rzecz zażegnania kryzysu po Spalonej Nocy. Wiedział, że od kiedy wpuścił do atrium Ministerstwa mugoli, wzbudziło to spore kontrowersje. A jednak, gdyby tego nie zrobił, skończyłby swoją karierę. Zachowałby się niespójnie z ideałami, które od zawsze reprezentował w Wizengamocie, a nie było gorszego grzechu politycznego niż obłuda i hipokryzja.
Kątem oka zobaczył Ministrę rozmawiającą z Hannibalem i Electrą. Eugenia wyglądała na rozpromienioną, ewidentnie brakowało je przebywania wśród śmietanki towarzyskiej, a za takimi bankietami musiała wprost przepadać. Dziwnie było widzieć ją taką zadowoloną z życia. Być może stanowiło to szansę do wykorzystania.
Robert odszedł od Samanthy, dziękując jej za rozmowę, po czym udał się na poszukiwania Ministry w tłumie. Nie było trudno ją znaleźć - wystarczyło popatrzeć, gdzie zwracali wzrok jej aurorzy-ochroniarze. Podszedł więc do niej z dwoma kieliszkami szampana, które pochwycił z niesionej przez kelnera tacy.
– To wyjątkowy wieczór, prawda? Dobrze jest zobaczyć tych młodych, utalentowanych ludzi. Aż budzi się w człowieku nadzieja na lepsze jutro – uśmiechnął się do niej uroczo, kiwając w stronę przechodzącego obok Hannibala. – Próbowała Pani tortu? Jest wybitny, jeśli mam być szczery. Choć szampan... też jest niczego sobie – podał jej kieliszek.
Na razie nie wchodził na polityczne tory. Tego wieczoru trzeba było postępować jeszcze finezyjniej niż w Wizengamocie, dobierać słowa precyzyjnie i uważać na wszelkie drażliwości. Jednocześnie nie mógł stracić swojego stylu. Musiał wykorzystać każdego asa, którego chował w rękawie.
– Wygląda Pani dziś lśniąco, Pani Ministro. Oczywiście, proszę mi wybaczyć bezpośredniość, ale z racji charakteru tego wieczoru być może zgodzi się pani, że komplement jest najzupełniej na miejscu – kolejny uśmiech, miękkie spojrzenie. – Jak Pani znajduje "Ekstazę Merlina"? Muszę przyznać, że było to wyjątkowe widowisko.