14.10.2025, 22:07 ✶
Popiół w rzeczy samej mógł mieć wiele znaczeń, choć niewiele z nich było pozytywnych. W normalnych warunkach Peregrinus z chęcią zagłębiłby się w akademickie rozważania nad symboliką popiołów — marnością żywota, żałobą, skruchą i wszystkimi tymi ponurymi konotacjami — lecz atmosfera zagęszczała się i abolutnie temu nie sprzyjała.
Lyssa nie zaskoczyła go samym wybuchem. Jej początkowy zryw jedynie go zirytował, lecz nastoletnie emocje eskalowały do poziomu, który przekroczył granicę tolerancji Peregrinusa Trelawneya. Nie dał zbić się czarownicy z tropu. Ledwie ona wyrzuciła karty, on już wyciągał rękę, aby zatrzasnąć okno. Zastawił swoim ciałem dostęp do niego i wyciągnął ostrzegawczo różdżkę, celując w dziewczynę.
— Dość! — Rzadko można było Peregrinusa ujrzeć poruszonego. Był człowiekiem o kamiennej twarzy, w której złe wieści tonęły bezpowrotnie i prawie nie odciskały na niej piętna, jakby wszystkiego, co złe, i tak się spodziewał. Tym razem był zdenerwowany, czego nawet ta kamienna maska obojętności nie przykryła. — Dość. To nie czas na twoje wygłupy, opanuj się.
Mężczyzna stał w tej przeklętej chmurze rozpraszającego się powoli dymu oraz spalenizny i przypominały mu się żywe trupy palone w Windermere. Stresujące wspomnienie nałożyło się na równie stresujące okoliczności bieżące i nawet cesarz stoicyzmu stracił cierpliwość.
— Gdzie chciałabyś się ewakuować? — zapytał może nieco zbyt oschle Cassandrę, nie spuszczając dyscyplinującego wzroku z Lyssy.
Trelawney nie był bogaczem z katalogiem wiejskich rezydencji i rodowych posiadłości. Prócz rodzinnego mieszkania — skądinąd bezużytecznego, bo w tej samej pożeranej przez ogień dzielnicy — jego jedynym schronieniem były Prawa Czasu. Choćby nawet mieli alternatywę, nie mogli mieć pewności, gdzie jest bezpiecznie. Jeśli pożar urósł do tych rozmiarów, że popiół leciał gęsto z nieba, mógł równie dobrze rozprzestrzenić się na cały Londyn.
Krótkim machnięciem różdżki czarodziej przywołał ze zbiorów Dolohova mapę Wysp Brytyjskich, która z cichym szelestem wlądowała na pustym teraz stole.
— Masz przy sobie wahadło, Cassandro? Spróbuj zapytać losu, gdzie będziemy bezpieczni.
Zrobiłby to z chęcią sam, lecz ktoś musiał pilnować rozwydrzonego bachora, który nie potrafił pohamować swoich emocji i zrozumieć powagi sytuacji. Jasnowidz nie odrywał od Lyssy nieprzyjemnie intensywnego spojrzenia, wychodząc poza kontur jej teraźniejszości. Pilnował, czy gówniara nie planuje kolejnego wyskoku.
// rzut percepcja na przewidywanie intencji Lyssy
— Nie jesteśmy ognioodporni, jeśli o to pytasz. Drzwi są na tyle zabezpieczone, że nie powinny pozwolić obcym na wtargnięcie. Jeśli przeszło ci to przez myśl, Lysso — powiedział przewidująco, choć nie były to proroctwa jasnowidza — nie otwieramy obcym.
Lyssa nie zaskoczyła go samym wybuchem. Jej początkowy zryw jedynie go zirytował, lecz nastoletnie emocje eskalowały do poziomu, który przekroczył granicę tolerancji Peregrinusa Trelawneya. Nie dał zbić się czarownicy z tropu. Ledwie ona wyrzuciła karty, on już wyciągał rękę, aby zatrzasnąć okno. Zastawił swoim ciałem dostęp do niego i wyciągnął ostrzegawczo różdżkę, celując w dziewczynę.
— Dość! — Rzadko można było Peregrinusa ujrzeć poruszonego. Był człowiekiem o kamiennej twarzy, w której złe wieści tonęły bezpowrotnie i prawie nie odciskały na niej piętna, jakby wszystkiego, co złe, i tak się spodziewał. Tym razem był zdenerwowany, czego nawet ta kamienna maska obojętności nie przykryła. — Dość. To nie czas na twoje wygłupy, opanuj się.
Mężczyzna stał w tej przeklętej chmurze rozpraszającego się powoli dymu oraz spalenizny i przypominały mu się żywe trupy palone w Windermere. Stresujące wspomnienie nałożyło się na równie stresujące okoliczności bieżące i nawet cesarz stoicyzmu stracił cierpliwość.
— Gdzie chciałabyś się ewakuować? — zapytał może nieco zbyt oschle Cassandrę, nie spuszczając dyscyplinującego wzroku z Lyssy.
Trelawney nie był bogaczem z katalogiem wiejskich rezydencji i rodowych posiadłości. Prócz rodzinnego mieszkania — skądinąd bezużytecznego, bo w tej samej pożeranej przez ogień dzielnicy — jego jedynym schronieniem były Prawa Czasu. Choćby nawet mieli alternatywę, nie mogli mieć pewności, gdzie jest bezpiecznie. Jeśli pożar urósł do tych rozmiarów, że popiół leciał gęsto z nieba, mógł równie dobrze rozprzestrzenić się na cały Londyn.
Krótkim machnięciem różdżki czarodziej przywołał ze zbiorów Dolohova mapę Wysp Brytyjskich, która z cichym szelestem wlądowała na pustym teraz stole.
— Masz przy sobie wahadło, Cassandro? Spróbuj zapytać losu, gdzie będziemy bezpieczni.
Zrobiłby to z chęcią sam, lecz ktoś musiał pilnować rozwydrzonego bachora, który nie potrafił pohamować swoich emocji i zrozumieć powagi sytuacji. Jasnowidz nie odrywał od Lyssy nieprzyjemnie intensywnego spojrzenia, wychodząc poza kontur jej teraźniejszości. Pilnował, czy gówniara nie planuje kolejnego wyskoku.
// rzut percepcja na przewidywanie intencji Lyssy
Rzut PO 1d100 - 85
Sukces!
Sukces!
— Nie jesteśmy ognioodporni, jeśli o to pytasz. Drzwi są na tyle zabezpieczone, że nie powinny pozwolić obcym na wtargnięcie. Jeśli przeszło ci to przez myśl, Lysso — powiedział przewidująco, choć nie były to proroctwa jasnowidza — nie otwieramy obcym.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie