14.10.2025, 22:39 ✶
Jeśli miał być szczery, on także raczej nie kojarzył tego miejsca z ciszą, a już zdecydowanie nie tak głęboką, jaka zastała go po przybyciu do rezydencji. Dom Yaxleyów zawsze kojarzył mu się z miejscem tętniącym tą specyficzną, nieco chaotyczną formą życia. Nawet wtedy, gdy było w nim względnie spokojnie, z pewnością nie było tu aż tak cicho, że dało się słyszeć szum wiatru uderzającego o ściany i bębnienie deszczu o parapety.
Co prawda, zdawało się, że ten ostatni na chwilę ustał, ale z pewnością miał powrócić wraz z upływem nocy. Wrzesień rządził się bowiem swoimi prawami, nawet jeśli pogoda w ostatnich miesiącach zaskakiwała ich bardziej niż kiedykolwiek, mając w sobie coś nienaturalnego.
Całe szczęście, wszystko wskazywało na to, że dzień po sabacie miało być względnie korzystnie. Może niezbyt słonecznie, ale też nie deszczowo. Odrobina chmur nie powinna im przeszkadzać, nawet jeśli wszystko miało dziać się na zewnątrz. Przy planach, jakie główne organizatorki na pewno dopięły na ostatni guzik oraz z użyciem magii, rozstawienie całej oprawy nie musiało dziać się wcześniej niż jutro rano. Mogli być zatem spokojni o wszystkie dekoracje, magiczne namioty i tak dalej. Nie musiały przetrwać zawieruchy, jaka próbowała rozpętać się nad Snowdonią.
- Kto by pomyślał, że będą tacy łaskawi, by dać ci się nudzić - stwierdził, nieznacznie wyginając kąciki ust. - Naprawdę są zachwyceni naszą decyzją - tak, były to dokładnie tak teatralnie wypowiedziane słowa, pełne tej wewnętrznej przekory, jak tylko powinny być.
Abstrahując od zmęczenia, jakie zdecydowanie pełniło główną rolę w zbiorowej decyzji, aby dać jego dziewczynie trochę zasłużonego spokoju. W końcu przyszła panna młoda musiała jak najlepiej wyglądać podczas swojego wielkiego dnia i nikt nie mógł podważać tego argumentu. Obie rodziny były raczej zdecydowanie zachwycone ich małżeństwem.
Nie dało się nie zauważyć, że najbliższym Ambroisa zdecydowanie to odpowiadało. Być może odrobinę kręcili nosem na tak bliską datę, jednak biorąc pod uwagę wszystko, co wydarzyło się w ostatnim czasie i co jeszcze miało lub mogło się wydarzyć...
...tak, dzień po Mabon nie był zły. Właściwie to był całkiem obiecujący. Tym bardziej, że z pomocą bliskich wszystko udało się załatwić na czas. Nawet jeśli jego macosze nie dano zbyt wiele możliwości do udziału w planowaniu ceremonii, co też raczyła mu wytknąć podczas dzisiejszego obiadu. On natomiast dogodnie zasłonił się jej stanem zdrowia i wczesną, ale już dosyć trudną ciążą, w której była. Oj tak, Evie miała swoje humory.
Tym bardziej doceniał więc spokój, jakim w tym momencie emanowała jego narzeczona, nawet jeżeli na wspomnienie o jej senności uśmiechnął się nieznacznie pod nosem.
- Grozisz czy obiecujesz? - No, niby powinien chcieć, żeby była wyspana i wypoczęta, ale jednocześnie to był ich ostatni dzień przed wielką snowdońską fetą, która z pewnością miała trochę potrwać, więc mogli znaleźć jeszcze trochę czasu dla siebie nawzajem.
Tylko dla nich dwojga, nie licząc psów i kota. Spacer po okolicy wydawał mu się całkiem niezłą opcją. Nie dało się ukryć, że ich pupile z pewnością byłyby zachwycone. Wręcz uwielbiały przechadzki, zwłaszcza na terenach, gdzie nie brakowało tropów innych zwierząt i możliwości swobodnego popędzenia w dowolnym kierunku.
Być może było już trochę ciemno, ale zazwyczaj nie przeszkadzało im to w wychodzeniu na zewnątrz. Odrobina deszczu również nie mogła im zaszkodzić. Co zaś tyczyło się samej Snowdonii i jego wcześniejszych wewnętrznych obaw, że od pamiętnego dnia będzie kojarzyć to miejsce wyłącznie z tamtą jedną dramatyczną sytuacją...
...no cóż. Być może nie zamierzał mówić tego na głos, ale chyba po prostu przesadzał z pierwotną reakcją. Gdy przybyli bowiem na pamiętne spotkanie z rodzicami Riny, choć nie mieli okazji przespacerować się po okolicznych lasach, doszedł do wniosku, że to miejsce miało dla niego zdecydowanie więcej znaczenia. Niosło ze sobą wiele innych znacznie lepszych wspomnień. Tamta jedna noc nie mogła walczyć z ich kolektywną siłą, nawet jeśli w dalszym ciągu usiłowała to robić w jego snach.
Tak, nadal je miewał. Nawet jeśli przy Geraldine jego bezsenność zawsze trochę się wyciszała. Chociaż nie było z nim tak źle jak jeszcze tego lata. Wciąż bywały te chwile, gdy budził się zlany zimnym potem, wspominając tamte zdarzenia i mając przed oczami bardzo żywe obrazy tego, co podsuwała mu wyobraźnia.
Zamrugał, oddalając od siebie zmęczenie i myśli o czymkolwiek, co nie było nimi.
- Skoro wszyscy wrócili - zaczął z lekkim nachyleniem się ku Geraldine i z tym specyficznym błyskiem w oczach - to znaczy, że twój ojciec też już wrócił - to była żelazna logika, czyż nie?
A więc zmierzał dalej.
- Czyli przywiózł dziczyznę z polowania - bardzo lekko kiwnął głową, po czym wbił jeszcze bardziej jednoznaczne spojrzenie w twarz dziewczyny. - Chcesz zobaczyć, ile tego upolował i co może nam teraz skapnąć? - Poniekąd zdawał sobie sprawę z tego, jaką usłyszy odpowiedź.
W końcu Yaxleyówna sama wyszła z tą opcją. Mimo to, uśmiechnął się do niej porozumiewawczo, unosząc kącik ust i poruszając brwiami. Gdzieś tam z tyłu głowy miał słowa, które ktoś mu kiedyś powiedział, a których aż do teraz nie uznawał za przydatne. To, że jutro zapewne nie będzie im dane zbyt mocno rozkoszować się przewidzianą ucztą, gdyż znajdując się tak bardzo na świeczniku, będą zbyt zajęci zabawianiem gości. Chcieli tego czy nie (odpowiedź była jasna).
Mogli zatem spróbować teraz skorzystać z okazji. Skrzaty domowe miały szczególną słabość do jego narzeczonej. Doskonale to wiedział i tym bardziej go to bawiło.
- Przy odrobinie szczęścia zgarniemy też coś dla tych tutaj - nieznacznie machnął głową w kierunku zwierzaków, które nadal nie drgnęły, najwyraźniej nie uznając jego oferty za dostatecznie ciekawą.
Co prawda, zdawało się, że ten ostatni na chwilę ustał, ale z pewnością miał powrócić wraz z upływem nocy. Wrzesień rządził się bowiem swoimi prawami, nawet jeśli pogoda w ostatnich miesiącach zaskakiwała ich bardziej niż kiedykolwiek, mając w sobie coś nienaturalnego.
Całe szczęście, wszystko wskazywało na to, że dzień po sabacie miało być względnie korzystnie. Może niezbyt słonecznie, ale też nie deszczowo. Odrobina chmur nie powinna im przeszkadzać, nawet jeśli wszystko miało dziać się na zewnątrz. Przy planach, jakie główne organizatorki na pewno dopięły na ostatni guzik oraz z użyciem magii, rozstawienie całej oprawy nie musiało dziać się wcześniej niż jutro rano. Mogli być zatem spokojni o wszystkie dekoracje, magiczne namioty i tak dalej. Nie musiały przetrwać zawieruchy, jaka próbowała rozpętać się nad Snowdonią.
- Kto by pomyślał, że będą tacy łaskawi, by dać ci się nudzić - stwierdził, nieznacznie wyginając kąciki ust. - Naprawdę są zachwyceni naszą decyzją - tak, były to dokładnie tak teatralnie wypowiedziane słowa, pełne tej wewnętrznej przekory, jak tylko powinny być.
Abstrahując od zmęczenia, jakie zdecydowanie pełniło główną rolę w zbiorowej decyzji, aby dać jego dziewczynie trochę zasłużonego spokoju. W końcu przyszła panna młoda musiała jak najlepiej wyglądać podczas swojego wielkiego dnia i nikt nie mógł podważać tego argumentu. Obie rodziny były raczej zdecydowanie zachwycone ich małżeństwem.
Nie dało się nie zauważyć, że najbliższym Ambroisa zdecydowanie to odpowiadało. Być może odrobinę kręcili nosem na tak bliską datę, jednak biorąc pod uwagę wszystko, co wydarzyło się w ostatnim czasie i co jeszcze miało lub mogło się wydarzyć...
...tak, dzień po Mabon nie był zły. Właściwie to był całkiem obiecujący. Tym bardziej, że z pomocą bliskich wszystko udało się załatwić na czas. Nawet jeśli jego macosze nie dano zbyt wiele możliwości do udziału w planowaniu ceremonii, co też raczyła mu wytknąć podczas dzisiejszego obiadu. On natomiast dogodnie zasłonił się jej stanem zdrowia i wczesną, ale już dosyć trudną ciążą, w której była. Oj tak, Evie miała swoje humory.
Tym bardziej doceniał więc spokój, jakim w tym momencie emanowała jego narzeczona, nawet jeżeli na wspomnienie o jej senności uśmiechnął się nieznacznie pod nosem.
- Grozisz czy obiecujesz? - No, niby powinien chcieć, żeby była wyspana i wypoczęta, ale jednocześnie to był ich ostatni dzień przed wielką snowdońską fetą, która z pewnością miała trochę potrwać, więc mogli znaleźć jeszcze trochę czasu dla siebie nawzajem.
Tylko dla nich dwojga, nie licząc psów i kota. Spacer po okolicy wydawał mu się całkiem niezłą opcją. Nie dało się ukryć, że ich pupile z pewnością byłyby zachwycone. Wręcz uwielbiały przechadzki, zwłaszcza na terenach, gdzie nie brakowało tropów innych zwierząt i możliwości swobodnego popędzenia w dowolnym kierunku.
Być może było już trochę ciemno, ale zazwyczaj nie przeszkadzało im to w wychodzeniu na zewnątrz. Odrobina deszczu również nie mogła im zaszkodzić. Co zaś tyczyło się samej Snowdonii i jego wcześniejszych wewnętrznych obaw, że od pamiętnego dnia będzie kojarzyć to miejsce wyłącznie z tamtą jedną dramatyczną sytuacją...
...no cóż. Być może nie zamierzał mówić tego na głos, ale chyba po prostu przesadzał z pierwotną reakcją. Gdy przybyli bowiem na pamiętne spotkanie z rodzicami Riny, choć nie mieli okazji przespacerować się po okolicznych lasach, doszedł do wniosku, że to miejsce miało dla niego zdecydowanie więcej znaczenia. Niosło ze sobą wiele innych znacznie lepszych wspomnień. Tamta jedna noc nie mogła walczyć z ich kolektywną siłą, nawet jeśli w dalszym ciągu usiłowała to robić w jego snach.
Tak, nadal je miewał. Nawet jeśli przy Geraldine jego bezsenność zawsze trochę się wyciszała. Chociaż nie było z nim tak źle jak jeszcze tego lata. Wciąż bywały te chwile, gdy budził się zlany zimnym potem, wspominając tamte zdarzenia i mając przed oczami bardzo żywe obrazy tego, co podsuwała mu wyobraźnia.
Zamrugał, oddalając od siebie zmęczenie i myśli o czymkolwiek, co nie było nimi.
- Skoro wszyscy wrócili - zaczął z lekkim nachyleniem się ku Geraldine i z tym specyficznym błyskiem w oczach - to znaczy, że twój ojciec też już wrócił - to była żelazna logika, czyż nie?
A więc zmierzał dalej.
- Czyli przywiózł dziczyznę z polowania - bardzo lekko kiwnął głową, po czym wbił jeszcze bardziej jednoznaczne spojrzenie w twarz dziewczyny. - Chcesz zobaczyć, ile tego upolował i co może nam teraz skapnąć? - Poniekąd zdawał sobie sprawę z tego, jaką usłyszy odpowiedź.
W końcu Yaxleyówna sama wyszła z tą opcją. Mimo to, uśmiechnął się do niej porozumiewawczo, unosząc kącik ust i poruszając brwiami. Gdzieś tam z tyłu głowy miał słowa, które ktoś mu kiedyś powiedział, a których aż do teraz nie uznawał za przydatne. To, że jutro zapewne nie będzie im dane zbyt mocno rozkoszować się przewidzianą ucztą, gdyż znajdując się tak bardzo na świeczniku, będą zbyt zajęci zabawianiem gości. Chcieli tego czy nie (odpowiedź była jasna).
Mogli zatem spróbować teraz skorzystać z okazji. Skrzaty domowe miały szczególną słabość do jego narzeczonej. Doskonale to wiedział i tym bardziej go to bawiło.
- Przy odrobinie szczęścia zgarniemy też coś dla tych tutaj - nieznacznie machnął głową w kierunku zwierzaków, które nadal nie drgnęły, najwyraźniej nie uznając jego oferty za dostatecznie ciekawą.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down